sobota, 4 kwietnia 2020

Wyjasnienie.

Na pewno wielu z Was zdziwilo sie, ze znow tak dziwnie zniknelam. Mnie tez to zdziwilo i to dosc dosadnie, ni stad ni zowad dopadlo mnie jakies zdrowotne nieszczescie.
Jak wiecie, od lata ubieglego roku biore tabletki na obnizenie cisnienia, dlugi czas kontrolowalam, ale potem przestalam, bo sie ustabilizowalo. Jak pamietacie, jeszcze duzo wczesniej miewalam jakies gwaltowne spadki cisnienia, skutkujace utrata przytomnosci, ale od lat nic takiego mi sie nie przytrafialo. Az do wczoraj.
Noc mialam nienajlepsza, bo budzily mnie nieprzyjemne skurcze zoladka, ale pomyslalam sobie, ze pewnie zezarlam cos, co nie bylo calkiem swieze.  Rano wstalam, podreptalam na poranne siusiu i dopadlo mnie, kiedy na szczescie juz siedzialam na kibelku, wiec obylo sie bez strat na ciele. Slubny zmierzyl mi cisnienie, juz po odzyskaniu przytomnosci mialam 100/50. Pozniej przez caly dzien spalam, doslownie. Znacie moje uzaleznienie od fejsunia, zreszta ukazal sie moj nowy post, a ja nie mialam sily  ani ochoty na nic, tylko spac! Kiedy po poludniu znow wstalam na toalete, przez caly czas musial mnie slubny podtrzymywac i pilnowac, bo prawie ustac nie moglam. Na zoladek kupil mi krople i jakos to chociaz przeszlo. Pod wieczor troche oprzytomnialam i pomyslalam, ze noc bede miala z glowy, skoro spalam przez caly dzien. Przeczytalam kilka stron ksiazki i... zasnelam tak spokojnym i glebokim snem, jak malo kiedy. Ani razu sie nie obudzilam i spalam do 7.30. Reasumujac, spalam prawie 36 godzin, z przerwa na omdlenie, fajnie, co nie?
Slubny kupil mi wprawdzie sucharki, ale wczoraj nie jadlam zupelnie nic, a dzisiaj tez niespecjalnie mam apetyt. No ale tym akurat sie malo martwie, bo mam z czego chudnac. Tabletek na obnizenie cisnienia nie biore, dzisiaj mialam 120/60. Powinnam skonsultowac sie z lekarzem, ale jak tu isc bez strachu do jakiegokolwiek medyka w dobie pandemii. Zaczelam sie tez zastanawiac, czy nie dotknal mnie wirus, bo do jego nietypowych objawow naleza m.in. problemy jelitowe, z tym, ze ja nie mialam biegunki ani wymiotow. Innym objawem moze byc nienormalne zmeczenie. Niby niespecjalnie zgodne z moimi, ale mozna naciagnac. No i tak to ze mna bylo.
Dzisiaj czuje sie o niebo lepiej, chociaz jestem strasznie oslabiona. Dziekuje wszystkim za pamiec i dobre slowo, jak widac pomoglo.
A teraz lece odpowiadac na wczorajsze Wasze komentarze.




piątek, 3 kwietnia 2020

Odpornosc na zaraze.

