niedziela, 28 sierpnia 2016

Byc, miec czy przezyc.

Zrodlo
Blisko 3-4 pokolenia Europejczykow zyja w czasach pokoju. Wojny wydaja im sie czyms bardzo odleglym, egzotycznym wrecz. Gdzies tam w swiecie jakies dzikusy prowadza swoje wojenki plemienne albo USA wprowadza wlasna "demokracje" na bliskim albo dalszym wschodzie. Europie przeciez nic nie grozi, Europa wyciagnela daleko idace wnioski po drugiej wojnie swiatowej, Europa jest bezpieczna. No moze oszalaly Putin troche jej zagraza, ale gdzie tam, nie odwazy sie, bo za Europa stoi NATO z wielkim bratem zza oceanu na czele. Nie ma sie czym martwic.
Europa posunela sie o krok dalej, zaczela przyjmowac u siebie uciekinierow wojennych. W koncu trzeba dzielic sie nie tylko nadmiernymi zasobami finansowymi, ale i wlasnym bezpieczenstwem, zeby pokazac swiatu, ze Europa to laskawe panisko i przyjmie pod wlasne skrzydla tych straumatyzowanych  biedakow bez dachu nad glowa. Damy rade!
Poczucie bezpieczenstwa i dobrobyt rozleniwiaja umysl, a niesienie pomocy potrzebujacym bardzo dowartosciowuje. Laskawcy pozostaja glusi na ostrzezenia, chca byc swietsi od papieza, a swoja poprawnosc polityczna traktuja jako priorytet. Szczegolnie niebezpieczni sa ekstremalni lewicowcy, co najmniej tak niebezpieczni jak ci spod znaku swastyki, z ta tylko roznica, ze jednych wsadza sie za kratki z zarzutem ksenofobii i podburzania nacjonalistycznego, innym sie przyklaskuje, ze tacy dzielni. Jedni i drudzy jednakowo niszcza mienie, podpalaja, demonstruja i organizuja zadymy.
Przecietny obywatel ma w glowie jedno, zarobic tyle, zeby wystarczylo na piwko po fajrancie i wczasy z rodzina. I obysmy tylko zdrowi byli. Klasom wyzszym, ktore jeszcze chetniej bawia sie w dobroczynnosc, targane wyrzutami sumienia, ze maja wiecej niz inni, zalezy na wypasionym domu w dobrej dzielnicy, starannym, a co za tym idzie, drogim wyksztalceniu progenitury i zwiedzaniu swiata. Nie dopuszczaja do siebie mysli, ze cokolwiek moze im zagrazac, cokolwiek zaburzy ten blogostan, w koncu placa niemale podatki, daja ludziom miejsca pracy, wiec panstwo darzy ich specjalnymi wzgledami, bo jesli nie, moga przeniesc swoje firmy gdzie indziej. Tym samym politycy, dla poklasku, przescigaja sie w filantropii i wielkodusznosci wzgledem azylantow, pomyslach multi-kulti, a przywolywanie do rozsadku o zapewnienie bezpieczenstwa wlasnym obywatelom, przez mniejsze partie, okrzykuja neofaszyzmem i kampania populistyczna. Nikogo nawet przez chwile nie zaniepokoilo, ze do Europy przyjechalo 80% samotnych mlodych mezczyzn. Nikomu nie wpadlo do glowy, ze oni nie przyjechali tutaj po pomoc i ochrone, oni przybyli tu walczyc, podbic Europe. Co bardziej niecierpliwi juz zaczeli pokazywac swoje prawdziwe oblicza i to nie tylko najnowsi przybysze, ale i muzulmanie tutaj urodzeni, tu wyksztalceni, kolejne ich pokolenia, wydawaloby sie dosc zintegrowane.
Pewne zrodla doliczyly sie w Europie ok. 400 000 dobrze wyszkolonych wojownikow muzulmanskich, wliczajac w to zindoktrynowanych stalych mieszkancow z europejskim obywatelstwem. Nie jest juz kwestia CZY, ale KIEDY zacznie sie wojna, bo jest ona nieunikniona, nic jej nie powstrzyma. Zegar zaczal odliczac do tylu.
Politycy powoli odzyskuja przytomnosc i probuja ratowac, co sie da. Poszedl wiec delikatny apel do obywateli o robienie zapasow na wypadek katastrofy. Slowo wojna jeszcze nie padlo, ale z pewnoscia padnie. I ta wojna bedzie miala przebieg troche inny od znanej  Europie, poprzedniej. Najpierw zostanie wywolany chaos, uderzenie nastapi w sterowane elektronicznie elektrownie, ujecia wody, komunikacje, media. Pozniej zacznie sie polowanie na ludzi, zabijanie mezczyzn i maltretowanie kobiet i dzieci. Spladrowane sklepy beda swiecic pustkami, a nowych dostaw nie bedzie.
Co mnie zdumiewa, przewaga Niemcow nie bierze tych apeli powaznie, nie tylko nie maja zamiaru robic zapasow, ale kpia i wysmiewaja tych, ktorzy wzieli zalecenie na powaznie.
Pycha spowodowana zludnym poczuciem bezpieczenstwa predzej czy pozniej odbije im sie czkawka.






