piątek, 19 lipca 2013

Bomba pod samochodem.

Od czasu do czasu jezdzimy do Slubic, zeby tam spotkac sie z rodzicami. Na wielka wyprawe do Polski brak czasu, wiec jedziemy sobie, by spotkac sie w polowie drogi, bo i my, i rodzice mamy do granicy ok. 400 km. W Slubicach posiedzimy sobie 2-3 godzinki, wypijemy kawe, zjemy cos, wymienimy sie prezentami i w droge z powrotem. To wycieczka mniej wiecej na caly dzien, ale warto zobaczyc sie osobiscie. Odkad zlikwidowano granice, mozna mniej wiecej przewidziec czas jazdy, wczesniej nigdy nie bylo wiadomo, jak dlugo przyjdzie czekac na granicy, zeby wjechac do Slubic.
Zawsze z powrotem wieziemy pelna lodowke (samochodowa) pysznych wedlin i slodyczy.
Ale do rzeczy.
Trzy lata temu, jeszcze wtedy z Fuslem, wybralismy sie na spotkanie z rodzicami. Niedziela, brak ciezarowek, prawie puste drogi, wiec jechalo sie wygodnie i szybko. Prawie-prawie bylismy juz u celu, jako ze drogowskazy informowaly, ze do Frankfurtu nad Odra jest juz tylko 30 km, kiedy samochod zaczal sie dlawic. Pomyslelismy jednak, ze te kilka kilometrow zdolamy przejechac, a w Polsce zobaczymy, co sie dzieje. Samochod dlawil sie coraz bardziej, nie bylo ciagu, wreszcie w pewnej chwili huknelo, auto unioslo sie do gory, po czym wyladowalo i... cisza! Sila rozpedu potoczylo sie jeszcze kilkadziesiat metrow. Mialam wrazenie, jakby pod samochodem wybuchla bomba. Zamach jakowys, czy ki diabel? Kto by sie jednak na mnie chcial zamachnac? Co ja, Bin Laden jakis, zeby sie na mnie zamachac? Poniewaz jednak niezbadane sa wyroki opatrznosci, nie wykluczylam i takiej mozliwosci.
Wtoczylismy sie na pas awaryjny, wlaczylismy swiatla, postawilismy trojkat, wedle przepisow udalismy sie poza barierke i rozmyslamy, co dalej. Chwile przed calym zdarzeniem zdazylam wyslac smsa do rodzicow, ze za 15-20 minut jestesmy na miejscu. A tu kicha! Zawiadomilam, co sie stalo i kazalam czekac na wiadomosc, po czym zadzwonilam po naszego zoltego aniola, jak nazywaja ADAC. Szczesliwie jestem tam dlugoletnim czlonkiem, wiec holowanie mialam za darmo. Facet sam zaproponowal, ze zaciagnie nas do Slubic, bo tylko tam byla szansa na otwarty w niedziele warsztat.
Spotkalismy sie z rodzicami ze sporym opoznieniem, jeden warsztat byl zamkniety, w koncu znalezlismy inny i mechanik dal sie ublagac, zeby zajrzec co i jak.