Jedna z chorob cywilizacyjnych staly sie alergie i jest to spowodowane miedzy innymi izolowaniem dzieci od wszelkiego rodzaju alergenow. Noworodki trzyma sie z dala od wszystkiego, w pokoiku dzieciecym nie ma kurzu, wszystko jest dezynfekowane, a zwierze domowe czesto jest oddawane, bo to przeciez siedlisko brudu, siersci i samo zlo. Takie dziecko przy pierwszym spotkaniu z bakteria i alergenem zapada od razu na ciezka postac choroby, bo w jego organizmie nie wytworzyly sie zadne przeciwciala, bo nie potrzebowaly sie wytwarzac w sterylnym srodowisku. Tak wychowywane dzieci to potencjalni pacjenci alergologow, bo juz w wieku "kup mi pieska" okazuje sie, ze gowniarz dusi sie na jego widok. Pieska wiec sie oddaje z adopcji, bo dziecko ma alergie, a ma, bo do durnych lbow rodzicielskich nie dociera, ze sami mu te alergie zafundowali nadmierna czystoscia.
Organizm dziecka od najwczesniejszych chwil musi dawac sobie rade ze wszystkim, co lata w powietrzu, musi miec kontakt z brudna ziemia, bakteriami, sierscia, kurzem, smogiem i wszystkim, w czym przyjdzie mu zyc. Najlepiej jednak, kiedy dziecko urodzi sie w domu, gdzie sa zwierzeta i gdzie ma wczesny kontakt z bakteriami i wirusami charakterystycznymi dla zwierzat. Przytocze tu fragment artykulu redakcji "Zdrowe pasje":
Na czym polega zjawisko odporności krzyżowej pomiędzy różnymi drobnoustrojami? Klasyczny przykład takiej odporności stanowią nosówka u psów i odra u człowieka. Ludzie mający kontakt z wirusem nosówki uodparniają się na odrę i odwrotnie - pies, który ma styczność z wirusem odry uodparnia się przeciwko nosówce. Dobrze znany nauce przykład odporności krzyżowej dotyczy krowiej ospy. Kobiety dojące krowy miały na nią odporność i tym samym nie chorowały na czarną ospę. Wiadomo, że tego typu ochrona nie jest stuprocentowa - nie każdy kot zetknął się przecież z kocim koronawirusem, a nie każdy człowiek w taki sam sposób buduje swoją odporność.
Dr Sabina Olex-Condor ze szpitala w Madrycie zaobserwowala, ze osoby majace zwierzeta domowe, po zarazeniu koronawirusem, przechodza chorobe znacznie lagodniej lub wrecz nie wykazywaly zadnych symptomow COVID-19. Niestety jej obserwacje nie moga byc miarodajne, bo dotycza jedynie niewielkiej liczby pacjentow, a do wyciagniecia jednoznacznych wnioskow potrzebne bylyby dlugoletnie studia, na co obecnie nie bardzo jest czas i miejsce. Jednak jej krotkotrwale obserwacje daja do myslenia. W rozmowie z RMF weterynarz Małgorzata Głowacka wyjaśnia:
Pies albo kot w naszym domu mogą zadziałać jak naturalna szczepionka […] wykształcamy odporność na osłabiony wirus bądź element tego wirusa, który powoduje, że nasz układ immunologiczny jest stymulowany. W ten sposób działają też zwierzęta, które dostarczają drobnoustrojów w naszym środowisku i my w ten sposób wykształcamy odporność.

 To mi daje niewielka nadzieje, ze nawet jesli wirus mnie dopadnie, to na niego nie umre. I dobrze, bo choc podobno nadzieja to matka glupich, to jej utrata bylaby krokiem do szybszego konca. Tak wiec zwierzeta domowe nie tylko nie przenosza koronowirusa, co probowaly zasugerowac durne Chinczyki, wyrzucajac swoich pupili przez okna wiezowcow czy durni Polacy zglaszajacy sie do wetow celem uspienia domowego zwierzaka, ale ich obecnosc w naszym zyciu i domach moze nam to zycie uratowac. Kto jeszcze nie ma, biegusiem do schroniska, one tam czekaja na Wasza milosc, gotowe ratowac Wasze zycie.

Pozostancie w zdrowiu.

Dla niefejsbukowych jeszcze migawki z zycia moich ratownikow. Tatus kupil sobie kurczaka z rozna, bo mu zapachnial, kiedy byl w sklepie. Rzeczywiscie ladnie pachnial, bo kiedy zaczal go w kuchni obierac, zlecialy sie wszystkie futra jak sepy do padliny i w jednej chwili kochaly tatusia milosciom wielkom, acz krotkotrwalom, poki starczylo jedzenia.







I jeszcze troche:


















środa, 1 kwietnia 2020

Niedogodnosci zarazy.

