niedziela, 30 września 2012

Schobüll.

Schobüll jest czescia Husum, oddalona od srodmiescia o jakies 4 kilometry. Mozna sobie podejsc do samego morza, a ze pogoda byla piekna, to mimo bolacych stop, zdecydowalismy sie to obejrzec.

Widok zapieral dech w piersiach! Zreszta, czy ja wiem? Plasko, bardzo plasko, troche chmurek i gdzies w oddali woda... Nie, ten widok jednak zaparl mi dech w klatce z piersiami. Kiruni tez dobrze zrobilo pobieganie po trawie, pewnie i ona dosc miala asfaltowej dzungli. Spotkala nawet kumpla i chwilke sie poganialy.











Poczlapalismy w strone morza, a ono bylo tak daleko...




W tych okolicach dojscie do wody, przy jej naprzemiennych przyplywach i odplywach, mozliwe jest jedynie po pomostach, ktore ciagna sie w nieskonczonosc




Niby woda sie zaczyna, ale jeszcze cos tam rosnie.





A potem juz tylko taki widok.











Dopiero kiedy sie odwrocilam, moglam stwierdzic, jak daleko odeszlismy od brzegu. A swoja droga tylko pozazdroscic mieszkancom tych budynkow widoku; wschodow i zachodow slonca, sztormow, fal. Co to musi byc za piekny widok!


Husum nie lezy nad otwartym morzem, raczej nad zatoka, ktorej drugi kraniec z wszechobecnymi wiatrakami dokladnie widac. Podobno latem, podczas odplywu mozna tam dotrzec piechota.












W drodze powrotnej po pomoscie podziwialismy te dziwne roslinki.

 A to cale hektary trzciny, ktora sluzy miedzy innymi do krycia dachow, szczegolnie na Wyspach Fryzyjskich. W okolicy tez widzialam kilka domow pokrytych ta trzcina (Reetdach), ale nie zatrzymywalismy sie, zeby je sfotografowac.

Nastepnego dnia mielismy jechac do Sankt Peter Ording, ktory polozony jest juz nad pelnym morzem, wiec modlilismy sie o ladna pogode, co najmniej taka, jak ta.

sobota, 29 września 2012

Husum.

Husum to miasto powiatowe, a mieszkaja w nim ponad 22 tysiace ludnosci. Pierwsze pisemne wzmianki o nim pochodza z XIII wieku, ale osada szacowana jest na epoke kamienna, czyli korzenie jej siegaja baaardzo daleko w przeszlosc.


Husum ma rowniez te typowa zabudowe miast portowych. Moze to moje subiektywne wrazenie, ale momentami przypomina mi Gdansk, ktory tez w koncu kiedys byl przez jakis czas niemiecki.







Kosciol mariacki, zbudowany w koncu lat 20-tych XIX wieku w stylu klasycystycznym zlotych czasow Danii. Zaprojektowany zostal przez Christiana Frederika Hansena.




Przed kosciolem, gdzie odbywa sie targ, stoi tzw. Fontanna Tiny (Tine-Brunnen), zbudowana w 1902 roku. Jej oficjalna nazwa to Asmussen-Woldsen-Brunnen od nazwisk husumskich dobroczyncow Friedricha Woldsena i Anny Cathariny (Tiny) Asmussen.


















Miasto jest urokliwe, duze i bardziej tetniace zyciem niz wszesniej odwiedzane przez nas miejsca. Taki portowy powiew wielkiego swiata, ale na mniejsza skale niz Hamburg czy Bremen.












Sliczny dom, gdzie miesci sie apteka pod labedziem.

Po zagladaniu do rozniastych sklepow (zagladalysmy tylko my, a maz stal z Kira na zewnatrz i sie zloscil), powleklismy sie do portu, a tam...
... takie oto gustowne cudenka: krowa na dachu, rozowa rybka tuz obok, krewetka przymocowana do latarni lancuchem od roweru i rachityczny pirat zapraszajacy do knajpy. Nie skorzystalismy.



Byly tez fajniejsze rzezby, ktore z kazdym podmuchem wiatru  zmienialy swoj uklad. Sa to tzw. rzezby kinetyczne.
Ta na zdjeciu jest autorstwa Hansa-Michaela Kissela.



Trafilismy akurat na odplyw i zamiast wody w basenie portowym lezala kupa szlamu, a resztek wody ubywalo i ubywalo. Nawet kajakiem nie byloby szansy poplywac.








Wszystkie jednostki plywajace czekaly cierpliwie na lepsze czasy, czyli na przyplyw. Ze szlamu wystawaly im tylko stepki, czy jak to tam sie nazywa. Staly piekne zaglowce, ktorych zaloga z nudow gotowa byla opowiadac i oprowadzac po jednostce, czekal nawet prom, a wszyscy przyjmowali ten dopust ze stoickim spokojem.
W dali majaczyly, przypominajace wiezowce, silosy portowe.



Blizej robily jeszcze wieksze wrazenie, strzelaly do samego nieba.



Po prawej: wieza wodna w Husum.







Wreszcie, znuzeni kopytkowaniem po porcie, wrocilismy do srodmiescia i z ulga zasiedlismy do kawy, lodow i ciasta. A co tam! Dosc spalilismy kalorii szlajajac sie od statku do statku.


Zwroccie uwage na szklane oslony kawiarnianego ogrodka i "popielniczke" nakryta odwrocona doniczka. To wszystko przez te wiatry, inaczej nikt by nie usiadl na zewnatrz, a pogoda akurat byla piekna.
Wszystkie lokale na wolnym powietrzu tak wlasnie chronia gosci przed silnymi podmuchami wszechobecnego wiatru.


