Taki oto widok ukazal sie naszym oczom: eksplodowal tzw. garnek w ukladzie wydechowym. Cos tam bylo, ze paliwo dostalo sie nie tam, gdzie powinno i sobie wybuchlo pod wplywem goraca albo jakiejs iskierki, nie wiem. Facet wprawdzie naprostowal i zespawal nam ten garnek, ale brakowalo jakiejs czesci, ktora mogl zalatwic dopiero w poniedzialek.No to klops na wiankach! Auto musi zostac w warsztacie, ja powinnam wracac, bo w poniedzialek do pracy, wedliny nie wytrzymalyby do nastepnego dnia, bo naboje w lodowkach by sie roztopily. Nic, tylko usiasc i plakac.
Rada w rade, ustalilismy, ze zostaje moj maz, a rodzice zawioza mnie i psa do domu, przespia sie i wroca w poniedzialek do Slubic, a potem do domu. Tez im bylo nie po drodze, bo nie wzieli ze soba zapasu lekow, ktore przyjmuja codziennie, nie mieli nic, nawet szczoteczki do zebow. Przeciez w koncu nie planowali nigdzie w obcym miejscu spac. Dla ojca byla to tez meczaca podroz,  liczy sobie juz 80 lat, a w Niemczech jezdzi sie troche inaczej, do czego nie jest przyzwyczajony. Ja robilam za nawigacje i wciaz musialam uwazac, zeby nie zrobil jakiegos bledu, bo zmeczenie dawalo znac o sobie. Mama siedziala z tylu i dogorywala z goraca, a jest chora na serce, wiec mialam kolejne zmartwienie, czy nie bedziemy musieli szukac po drodze lekarza. Poza tym nerwy po calym tym strasznym dniu, pelnym strachu i niepewnosci, miotania sie w te i wewte, sprawily, ze bylismy mocno rozkojarzeni. Ojciec jednak nie chcial, zebym go zmienila za kierownica, co bylo mi nawet na reke, bo od lat jezdze wylacznie automatikiem, wiec nielatwo byloby mi sie przestawic na skrzynie manualna.
I to w zasadzie koniec tej ekscytujacej historii, rodzice sie przespali, z samego rana pojechali z powrotem, auto zostalo jako tako zreperowane, maz wrocil do domu. Pozniej tylko okazalo sie, ze przy okazji tego wybuchu nasz katalizator oddal ducha. Koszt nowego 500 euro.
Maz za to bardzo sie ucieszyl z mozliwosci spedzenia polowy dnia i wieczoru w polskim miescie, polazil sobie, pozwiedzal, bo i co mial robic z nadmiarem wolnego czasu.

42 komentarze:

  1. Tak to jest z planami,ja od jakiegoś czasu nie planuję ,bo i tak w ostatniej chwili coś się wydarzy i koniec jazdy.
    Auta mają to do siebie, że psują się wtedy ,gdy są najbardziej potrzebne.To też znam z własnego doświadczenia.
    Jako młoda mężatka udaliśmy się w podróż do rodziny,najlepsiejszym samochodem na jaki nas było wtedy stać(lata 80-te)maluchem,z Warszawy do Jeleniej Góry i gdy mieliśmy wracać do domu nasze maleństwo powiedziało NIE-dalej nie jadę.
    Zostawiliśmy go u rodziny,bo to niedziela była i wracaliśmy pociągiem.
    Takie przygody zapadają w pamięci:)
    Dobrze, że Twoi rodzice szczęśliwie dotarli do swojego domu,bo miałabyś ich na sumieniu:))
    Pozdrowienia nocną pora:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My takze na poczatku malzenstwa mielismy maluszka, jak ja kochalam to autko! Jako miejski samochod, sprawdzal sie wzorowo, gorzej bylo na dalszych trasach, ale w 81 roku zajechalam nim do Berlina, wtedy jeszcze zachodniego, budzac na ulicach metropolii mala sensacje swoimi gabarytami. Sprawowal nam sie bez zarzutu, az w koncu maz zostal w nim "sprasowany", kiedy na skrzyzowaniu ktos mu wjechal w zadek, dociskajac do auta przed nim.

      Usuń
  2. Najważniejsze że wszystko dobrze się skończyło. Miałaś rodziców dłużej dla siebie. Mąż też był zadowolony bo sobie pozwiedzał. Jest ok. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niby nie ma tego zlego, ale co mnie to nerwow kosztowalo...