Bardzo sie ostatnio czesto wzruszam, ten wirus sprawia, ze mam oczy na mokrym miejscu, takie dzialanie uboczne, niewydolnosc oczna, by nie nazywac rzeczy po imieniu wzorem pisiorow. Wzruszylam sie zatem do imentu, nawet lze uronilam, przyczytawszy skargi gromady tzw. celebrytek, ale nie tylko, bo niektore "normalne" tez miewaja po dwie lewe rece. Bo otoz mamy drugi czy tam trzeci tydzien odosobnienia, a co gorsze, pozamykanych zakladow uslug urodowych, a juz rozlega sie lament, ze celebrytkom brwi zarastaja na czolo, ze widac odrosty na lbie, ze paznokcie niepolakierowane, ze na pietach rzepe siac mozna, a w owlosieniu lydek moga konkurowac z orangutanem. Noszszsz...! A nie laska wziac do lapy pensete i poskubac brewki, kupic w drogerii farbe i zlikwidowac odrosty przy pomocy meza, wziac cazki, pilnik i lakier i jakos te pazury doprowadzic do ladu, a pozniej jednorazowa maszynka czy tam innym kremem
wydepilowac nogi,  pumeksem wyszlifowac piety, a na koniec pomalowac nozne pazury? Jasnie-qrna-panie, ktore niczego same nie potrafia i kiedy im zamkna przybytek, zaczynaja byc podobne do malpy. No tak sie zwruszam czytajac te skargi i zastanawia mnie, jak taka jedna z druga poradzi sobie podczas  takiego rzetelnego, prawdziwego kryzysu, kiedy nie bedzie popytu na celebryctwo, a jedynym klopotem bedzie zdobycie miski ryzu na codzien. Skoncza sie sponsorujacy reklamodawcy, skonczy sie zainteresowanie gimnastyka wyszczuplajaca, bo zycie wyszczupli wszystkich za darmo.
Nastepnym problemem, juz nie celebrytek, ale matek i zon, jest stala obecnosc ich mezow i dzieci w domach. A jeszcze nie tak dawno wszystkie plakaly, ze ta pogon za pieniadzem uniemozliwia zycie rodzinne, ze kiedy chlop wraca, to dzieci dawno juz spia i nie moga spedzac razem czasu, ze zawias
drzwiczek od szafki kuchennej nie zreperowany, a salon az prosi sie o remont. Tymczasem chlop siedzi w chalupie, nawet sie nie ubierze i nie ogoli, bo "prowadzi biuro" przez lapka, wciaz warczy, bo nudzace sie dzieciary zaczepiaja jasnie pana, zadnej pomocy i tylko stres. Zycia rodzinnego jak nie bylo, tak nie ma, wyjsc nie wolno i wszystko jest nie do wytrzymania.
Chyba oduczylismy sie zyc razem, jakos jeszcze organizujemy zycie w biegu, ogarniamy sporadyczne przekazywanie sobie wiadomosci i polecen, przyzwyczailismy sie do dwoch wspolnych dni w tygodniu, a wlasciwie tylko niedzieli, bo sobote przeznaczamy najczesciej na sprawy domowo-techniczne. Co sie z tymi ludzmi porobilo? Zanikla umiejetnosc rozmowy czy zabawy z dziecmi, ktorych pokoje zawalone sa po sufit zabawkami, a one sie nudza. A my? Nagle mamy wiecej czasu, ktory mozna byloby spozytkowac na odbudowanie wiezi rodzinnych, a tymczasem slyszy sie o nalogowym Netflixie, czytaniu, szydelkowaniu i denerwujacym mezu i dzieciach.
Chyba nie tedy droga...

Pozostancie w zdrowiu!





poniedziałek, 30 marca 2020

Milosc w czasach zarazy.

Ostatnio slyszalam w radiu, ze bardzo wzrosla liczba zamowien w ksiegarniach internetowych, a najczesciej poszukiwana jest nomen omen "Milosc w czasach zarazy" Gabriela Garcii Marqueza. Mozna sobie sciagnac do posluchania:

Wszyscy powoli maja dosc ograniczen, przymusowej laby, budzacych groze wiesci medialnych o liczbie nowych zakazen i przypadkow smiertelnych, ktore nie robia juz tak duzego wrazenia jak na poczatku pandemii. Ludzie uodparniaja sie na smierc, kiedy wystepuje w takiej masie, zaczyna ich obchodzic jedynie bezpieczenstwo rodziny, przyjaciol i wlasne. Cieszy sie, ze zyje, ze jeszcze go nie dopadlo, zastanawia sie, co bedzie dalej. Bo wirus kiedys tam zostanie zwyciezony, jak nie poprzez nabranie odpornosci przez wiekszosc populacji, to za sprawa szczepionki, ktora z pewnoscia ktos niedlugo wymysli. Kiedys... nie wiadomo kiedy, nawet w mglistym przyblizeniu. Wiadomo jednakze, ze na ofiarach w ludziach sie nie skonczy, znacznie powazniejsze straty czekaja  godpodarki   wszystkich krajow dotknietych pandemia. Straty i wielki kryzys, ktory z nich wyniknie, moze byc znacznie gorszy od smierci. Wstarczy sobie przypomniec wielki kryzys w latach 30-tych ubieglego wieku i ludzi umierajacych z glodu lub odbierajacych sobie w desperacji zycie.  To budzi moja wieksza obawe niz sam wirus, bo jest od niego znacznie gorsze.
Tymczasem bywam regularnie na swiezym powietrzu, bo pogoda sprzyjala aktywnosciom psio-ludzkim, az do niedzieli, bo tego dnia gwaltownie sie ochlodzilo, sieklo deszczem, a wiatr uniemozliwial chodzenie i powodowal lzawienie oczu. Szybko wrocilismy sponiewierani do domu, bo taki spacer nie sprawial zadnej przyjemnosci. Dla tych bez fejsbunia kilka naszych spacerowych migawek.



