Dalismy popis zarcia, co sie zowie. Kiruni tez sie dostalo, zjadla wafelki od lodow i ciasteczka dodawane do kawy. Nalezalo sie psinie, bo i ona przebierala raciczkami jak sarenka.


Nogi nas juz bolaly i wlasciwie wybieralismy sie do domu, ale z naszej Eli taka nawigacja, jak nie przymierzajac z koziej pipki saksofon, wiec zesmy sie pogubili. A wlasciwej nawigacji nie odpalalismy, bo nazywalo sie, ze Ela wie, co i jak. Nie wiedziala!
I dobrze! Bo trafilismy przez przypadek w fajne miejsce, ale o tym juz kiedy indziej.


piątek, 28 września 2012

Tönning.

Tönning to miasteczko liczace 4,9 tysiaca mieszkancow, lezace nad Eider, druga co do wielkosci po Elbie rzeka w Schleswig-Holstein. Za Tönning Eider rozszerza sie, tworzac wlasciwy teren ujsciowy do morza. Ta rzeka byla kiedys naturalna granica miedzy Schleswig a Holstein, jednoczesnie granica miedzy Imperium Rzymskim a Dania. Tönning bylo wiec miastem granicznym z Dania. Jego wysoka ranga miasta portowego skonczyla sie z chwila wybudowania pod koniec XIX wieku Kanalu Kilonskiego.
Przy nabrzezu starego portu wita gosci wskaznik wysokosci wody ponad powierzchnie akwenu podczas powodzi, jakie nawiedzily to i inne miasta, kiedy Eider wylewala, a morze cofalo sie wglab ladu. Najwiekszy wylew mial miejsce w 1962 roku. Potem zaczeto budowac tame na Eider.



Samo miasto nie jest zbyt ciekawe, pozostalismy wiec w jego czesci portowej.











                                                                      Stara armata.


Na gornym zdjeciu widoczny jest dom przeladunkowy z czasow, kiedy Tönning bylo jeszcze znaczacym portem.
Dzis odbywaja sie w nim m.in. jarmarki gwiazdkowe, gdyz z racji niepogody w zimie i silnych wiatrow, musi on miec miejsce pod dachem.

Nabrzeze pelne jest starodawnych dzwigow, teraz to obiekty muzealne.
I, jak wszedzie, tutaj rowniez pelno jest zacumowanych obiektow plywajacych.
Jako ze polnoc to, oprocz rybolowstwa i zeglugi, tereny rolnicze, spotkalismy w Tönning takie stadko owczo-kozie. Trafil sie jakis mutant z podwojnymi rogami.
I to by bylo na tyle.

czwartek, 27 września 2012

Eidersperrwerk.

Dla ochrony przed fala sztormowa, zabezpieczenia przed przyplywem i zachowania zeglugi
1967 - 1973
wspolnie zbudowane przez
Republike Federalna Niemiec i Land Schleswig-Holstein.

Do tej pory wiedzialam, ze tamy buduje sie raczej w celu spietrzania wody. Tymczasem ta zostala postawiona dla ochrony. Zeby pokazac jej wielkosc, posluze sie zdjeciem lotniczym z Wiki:

Po jej lewej stronie jest Eider, po prawej Morze Polnocne. My doszlismy, choc z trudem z powodu wiatru, az na cypel wychodzacy w morze (na dole zdjecia).

Najpierw jednak szlismy szczytem tamy, zaskoczeni jej ogromem, podziwiajac konstrukcje i z przerazeniem patrzac na ziejaca w dole kipiel.
Przyjaciolka ostrzegala nas przed sila wiatru, polecila zabrac ze soba cieple kurtki z kapturami, ale rzeczywistosc przeszla nasze wyobrazenia.
Na swiecie nie brakuje wiekszych i duzo wiekszych tam, jednak w tym przypadku morze z jednej strony, sprawia, ze budowla wydaje sie nie miec konca.
Cztery sluzy po obu stronach zapory sluza, w zaleznosci od okolicznosci do blokowania naplywu lub odplywu wody z Eider, wzglednie podczas sztormu chronia obszary nabrzeza przed zalaniem. A zalania zdarzaly sie, pochlanialy wielkie powierzchnie ladu i zbieraly swoje zniwo wsrod ludzi.
Z Neptunem nie ma zartow!


Statki wycieczkowe i ratownicze plywaja w obie strony, co wiaze sie z otwieraniem sluz oraz blokowaniem przejazdu samochodom na gorze, zwodzony most bowiem musi zostac podniesiony.
Wedrowalismy sobie po tamie, az zaszlismy na jej drugi koniec. Okutani w kurtki i kaptury, bo wicher bardzo dawal sie we znaki. Kurtki byly wzdete, jak balony, rozmawiac tez bylo nielatwo, bo wiatr wciskal nam powietrze z powrotem do ust.
Slychac go zreszta na kazdym z filmow. Byl tak silny, ze zdjecia z teleobiektywem sa poruszone, nie moglam utrzymac aparatu w reku. Trudno to sobie wyobrazic.


Wreszcie dotarlismy na sam koniec cypla wychodzacego w morze.



Musialam tez przez caly czas nosic zwiazane wlosy, w przeciwnym razie mialam ich pelno w paszczy, a pozniej trudno je bylo rozczesac.

To jest widok na tame od strony rzeki.






Biednej Kiruni tylko uszy furkotaly na wietrze, nie miala kaptura, tak jak my.



Z wielka ulga zeszlismy wreszcie z tamy, w glowach nam jeszcze dlugo szumialo. W dalsza droge udalismy sie tunelem pod tama...










... by przejechac po zwodzonym moscie do miasteczka Tönning.