wtorek, 4 sierpnia 2020

Ostatni post na tym blogu.

Wlasciwie mialam juz nie pisac wiecej, ale pomyslalam sobie, ze winna jestem pozegnanie wszystkim moim Czytelnikom.
Gdyby ktos jeszcze dwa miesiace temu zasugerowal mi, ze przestane blogowac, sama bym w to nie uwierzyla. Blog byl moja pasja, wkladalam w niego cale swoje serce, uwielbialam pisac od zawsze, a przez te 10 lat prowadzenia bloga jeszcze sie rozwinelam. Pamietacie zapewne, ze swego czasu pisalam codziennie, pozniej co drugi dzien. Pokazcie mi drugiego takiego zapalenca, ktory ciagnalby tak przez 10 lat. Ale ja to kochalam, chcialam i moglam, wiec realizowalam sie tym blogiem. Miewalam kryzysy i dolki psychiczne, ale przerwy nie trwaly dluzej niz tydzien-dwa. Zawsze wracalam, przyciagana Waszymi wezwaniami i slowami wsparcia.
Duzo postow opublikowalam, gorszych czy lepszych, powodujacych burze lub zaslodzonych komentarzami, zebralo sie tego blisko 2400 wpisow. Klikniec na bloga bylo sporo ponad milion.
Ale wszystko musi kiedys sie skonczyc. W moim poprzednim poscie poinformowalam Was, ze zawieszam dzialalnosc, byc moze na zawsze. Sama nie bardzo wierzylam, ze moglabym nie wrocic do mojej tfu!rczosci blogowej, ale wraz z uplywajacym czasem stwierdzilam, ze lepiej czuje sie bez bloga i blogowiska. Przejadlo mi sie i nie chce juz wracac. Przyslowiowa kropka na i czy tam kropla, ktora przelala miarke, byla zmiana interfejsu bloggera. Poczulam sie troche jak dziecko, ktoremu zabrano spranego misia bez oka, ktorego ukochalo ponad wszystko i bez ktorego nie moglo zasnac, a wzamian dano mu plastikowa bezduszna nowa lalke Barbie, drozsza, piekniejsza, ale niechciana. Sledze na fb grupe blogujacych w bloggerze, czytam o wielu niedorobkach, problemach z tym nowym interfejsem i wyjsc z podziwu nie moge, DLACZEGO cos, co bezblednie dzialalo przez tyle lat, wymienia sie na pelen usterek knot. Nie chce juz brac w tym udzialu, lubie, kiedy wszystko dziala bez zarzutu. Mam dosc zmartwien w zyciu realnym, zeby dokladac sobie problemy wirtualne. I wiem, ze predzej czy pozniej to nowe staloby sie rutynowe, usterki zostalyby usuniete, poprawione i wszystko chodziloby jak w zegarku. Pytanie tylko, czy ja tego chce. Odpowiedz brzmi NIE!
Trzeba wiedziec, kiedy ze sceny zejsc niepokonanym. Jak Greta Garbo, nie jak Fogg.
Chcialam wszystkim Wam podziekowac za te wspolne 10 lat.

Nie znikam z internetu, jestem na fb, tam pisze od czasu do czasu, choc juz nie tak obszernie jak na blogu, ale nadal bede zamieszczala zdjecia moich futrzastych dziewczynek. Gdybyscie chcieli zachowac kontakt ze mna, szukajcie mnie pod ANNA MARIA PANTERA, wyslijcie zaproszenie, a ja je przyjme. Musielibyscie jedynie zarejestrowac sie na facebooku i ze mna tam "zakolegowac". Moj profil jest dosc ukryty, nie wszystko, co zamieszczam,  pokazuje sie obcym, tzn. niezaakceptowanym przeze mnie.
Zdaje sobie sprawe, ze nie wszyscy zechca zalozyc konto na fb, wiec z tymi zegnam sie tutaj, zyczac wszystkiego najlepszego.





czwartek, 25 czerwca 2020

***

Z powodow rodzinnych zawieszam chwilowo dzialalnosc. Moze nawet nie chwilowo, tylko w ogole.
Musze sie wycofac.
Wybaczcie.  I nie dopytujcie.




wtorek, 23 czerwca 2020

Zaskoczyli wszystkich.