      


Pozostancie w zdrowiu!







sobota, 28 marca 2020

Szalona noc.

Jesli Wam sie wydaje, ze przymusowe siedzenie w domu w obawie przed zarazeniem ukoronowanym wirusem moze byc nudne, to chyba nie macie w gospodarstwie zywego inwentarza. Bowiem zycie wsrod futrzarskiej zywiny nudne byc nie moze. One zawsze cos wymysla, zeby czlowieka rozbawic. Czasem wkurzyc, ale i tak w efekcie wybaczamy tym oprychom wszystkie grzechy i grzeszki, bo milosc do inwentarza powinna byc bezwarunkowa. Tak jak ich milosc do nas.
W sobote napadlo mnie na mycie okien, a jak juz okna, to nie zostawie zakurzonych zaslon i firanek, wiec pralka krecila sie od rana do wieczora, a moj slubny i ja skakalim po stolkach jak jakie orangutany i zdejmowalim, odkurzalim i zawieszalim z powrotem, mylim okna upstrzone wszystkimi domowymi noskami. Znacie to, mieliscie umyc okno, ale skoro juz macie szmate w reku, to qrna  przy okazji, lecicie po calym mieszkaniu, bo po zdjeciu zaslon na swiatlo dziennie wychodzi na jaw np. kacik z platanina kabli i kurzowymi farfoclami. Nie zagladacie tam, bo z przodu stoi wielka skrzynia, a obok kocia kuweta, sam kacik zas zakrywa zaslona.
Latalam wiec, jak nie po meblach, to pod nimi, a inwentarz nie mogl sobie znalezc miejsca. Bo
nagle wszystkie ich koszyczki i inne polegadelka zostaly gdzies zabrane, pokoje byly na przemian zamykane (przy otwieraniu okien trzeba zamykac drzwi, bo Bulka gotowa przez to otwarte okno wyfrunac, Miecka nigdy tego nie robila), a kiedy mama znika z pola widzenia, to moze jest w niebezpieczenstwie i inwentarz sie martwi oraz denerwuje. Halasy wirujacej pralki tez nie pozwalaly spac, wiec futra byly tego dnia bardzo nieszczesliwe, a na pewno niewyspane. I chyba wlasnie dlatego postanowily dac nam nauczke w nocy.
Polozylim sie dosc wczesnie, bo wiek i zakwasy dawaly o sobie znac, od razu tez zasnelismy. Zawsze wiedzialam, ze dobry wysilek fizyczny jest najlepszym srodkiem nasennym, a ja po tym calym sprzataniu dodatkowo poszlam z Toya na spacer, niedlugi wprawdzie, ale poinhalowalam sobie swiezego powietrza.
Pisalam niedawno TUTAJ, jak wygladaja nasze noce z Toya w lozku, trzeba bylo sie przyzwyczaic i tyle. Ta noc jednak byla inna. Nie wiem, ktory to kot otworzyl nasza szafe, sa w niej drzwi suwane, poruszaja sie bardzo lekko i nawet taki drobiazdzek jak Bulka moze bez wysilku te ogromne drzwi ruszyc, co nieraz sie zdarzalo, kiedy nie bylo nas w pokoju. Tam koty sie zagniezdzaly na ubraniach i sypialy w najlepsze. Tym razem dzwiek przesuwanych drzwi obudzil mnie, ale nie chcialo mi sie wstawac i sprawdzac, ktory to kot zabral sie za nasza szafe, zreszta pewnie i tak by uciekl, zanim zdazylabym przejsc na druga strone lozka, dalam wiec spokoj i odwrocilam sie na drugi bok. Po raz drugi zostalam obudzona skwierczeniem Toyki, ktora stala przy lozku z mojej strony i czekala na specjalne zaproszenie. Powiedzialam do niej jak zwykle, zeby wskoczyla, ona przeszla wprawdzie na tyl lozka, ale nie wskakiwala, tylko znow stanela z boku i skwierczala. Usiadlam i dopiero wtedy zobaczylam, ze w nogach na mojej koldrze lezy rozwalona Krulova Miecka, a jak wiecie, Miecki wszyscy sie boja, nawet ja. Nie dziwota wiec, ze Toya nie miala smialosci wskoczyc od tamtej strony. Przesunelam sie zatem w strone slubnego, robiac miejsce dla nagle bezlozkowego psa po stronie bocznej. Podnioslam koldre, sucz zrecznie wskoczyla pod nia, ujajila sie ze mna w pozycji "na lyzeczke" i juz spokojnie przespalysmy do rana.