      Usuń
  3. To prawdziwy pech , ale i dobrze , przynajmniej że tak to się skończyło , bo na zdjęciu widać , że nieźle gruchnęło .. a .. Tobie , lepiej się jeździ z automatyczną skrzynią ? ponoć lepiej z tradycyjną ...tak słyszałam ....na mieście gadali ...:)
    Dobrego dzionka , Tobie życzę .
    Ilonus.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Polsce nie lubia automatikow, bo benzyny wiecej sie zuzywa, ale kazdy, kto choc raz pojedzie automatikiem, nie bedzie tesknil za manualna skrzynia biegow. W Amerace praktycznie nie ma manuali, tam wszyscy jezdza automatikiem.
      Milego, Ilonus.

      Usuń
  4. mrożąca krew w żyłach historia.. Ufff... grunt, że dobrze sie skończyła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten moment... Do dzisiaj mam traume.

      Usuń
    2. Nie zycze najgorszemu wrogowi.

      Usuń
  5. Oj, można było zawału dostać! Szczęśliwie, że nic gorszego się nie stało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tamtej chwili tylko paniczny strach, a z czasem refleksja, ze mielismy duzo szczescia.

      Usuń
  6. Całe szczęście, że wszystko się szczęśliwie skończyło i nie jesteś Bin Ladenem ;) bo wybuch mógłby być poważniejszy w skutkach. ;)
    ...ale jak widać nie ma tego złego - spędziłaś więcej czasu z rodzicami, mąż się naspacerował po polskiej ziemi, rodzice wrócili szczęśliwie, autko zreperowane. A nerwy? - nerwy da się ukoić, są na to sposoby.
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz to i ja wiem, ze nie jestem na celowniku, ale w tamtej chwili, kiedy samochod oderwal sie od ziemi i wyladowal, moglam podejrzewac wszystkie zywioly swiata, z zamachem wlacznie.

      Usuń
    2. Wyobrażam sobie! Też bym się zlękła

      Usuń
  7. O masz, nigdy w życiu bym nie pomyślała ,że takie coś się może wydarzyć.
    Jednak wszystko się psuje, ale tak dziwnie ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Benzyna ma to do siebie, ze jest wybuchowa. Jesli splotem okolicznosci cos tam gdzies tam, gdzie nie powinno, a to tego mala iskierka, klops gotowy.

      Usuń
  8. Strasznie się przeżywa takie przygody, a kiedy opowiadasz je po jakimś czasie wszystko wydaje się łatwe i proste: no cóż, autko się zepsuło, przyjechał pan i odholował. Wszystko się przecież dobrze skończyło! Tyle że w trakcie kiedy się TO dzieje, nie wiesz przecież że się dobrze skończy... A uczucia latającego samochodu nie zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz wydaje mi sie to nawet zabawne, ale wtedy jakos nie bylo mi do smiechu.

      Usuń
  9. Kiedy jak piszesz "w pewnej chwili huknęło, auto uniosło się do góry, po czym wylądowało" pomyślałabym, że chociaż Bin Ladenem nie jestem, to zamachowiec o tym nie wie i bankowo mnie z nim pomylił ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie tak sobie pomyslalam, a po wyladowaniu przyszla refleksja, ze bomba przeciez unioslaby nas wyzej, bez mozliwosci powrotu na ziemie. ;)

      Usuń
  10. Sądząc po zdjęciu pomyślałam, że jakiś futrzak ci się zaległ pod podwoziem, a to tylko pękł garnek, beeeee... Jakby to była bomba to byś dopiero miała co opowiadać, he he :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez wczesniej nie wiedzialam, ze w garnku jest taka futrzasta wykladzina, czycus.
      I gdyby to BYLA bomba, pewnie nie mialabym juz okazji sie pochwalic :)))

      Usuń
  11. No to niezła była "przygoda". Dobrze, że mogłaś rodziców poprosić o pomoc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moglam, ale przez caly czas bardzo sie balam, bo tato nieprzyzwyczajony do niemieckich autostrad, gdzie zawsze moze go wyprzedzic jakies ferrari czy inne porsche, z predkoscia grubo ponad 200. Juz nie ten refleks, co onegdaj.