sobota, 27 sierpnia 2016

Dostalam cynk.

Zgermanizowany polski kot.
Jedna z moich czytelniczek przeslala mi na maila link do posta na blogu osoby, z ktora nie mam i nie chce miec do czynienia, o czym wyraznie napisalam w komentarzu pod jednym ze starszych moich wpisow. Kto wie, ten wie, a kto nie wie, niech sobie glowy nie zawraca, bo nie warto. Mimo, ze osoba zostala przeze mnie poinformowana, iz nie chce miec z nia nic wspolnego, nadal wyciera sobie mna twarz. Musi, zyc nie moze bez upuszczenia na moj temat zlego slowa.
A poszlo o TEN artykul w Wirtualnej Polsce. Sam jego tytul sugeruje, ze dzieje sie cos strasznego, koty sa "wywozone" (sila?), a nie wylapywane w celu oddania do adopcji za granica. Taki maly szczegolik, a jakby robi roznice.
Chce tylko dodac, ze w Niemczech preznie dziala wiele stowarzyszen zajmujacych sie ratowaniem bezdomnych zwierzat spoza kraju i organizowaniem dla nich domow adopcyjnych w Niemczech. Bardzo sprawnie przebiegaja adopcje glownie ulicznych psow, ale i kotow z Hiszpanii, Portugalii, Rumunii i rowniez z Polski, choc w mniejszym zakresie.
No i pod rzeczonym postem zawrzalo w komentarzach! Nie bedzie Niemiec plul polskim kotom w twarz i ich germanil! Bo polskie koty maja sie rozmnazac dla dobra Najjasniejszej Katolickiej, dla niej ginac, zdychac na ulicy i polskie myszy lapac! To policzek przeciw polskosci spod znaku bialo-czerwonej i Polski walczacej. Nie lubimy Niemcow w ogole, a teraz juz szczegolnie, bo dla polskiego kota lepszym jest bezdomne, chore i glodne zycie, rodzenie dwa razy do roku w ojczyznie od wypasu i spokojnego cieplego zycia, ale na obczyznie. No szok, skandal i porubstwo!
Jedna tylko komentatorka zauwazyla przytomnie, ze przeciez te panie, ktore koty wylapuja to Polki, ktore dalej sprzedaja te koty do Niemiec. I teraz nasuwa sie pytanie, czy to cwaniary, ktore ze zniemczania polskich kotow zrobily sobie sposob na zycie i trzepia na tym niemala kase, czy tez sa to anioly w ludzkiej skorze, ktorym na sercu lezy dobro tych zwierzat i poprzez swoja dzialalnosc umozliwiaja im zycie w godnych warunkach.
Natychmiast owa komentatorka zostala odsadzona od czci i wiary, a nawet UWAGA! porownana do mnie, najwiekszej polskozerczyni w internecie! Zero merytorycznego odniesienia sie do tematu "wywozenia" polskich kotow (na roboty?) do Niemiec, czy chocby tylko akceptacji, ze dobrze sie dzieje i ze koty beda mialy lepiej. Male trzesienie ziemi, bo to Niemcy, a nie np. Anglia.
Wnioski pozostawiam Wam.






piątek, 26 sierpnia 2016

Dzieci wojny.