Na pewno obilo Wam sie o uszy, ze w nocy z soboty na niedziele w Stuttgarcie doszlo do bezprecenensowych aktow brutalnosci i wandalizmu. Sprawcy ryczeli Allahu akhbar pewnie tylko po to, by skierowac uwage policji w niewlasciwym kierunku, na straumatyzowanych uchodzcow. Ani chybi prowokacje przygotowaly znane wladzom i kazdemu na swiecie prawicowe bojowki faszystowskie.
Mieszkancy Stuttgartu i tamtejsza policja na tyle zostali zaskoczeni dobrze zorganizowana i przygotowana akcja, ze z niemalym trudem zdolali sie sami wybronic przed niespotykana brutalnoscia sprawcow, ale zanim wezwali posilki z calej Badenii-Wirtenbergii, sytuacja calkiem wymknela sie spod kontroli, a obraz po zabawie naszych znudzonych bezczynnoscia gosci przypominal krajobraz po wojnie domowej. Zaczelo sie zupelnie niespodziewanie, bez sladu zapowiedzi, zeby policja mogla sie jakos do tej akcji przygotowac. W niedziele rano wiele mediow podkreslalo, ze do chwili obecnej nie wiadomo, co rozpetalo to pieklo. Za to sprawcy bawili sie wysmienicie, atakowali policjantow z taka zaciekloscia, ze obserwujacy mieli wrazenie, iz atakuja, by zabic. Przy okazji niszczyli i dewastowali szyby wystawowe w srodmiesciu, a po ich wybiciu kradli wszystko, co im w lapy wpadlo.

Stuttgart-Randale: Polizei mit knallharter Ansage - Schock-Video ...
Zrodlo
Zaczelo sie od rutynowej kontroli jakiegos 17-letniego handlarza narkotykow, nie Niemca oczywiscie, raczej tego, ktory doi niemiecki socjal i nie ma zamiaru pojsc pracowac. Chyba wtedy zaczeli sie jakos zwolywac, w kazdym razie okolo polnocy rozpoczela sie jazda. Przestepcow bylo, jak mowia swiadkowie, okolo 500. Zdjecie z lewej pokazuje lezacego przestepce, ktorego obezwladnil i chcial aresztowac policjant (postac z prawej). Podbiegl do nich biedny straumatyzowany uchodzca i calym rozpedem kopnal stojacego policjanta, ktory po tym ciosie upadl i juz sie nie podniosl. Widzialam film i te scene, widzialam niszczenie policyjnych samochodow, rzucanie w funkcjonariuszy jakimis przedmiotami, dewastowanie  wszystkiego po drodze. Jak chcecie sobie poogladac, wrzuccie do gugla Stuttgart Krawalle (albo Randalle) i przywolajcie video. Mnie ten widok przywolal na mysl bande niebezpiecznych psychopatow, ktorym udalo sie uciec z najbardziej strzezonego oddzialu psychiatrycznego.
Najzabawniejsze jest, ze policji udalo sie zlapac ok. 20 sprawcow, ktorych z pewnoscia wypuszcza, bo nielatwo bedzie im cokolwiek udowodnic, bylo ciemno, a policja walczyla o wlasne zycie i zdrowie. Ide o zaklad, ze takie igrzyska dla naszych straumatyzowanych gosci beda sie powtarzac coraz czesciej, bo bezkarnosc tylko rozzuchwala.
Zaskoczeniem dla mnie byl fakt, ze policja cacka sie z tymi bandytami, zamiast po prostu zaczac do nich strzelac. Nie mam pojecia, kto zabronil im uzywac broni palnej w obronie wlasnej. Tylko tak dalej, a niedlugo bedzie strach wyjsc z domu w bialy dzien.