czwartek, 26 marca 2020

Wlasnie odkrylam...

... dlaczego coronawirus tak latwo sie rozprzestrzenia i dlaczego tak trudno go zatrzymac. Na jednym z blogow trwala dyskusja o wysokosci wprowadzonych w Polsce kar za zerwanie kwarantanny i ze te obiecane 30 tysiecy zlotych to jakas kara z sufitu, ze za duzo i kogo na to stac. Ja bardzo przepraszam, ale juz samo pytanie sugeruje chec lamania narzuconych niedogodnosci, bo jesli mielibysmy zamiar w tym bezprecedensowym okresie trzymac sie zasad, ktore wprawdzie sa upierdliwe, ale bez nich nie ma najmniejszej szansy zatrzymac wirusa, to o placeniu tego haraczu nie mogloby byc mowy. Czyli zakladamy, ze bedziemy lamac konieczne ograniczenia i oburzamy sie na wysokosc grozacych za to kar pienieznych?  Chcialam tylko niesmialo przypomniec, ze metoda, dzieki ktorej w Chinach zatrzymano ekspansje coronawirusa, byla znacznie bardziej brutalna, bo niesubordynowanemu delikwentowi strzelano po prostu w leb. Po kilku takich doraznych egzekucjach (mozemy sobie dyskutowac o ich brutalnosci, ale tu chodzilo o ich skutecznosc dla dobra wiekszosci), nagle skonczyly sie ucieczki z kwarantanny osob zarazonych lub takich, ktorzy mieli z zarazonymi kontakt. Efekt widac jak na dloni, bo o ile w innych panstwach dzienny przyrost zakazen liczy sie w setkach, jesli nie w tysiacach, tak w Chinach bylo tego ok. 40 przy ogolnej liczbie zachorowan w tym kraju ponad 80 tysiecy. Nie pomogly prosby, poradzono wiec sobie lekkim terrorem, wyzsza koniecznosc i dobro obywateli. I zeby byla jasnosc, ja nie jestem zwolenniczka ani takich metod, ani kary smierci, ale powtarzam, wyzsza koniecznosc w tym przypadku usprawiedliwia brutalnosc.
Dla nieswiadomych lub nie do konca siedzacych w temacie, w skrocie jeszcze raz wyjasnie, co to ta kwarantanna. Teraz jeszcze jestesmy PROSZENI przez lekarzy i wladze, zebysmy grzecznie siedzieli w domciu, bo kazde wyjscie to pewne zagrozenie, dla nas i dla innych, z ktorymi mamy kontakt. Nie jest to jednak stricte areszt domowy, bo wolno nam wyjsc, choc rowniez w ograniczonym zakresie i wylacznie w celach najpotrzebniejszych, po artykuly spozywcze, do lekarza, do apteki lub, jesli ktos ma psa, z nim na siusiu, a nawet na dluzszy spacer, z zachowaniem pewnych warunkow (nie gromadzic sie, rozmawiac w bezpiecznym odstepie 1,5 metra itp). Jak wiecie, wiekszosc grzecznie sie stosuje, ale nie brak rebeliantow, co to "mnie nikt niczego narzucac nie bedzie". Pogoda mocno sprzyjajaca, wiec na nadrzecznych bulwarach i placach zabaw pojawily sie liczne gromady mlodziezy i mamusiek z dziecmi, z ktorymi nielatwo wytrzymac w domu. No rece opadaja na tak skrajna bezmyslnosc! Place zabaw zostaly ogrodzone tasmami, mlodziezy pogrozono konsekwencjami i jakos chyba zrozumieli. Wprowadzano coraz wieksze obostrzenia, ale caly czas mowimy o PROSBACH i apelowaniu do zdrowego rozsadku spoleczenstwa.