Zrodlo
Niedawno swiatowe media obieglo zdjecie chlopca siedzacego w karetce, uratowanego po zbombardowaniu Aleppo. Dziecko jest brudne, ranne, zakrwawione i nieskonczenie smutne. To zdjecie pokazuje, jak wielkie dramaty rozgrywaja sie na terenie Syrii, jakie tragedie dotykaja najmniej winnych tej wojny. Tak przy okazji zapewne wszystkie media, a zwlaszcza polskie grzmialy swietym oburzeniem, ze to akurat bombardowanie wyszykowali Syryjczykom Rosjanie. Taka gratka, zeby wkrecic do emocji nieco antyrosyjskiej propagandy, nie ogladajac sie na caloksztalt i przemilczajac wlasciwego sprawce tej wojny. Zreszta nie tylko tej. Wszyscy mocno wspolczuja temu dziecku, placza nad jego losem, ja natomiast mam przed oczyma inne sceny, jak filmik TUTAJ na przyklad. Albo TUTAJ. Jaka jest gwarancja, ze temu wlasnie smutnemu dziecku juz nie zostala zaszczepiona nienawisc do nie muzulmanow? Moze on tez juz cwiczyl na zabawkach?
Jatke na kurdyjskim weselu w Turcji jakis tydzien temu spowodowal 12 czy 14-latek, od kolyski zindoktrynowany przez fanatykow religijnych. Owinal sie pasem szahida i poszedl spokojnie na wesele. Efekt: ponad 50 trupow i niezliczeni ranni. A co powiecie na TO? Chlopiec ma 12 lat i sluzby w ostatniej chwili zdarly z niego pas z materialami wybuchowymi.
Ja wiem, ze nie nalezy uogolniac, wiem, ze nie wszyscy, wiem... wiem... wiem... Ale nic nie poradze, ze widze w tym dziecku potencjalnego terroryste i morderce.
Kto nie ma muzulmanskich dzieci w sasiedztwie, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak one wszystkie patrza na nas. Gdyby wzrok mogl zabijac...






czwartek, 25 sierpnia 2016

Lidka wszystko wyzbierala, u nas tez.

No bo zacheceni Lidkowymi raportami na fejsie, ile to nie nazbierala grzybow i ze te grzyby juz Jej nosem wychodza, z ich nadmiaru oczywista - pojechalim do lasu poweszyc. Wyweszylim kilka maslakow i trzy zajaczki. Ani chybi Lidka i u nas wyzbierala. NIC, no kompletnie NIC. Ale co pochodzilismy, to nasze.
Pogoda byla bardzo w kratke, dosc silny wiatr szybko przeganial chmury, wiec mielismy wszystko: slonce, zachmurzenie, a nawet kilka kropel deszczu.






A potem nagle slonce zaszlo i las z przyjaznego przemienil sie w grozny i straszny.



A na sam koniec zaczelo kropic, wiec pospieszylismy do samochodu i przed odjazdem stamtad nie powstrzymalo nas nawet to, ze deszcz tak szybko sie skonczyl, jak zaczal. Pozniej slonce znow sie pokazalo, wiec jako ze mielismy po drodze, wpadlismy na chwilke do ruin zamku Plesse pogapic sie na piekne widoki az po horyzont.











Zauwazcie, ze niektore drzewa lisciaste juz zaczynaja zmieniac szate na jesienna. Zielen wprawdzie jest jeszcze w przewadze, ale i ona nabrala juz tej przedbrazowiejacej glebi.
W domu zrobilismy sobie jajecznice na tych kilku grzybkach, ktorych nawet nie fotografowalam, bo i po co narazac sie na Wasze (a zwlaszcza Lidki) szydercze usmiechy. Nnno!
Acha, cos jednak z tego lasu przywiozlam: kleszcza.






środa, 24 sierpnia 2016

Zlosliwosc losu.