Nie zapominajcie pozostac w zdrowiu.






niedziela, 21 czerwca 2020

Nowe idzie, choc stare jeszcze nie zniklo.

Coronavirus - Göttingen


Dzieki bezmyslnosci pewnej grupy ludzi, ktorym sie wydaje, ze posiedli wieksza wiedze tajemna od reszty swiata, wzglednie innych grup, ktore z zasady nie maja zamiaru stosowac sie do pewnych ograniczen narzuconych w zaistnialej sytuacji, nie mozna sie wygrzebac z pandemii. Obie grupy sa siebie warte, bo niewazne, z jakiego powodu nie nosza maseczek czy tez nie ograniczaja kontaktow z innymi, nie utrzymuja zalecanych odstepow, nie dezynfekuja - przez nich wlasnie ta zaraza nie ustaje.
U nas w miescie istnieja tzw. "punkty zapalne", sa to wiezowce, w ktorych zyja albo pewne grupy narodowosciowe, a te z reguly nie stosuja sie do nakazow wydanych przez niewiernych, albo mieszkaja w nich osobniki z marginesu, alkoholicy, narkomani czy byli wiezniowie, ktorzy nigdzie indziej nie dostana mieszkania. Kiedy bylam w Lubece, wybuchla zaraza w tzw. Idunie, budynku, ktory kiedys byl nawet dosc ekskluzywnym apartamentowcem, z wlasnym basenem, glownie przewidzianym dla studentow i singli. Teraz zas zaludniony glownie rodzinami z Kosowa, Romami i slabymi socjalnie Niemcami. Z muzulmanami wszyscy tu obchodza sie jak ze zgnilymi jajami, wiec pozwalaja sobie na wszystko. Ostroznosc? Odstepy? Maseczki? A po co? Najwazniejsze, ze im sie ramadan skonczyl, wiec hulaj dusza, trzeba sie spotkac, zrec, bawic. Malo tego, jakis osobnik mial juz wczesniej narzucona kwarantanne, ale wychodzil sobie wielokrotnie do miasta, m.in. do klubu shisha, gdzie wiele osob korzystalo z jednego ustnika. Pogratulowac! Jakos udalo sie wladzom okielznac to towarzystwo, choc latwo z pewnoscia nie bylo, jako ze na 700 osob, ktore tam koczuja, jakies 200 mieszka na lewo bez zameldowania.
Niedaleko tamtego, tez na granicy srodmiescia, stoi nastepny wiezowiec, ktory znow kiedys mial sluzyc studentom i singlom, a popadl na margines. Tam znow, oprocz zdegenerowanych Niemcow, zyja w przewadze pracujacy tutaj Rumuni. O higienie mozna w ogole zapomniec, raz tam bylam sluzbowo i nigdy wiecej! Strzykawki i kondomy walaja sie wszedzie, mozna zostac zamordowanym na korytarzu i nikt z mieszkania nie wyjrzy, a policja, pogotowie i straz pozarna sa tam czestymi goscmi, bo wciaz cos sie dzieje. Najgorsze jednak, ze w tym budynku mieszkaja rowniez dzieci ze swoimi rodzicami. Jakos tak w weekend stwierdzono dwa zakazenia wirusem, przetestowano wiec wszystkich (?czy rzeczywiscie wszystkich?) mieszkancow i stwierdzono ponad 170 zainfekowanych. W efekcie caly budynek postawiono w stan kwarantanny. Przejezdzalam tamtedy, caly budynek dokola jest otoczony kordonem policji i urzednikow Ordnungsamtu, dowozona im jest aprowizacja, srodki higieny, nawet lekarze, gdyby cos sie dzialo zdrowotnie. Czesc tych straznikow ubrana jest w normalne uniformy, inni wygladaja jak kosmonauci, nie ma na nich milimetra kwadratowego nieokrytego ciala (wspolczuje stac w tym na palacym sloncu przez dwa tygodnie). Radio podawalo, ze juz jednego goscia musieli spacyfikowac, bo chcial sie wyrwac z budynku.
W sobote sytuacja eskalowala, policja zostala zaatakowana i sa ranni, slyszano nawet strzaly. Mieszkancy wiezowca nie chca siedziec na kwarantannie, chca wyjsc, wiec doszlo do zamieszek, ulice zostaly zablokowane przez policje i juz sie ciesze na mysl, jakimi objazdami przyjdzie mi w poniedzialek jezdzic, zeby dostac sie do miasta.