Inaczej rzecz sie ma, kiedy mowimy o kwarantannie, czyli sytuacji obowiazkowej separacji po tym, kiedy mielismy kontakt z czlowiekiem zarazonym, niekoniecznie jeszcze chorym, bo to dwie rozne rzeczy. Z nosicielem lub chocby potencjalnym nosicielem. Okres inkubacji coronawirusa trwa 2-3 tygodni, choc najczesciej juz po dwoch wiadomo, czy jestesmy zainfekowani, bo jesli tak, to choroba powinna sie uzewnetrznic. Dla porownania okres inkubacji zwyklej grypy to jakies trzy dni. Te dwa tygodnie inkubacji coronawirusa to potencjalna mozliwosc nieswiadomego zarazania wszystkich osob, z ktorymi mamy kontakt i dlatego tak wazna jest CALKOWITA izolacja. Nie ma, ze po chlebek czy lekarstwo dla chorej zony albo tylko przed dom z pieskiem. Nie wolno nawet przejsc do zsypu w bloku ani do smietnika. Wolno kogos poprosic o zakupy, wolno wystawic smieci przed drzwi, zeby ktos je wyrzucil, poza tym jest absolutny zakaz otwierania drzwi wejsciowych wlasnego mieszkania. I jesli ktos nie chce tego zrozumiec, obawia sie lub jest niechetny proszeniu obcych ludzi o pomoc w zakupach lub wydaje mu sie, ze jest w najmniejszym stopniu usprawiedliwiony, bo zonie skonczylo sie lekarstwo, to nie moze sie dziwic, ze zostanie oblozony kara w wysokosci 30 tysiecy zlotych i gowno wladze obchodzi, skad je wezmie. Myslenie nie boli i trzeba myslec ZANIM zrobi sie cos glupiego, egoistycznego i zagrazajacego bezpieczenstwu, zdrowiu czy nawet zyciu innych. Tym, ktorzy mysla i stosuja sie do zakazow, zadne kary nie groza.
Nie mamy zadnych watpliwosci, dlaczego zostal ukarany jakis zlodziej czy morderca, prawda? Ale nie dopuszczamy do siebie mysli, ze lamiac kwarantanne, sami jestesmy potencjalnymi mordercami, nie, wtedy buntujemy sie na wysokosc grozacych kar, ale przestrzegac prawa nie mamy zamiaru. Bo przeciez jestesmy wolnymi ludzmi, a konstytucja te wolnosc nam gwarantuje, wiec wara od naszych poczynan, my musimy i juz.
Wracajac jednak do dyskusji na blogu, w zawoalowany sposob nauragano mi od ku-klux-klanow i ze w ogole jak moge popierac strzelanie do ludzi, ze po lekarstwo dla zony to trzeba, a poprosic nie ma kogo, bo sami oszusci wokol, a zreszta skad ten ktos ma brac na taka wysoka grzywne. Opadly mi rece! Boje sie, ze kilku takich medrcow i ten narod szybko sie wykonczy, a coronawirusa nigdy nie pokonamy.

Jak chcecie, to udostepniajcie, moze trafi do kogos jeszcze niezdecydowanego podporzadkowac sie ograniczeniom czy wrecz kwarantannom.





wtorek, 24 marca 2020

Prasówka.