No ja nie wiem, jakiego trzeba miec pecha. Czlowiek tyra przez caly tydzien w upale, a kiedy nadchodzi weekend pogoda sie psuje. Tak wlasnie bylo w ubieglym tygodniu, w sobote slonce postanowilo zastrajkowac i dobrze, ze choc nie padalo, wiec zaryzykowalismy wycieczke rowerowa. Znudzilo nam sie wciaz jezdzic nad jeziorka, wiec tym razem pojechalismy na polnocny zachod, w strone naszego bylego miejsca zamieszkania. Jechalismy sobie wzdluz rzeki Leine, pozniej wzdluz Grone - tam, gdzie swego czasu pokonywalam kilometry spacerujac z Fuslem. Pierwszy przystanek zrobilismy pod autobana, w miejscu, gdzie Fusel zawsze schodzil do rzeczki, zeby sie napic i zamoczyc lapecki. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie dostep do wody nie jest ograniczony gestymi zaroslami i stromym brzegiem, nieprzyjaznym dla krotkich jamniczych lapek.






Dalej Grone wpada do Leine, wiec droga znow prowadzi nad ta ostatnia rzeczka. Niby drzewa jeszcze calkiem zielone, ale rosliny obrastajace laki (uonki) nad rzeka przybieraja juz przedjesienne kolory. Widok niezwykle smaczliwy.



Po przeciwnej stronie rzeki majacza w oddali zabudowania polnocnych dzielnic Getyngi, budynkow uniwersyteckich czy tez wiaduktu autostradowego (drugie zdjecie), pod ktorym jeszcze niedawno stalismy.



Powloczylismy sie po naszych starych zakamarkach, powspominalismy sobie dawne lata i pomknelismy dalej, zatrzymujac sie dopiero obok odkrytego niedawno przeze mnie stawu, gdzie na wyspie samica labedzia wysiadywala jaja. Teraz juz prowadza calkiem duze mlode, ale nie zdolalam ich sfocic przez geste krzaki porastajace brzeg stawu. A kiedy doszlam do jedynego miejsca z dostepem do wody, czekal juz tam na mnie ojciec rodziny i ostrzegawczo syczal.




Slubny odpoczywal sobie na lawce, a ja latalam wokol stawu w nadziei, ze znajde jakies mniej zarosniete miejsce na brzegu. Nadaremnie jednak.



I to juz w zasadzie koniec wycieczki. W tym pogodowym pechu mielismy jednak odrobine szczescia, bo dopiero po naszym powrocie do domu zaczal padac zapowiadany deszcz.






wtorek, 23 sierpnia 2016

Hiszpanskiej owcy dwojga imion...

... post ten dedykuje...
Skad ten tytul? Czesc z Was na pewno od razu skumala, o kogo chodzi. Dla pozostalej czesci male wyjasnienie: bo otóz... jedna z blogerek tak bardzo jest inkoguto, ze nie tylko chowa sie pod nickami, ale co rusz te nicki zmienia i ulepsza. Byl wiec juz Pacjan z Barcelony, Rogata Owca, a teraz osoba ukrywa sie pod Izydorem z Sewilli czy jakos tak. Jest to jedyna kobieta na blogowisku, z ktora moge pogadac o moim miescie, bo nie tylko w nim byla, ale nawet pomieszkiwala sobie tutaj.
Przy okazji ktoregos z moich postow, w ktorym pokazywalam ciekawe betonowe lozko nad brzegiem Leine oblozone mozaika z kolorowych kamykow, od Niej wlasnie dowiedzialam sie, ze to projekt i ze sa jeszcze dwie takie lawki w Getyndze, a nawet dostalam wytyczne, gdzie one sie znajduja. No to poszlam i je sfocilam, o TUTAJ i TUTAJ.
Niedawno odkrylam kolejna laweczke i to prawie pod samym moim nosem, niedaleko osiedlowego kosciolka i centrum sasiedzkiego. Owco Izydorze, TADAM !!!





Sama jestem ciekawa, czy to koniec projektu, czy moze beda stawiane kolejne lawki albo lezanki. A moze juz gdzies stoja, a ja o tym nie wiem?





poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Przycisk alarmowy.