      Usuń
  12. Paskudna awaria. Ja tam nie wiem, czy aż takie wielkie szczęście Was spotkało z tą przymusową jazdą rodziców w głąb Niemiec. Wszystko w nerwach i zmęczeniu. Do bani. A najgorsze, ze takich awarii nie da się przewidzieć. Możesz posprawdzać przed dłuższą jazdą całe autko, a i tak coś "wybuchnąć" może.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maz dba o samochod, zawsze sprawdza, wiec awarie nam sie rzadko zdarzaja (tfu, tfu na psa urok). A tu od razu cos tak spektakularnego.

      Usuń
  13. No to niezłe miałaś przygody!
    Ja kiedyś w wigilię wczesnym popołudniem wracałam z rodzicami, siostrą i kuzynem od babci. Wpadliśmy w poślizg i bam uderzyliśmy w samochód stojący na poboczu. Chłodnica nam poszła i dalszej jazdy były nici. Ja z mamą łapałam stopa żeby jakoś dotrzeć do domu, popakować prezenty, przygotować jedzenie i jak tylko reszta rodziny wróciła, po odholowaniu aut,a szybko pojechaliśmy do cioci usiąść do kolacji. Chyba o 20 a nie o 17 jak planowaliśmy. Samochody są cudownym ułatwieniem życia, ale czasem potrafią przysporzyć kłopotów ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasza wycieczka byla o tyle skomplikowana, ze chodzilo o spotkanie, z kazdej strony po 400 km od domow. Ach, szkoda gadac, nie chcialabym nigdy wiecej czegos podobnego przezyc.

      Usuń
  14. kilka lat temu mój syn pojechał na urlop nowym samochodem. jakieś 200 kilometrów od granicy walnął mu silnik. miał pecha chłopak, bo laweta z polski, naprawa przy czeskiej granicy, silnik sprowadzany z francji a on w warszawie mieszka. koszty ogromne. nici z urlopu za to nerwy na maksa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Producent auta powinien zwrocic mu nie tylko koszty naprawy, ale i wszystkie inne z niej wynikajace, lacznie z przepadnietym urlopem. Szkoda, ze nie powalczyl o odszkodowanie.

      Usuń
  15. ...o kurcze, ale zdarzenie. Nawet nie wiedziałem, ze takie coś jest pakowane w rury samochodu. Moja zasada brzmi, nie ma co planować bo licho nie śpi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja nie potrafie tak na zywiol, musze choc troche snuc plany :)

      Usuń
  16. uuuuuf, nie cierpię jak mi auto nawala. ostatnio miałam przeboje z tłumikiem, ale jakos wybrnęłam i na szczęście na miejscu. w trasie pewnie bym spanikowała. dobrze, że wszystko się jakoś ułożyło, tylko naprawa droga :))
    http://mojadroga-blog.blogspot.com/2013/07/przytumiona.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj u mnie, Polly anno, choc z "widzenia" znamy sie nieco z innych blogow.
      Ja o malo nie umarlam ze strachu i z nerwow.

      Usuń
    2. Tez Cię znam i czasami tutaj wędruję, tylko tak się skradam jak kot :))

      Usuń
    3. Boisz sie duzych, czarnych, dzikich i niebezpiecznych dla zycia kotow? ;)
      Panter znaczy?

      Usuń
  17. Małych też. Naczytałam się złych bajek o tym, jak koty wydrapują oczy i tak mi zostało :)) kiciusie niemowlaki, to co innego :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. One nie wydrapuja oczu, tylko wysysaja we snie dusze z ciala. ;)

      Usuń
  18. O! Do słubic to ja rzut beretem mam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nastepnym razem powiadomie, to wpadniesz na spotkanie, ok?

      Usuń

Dziekuje za Twoj komentarz.
Lubie wiedziec, z kim rozmawiam, moge dyskutowac, ale nie toleruje chamstwa i atakow ad personam. Anonimowe komentarze i tak wpadna do spamu, wiec mozecie sobie oszczedzic pisania, a obrazliwe beda usuwane.