Mozna powiekszyc klikiem Zrodlo
Nie ma tego zlego... Z jednej strony kryzys wirusowy w Niemczech i 30 tysiecy zakazen wirusem oraz sporo ponad setka zgonow, a z drugiej... samoloty stoja na ziemi, samochody jezdza bardzo rzadko, fabryki nie pracuja, przez co emisja CO2 drastycznie spadla, nawet ludzie siedza w domach i nie wydychaja z siebie ludzkich spalin, wiec praktycznie juz Niemcy osiagnely tegoroczny cel klimatyczny. Po necie kraza zdjecia czysciutkiej wody w kanalach Wenecji i lawice malenkich rybek. Albo zdjecie z Krakowa, smogowej stolicy Polski, gdzie Tatry widac tak wyraznie, jak malo kiedy. Ewidentnie widac, ze tzw. normalne zycie bardzo naszej ziemi szkodzi. Wystarczylo kilka tygodni stanu wyjatkowego i planeta zaczyna sie w widoczny sposob regenerowac, niech wiec przeciwnicy grinpisow i ekologow racza jeszcze raz pomyslec, czy jednak nie maja oni racji. Natura nie potrzebuje czlowieka do istnienia, przeciwnie, bez niego radzi sobie znacznie lepiej. Wszystko to dowodzi, jak bardzo ja niszczymy.

Zwatpilam w  ludzi, naprawde. Wydarzylo sie cos niewyobrazalnego, cos strasznego, co niestety zahacza rowniez o moja rodzine, choc na szczescie obeszlo sie bez bezposredniego zagrozenia zycia. Jak wiecie, ja jezdze sobie do dentysty na wioche, ale moje dzieci, kiedy jeszcze nie mialy wlasnych aut, a juz byly pelnoletnie, zmienily dentyste na latwiej dostepnego w Getyndze. Jego pacjentami sa rowniez nasz przyjaciel z synem i jego rozwiedziona zona z corka. Kiedys dawniej w jego gabinecie pracowal z nim jego brat, a po jego smierci wskoczyl na wakat syn, kiedy ukonczyl studia. Drugi syn pracuje jako technik dentystyczny w laboratorium, razem z nim ok. 30 osob. Taki dlugi wstep, ale to wazne. Tenze dentysta (wiek ok. 60-tki) i obaj jego synowie pojechali sobie na zimowy urlop narciarski do Austrii, pech chcial, ze do strefy zagrozenia, podobno juz wtedy bylo wiadomo, ze tam jechac nie powinni, ale urlop byl wazniejszy. Po przyjezdzie nikomu nie zameldowali o mozliwosci zarazenia wirusem, nie zrobili testow, tylko przystapili do pracy (!!!) Pracowali tak sobie ze dwa tygodnie do czasu, kiedy u ojca wystapily pierwsze objawy choroby. Ale i wtedy dr W. nie zglosil sie do lekarza, tylko probowal sam leczyc sie w domu. Do momentu az dostal kollapsu i karetka odwiozla go na oddzial zakazny, gdzie nadal przebywa w stanie krytycznym. Jak sie okazuje, synowie tez zachorowali, ale ich stan jest nieco lepszy od ojca. I teraz najlepsze! Nie wiadomo przez kogo, ale sprawa miala zostac zamieciona cichcem pod dywan. Nie zarekwirowano kart pacjentow, ktorzy po powrocie z Austrii byli przez niego, a raczej przez nich obslugiwani, wydzial do spraw zdrowia (Gesundheitsamt - cos jak polski Sanepid), ktory bylby wladny nadzorowac sledztwo po tym skandalu, nie tylko milczal, ale zabronil lokalnym gazetom cokolwiek na ten temat napisac. Jego gabinet oczywiscie zamkniety, personel na kwarantannie, laboratorium, gdzie pracowal drugi syn, rowniez, a caly personel i jego rodziny w domach pod obserwacja. Prasa miejscowa nadal milczy, a dowiedzielismy sie o tym z jakiejs gazety wydawanej w bylych DDRach (tu LINKA). Spanikowana dzwonilam po wszystkich moich dzieciach, ale okazalo sie na szczescie, ze wszystkie, jak rowniez nasz przyjaciel, jego eks i ich dzieci - byli u doktorow W. jeszcze w ubieglym roku. Wiecie co? Nigdy wczesniej tak sie nie balam, zanim sprawa sie wyjasnila, ze nikt z moich najblizszych i znajomych nie byl obslugiwany przez niego/nich w wiadomym czasie.
Nie nadazam za ich tokiem myslenia, wprawdzie to dentysci, ale i dentysta jest przeciez lekarzem.

Kiedy spotyka sie teraz kogos znajomego, rozmawia sie w ewidentnie wiekszej odleglosci od siebie niz jeszcze w ubieglym tygodniu. Na dowidzenia mowi sie POZOSTAN W ZDROWIU. Mile to i wzruszajace. Jakos tak czlowiek zdaje sobie sprawe, ze kazde takie spotkanie moze byc ostatnim.