Do napisania tego postu natchnela mnie Opakowana, ktora w jednym z komentarzy opisywala perypetie wlasnej osobistej tesciowej z telefonem alarmowym. Zacytuje:
"A moja tesciowa, od czasu, jak sie przewrocila (tracila przytomnosc na sekundke) kilka razy, nosi przypiety do siebie telefon alarmowy, gdzie tylko prztyknac trzeba jednym wielkim guziczkiem. I to dziala! telefon dzwoni po prztyknieciu do 5 osob, w tym karetki i chyba policji.
Jak ja wrecz zmusilismy, zeby to nosila, to byla kwestia wyboru miejsca przytroczenia telefonu. no i nosila w kieszeni dlugiego dosc swetra. potem sie okazalo, ze alarm dzwonil, my wszyscy w panike, nasze jedno dziecko mieszkalo dosc blisko, wiec zdarzalo sie, ze w strachu do nas dzwonilo. okazywalo sie, ze jak pisalam - juz sie przydalo. Babcia na telefonie ...usiadla, hrehre. teraz ma na pasku, w nocy lezy na stoliku nocnym (obok zebow) w zasiegu reki. jak pisalam - juz sie przydalo.
"

Mnie tez niedawno zdarzylo sie wszczac niechcacy alarm, czym przyprawilam wlasne dzieci o stan przedzawalowy. Ale od poczatku.
Niedawno wpadl mi w oczy artykul gdzies w internetach, ze kazden jeden smarkfon ma funkcje alarmowa i po jej aktywowaniu wystarczy przycisnac na trzy sekundy przycisk glosnosci, a do wybranych osob dociera alarm, podobno nawet z okresleniem miejsca, w jakim denat czyli ja, sie znajduje. Osobami, ktore w moim przypadku maja zostac powiadomione, byly moje trzy dzieci i maz. Ta ostatnia opcja to w zasadzie nonsens, bo po pierwsze maz nie ma smarkfona, wiec i tak by mnie nie zlokalizowal, a po drugie niespecjalnie umie odczytywac nadeszle esesmany. No ale co tam, niech ma i nie czuje sie pominiety. 
Jakis czas temu bylam sobie u znajomych, ktorzy spedzali czas we wlasnym ogrodku. Ona cus tam grzebala przy grzadkach, wiec zeby moc podtrzymywac rozmowe, zaczelam i ja grzebac obok niej. Tak se grzebiemy i gadamy, kiedy nagle dzwoni moj telefon, ktory mialam w kieszeni spodni. Na linii srednia corka:
- Mama, masz jakiegos wirusa w telefonie!
- Heee...? - oraz natychmiast pomyslalam sobie, ze to niemozliwe, bo przeciez i w smarku mam wypasionego antywirusa, za ktory zaplacilam sporo kasy.
- Tak, bo wlasnie dostalam z twojego telefonu jakis dziwny sms o tresci HILFE! DAS IST EIN NOTFALL z dopiskiem Standort kann nicht gefunden werden (pomocy! to nagly wypadek i ze lokalizacja jest niemozliwa) i pod spodem jakis link, w ktory nie wchodze, bo to wszystko bardzo podejrzane
Zanim dodalam dwa do dwoch, sama zdazylam sie zdenerwowac. Pozniej jednak stwierdzilam, ze ani chybi w tym sklonie nad grzadka musial sie nieopatrznie wcisnac ten klawisz od glosnosci i wywolal alarm. Nawet sie ucieszylam, ze to ustrojstwo w ogole dziala, ale jednoczesnie zdenerwowalam, ze nie pokazuje natychmiast lokalizacji. Bo gdybym tak rzeczywiscie byla w potrzebie, to jest to strata cennego czasu. Wytlumaczylam dziecku, o co chodzi i ze to nie wirus, a moj nowy apek alarmowy. Kiedy wiec kolejno dzwonily do mnie inne corki, juz na starcie tlumaczylam im, ze to przypadek i pomylka, a ze mna jest wszystko w porzadku. A w duchu cieszylam sie, ze takie to skuteczne. Maz sie nie odezwal.
W domu tylko oznajmil, ze co ja od niego chce, bo dostal jakis dziwny sms (znalazl i odczytal wow!), ale nie wie, o co chodzi. No tak, ja moglabym sczeznac gdzies w rowie po wypadku samochodowym na przyklad, albo zostac zgwalcona przez 150 uchodzcow, a ten by sobie spokojnie czekal w domu az przyjde i wyjasnie mu, co mialam na mysli z tym esesmanem. Ludzie!