Zrodlo zdjecia
Ciekawe tylko, ze skoro jest zakaz imprez masowych i wiekszych zgromadzen, dlaczego wladze nie reagowaly, kiedy niedawno w miastach setki tysiecy idiotow wyszly bez masek i w bliskiej do siebie odleglosci protestowac przeciw brutalnosci i rasizmowi amerykanskiej policji? Aha, bo to bylo politycznie wlasciwe. Gdyby tak ktos chcial poprotestowac przeciwko sprawcom morderstw i gwaltow na niemieckich obywatelach przez naszych straumatyzowanych gosci, szybko by taka demonstracje spacyfikowano. Podobnie zreszta jak w Polsce, procesje, pielgrzymki, msze i cyrki wyborcze sa cacy i dopuszczalne, zas protesty przedsiebiorcow czy spacer w kilka osob to juz nie. Wszedzie te podwojne standarty.
Co do punktow zapalnych, mamy jeszcze w zapasie dwa inne. Jest tylko kwestia dni, kiedy zaraza wybuchnie w ktorym z nich. Poza tym ludzie zaczynaja wyjezdzac na urlopy, a tam tez wiekszosci puszczaja hamulce, nawet tym, ktorzy w domach stosuja sie do ograniczen i sa bardziej uwazni i zdyscyplinowani. W Polsce wladza zmuszona zostala przez kosciol do poluzowania, msze odbywaja sie bez zaklocen, nie przestrzegane sa odleglosci, czesto nie ma masek, bo jak zezrec wafelka majac na gebie kaganiec?
A ci lepiejwiedzacy beda mogli dalej snuc swoje teorie spiskowe i probowac sie wylamywac.

No i nieodmiennie pozostancie w zdrowiu.





piątek, 19 czerwca 2020

Wojna futer o futra.

Moze nie pamietacie, bo to bylo tak dawno, wiec przypomne KLIK, ze poswiecilam swoje futro, ktore jeszcze przywleklam z Polski, a tu w ogole nie nosilam, na poslania dla psa i kotow. Kira dostala caly srodek, a koty po rekawie do swoich koszyczkow. Dlugo uciecha nie trwala, bo wtedy Bulka byla na etapie zaszczywania mi calego mieszkania oraz wszystkiego, co jej pod lapki wpadlo, rowniez futer i to nie tylko kocich, Kirze tez sie oberwalo. Futra powyrzucalam i tyle.
Nie tak dawno pisalam o swoim wkladzie w "odgruzowywaniu" mieszkania mamy naszego przyjaciela, kiedy trafila do domu opieki KLIK i KLIK. Wsrod calych hald rozniastych ciuchow, domowych tekstyliow i sprzetu AGD, trafilam na dwa pokrowce na samochodowe siedzenia z prawdziwej skory. A oni nawet nie mieli samochodu! Spytalam wtedy P. czy chce te pokrowce, nie chcial, wiec zabralam do domu z zamiarem podscielenia sobie pod tylkiem we wlasnym pojezdzie. Ale ze bylo wtedy sporo roboty, odlozylam futra na czas nieokreslony do piwnicy i oczywiscie o nich zapomnialam. W sobote cos tam razem ze slubnym  robilismy w piwnicy, ja "znalazlam" futra i najpierw chcialam sama je zainstalowac, ale musialabym wyjac podglowki, a nie umialam, wiec scedowalam robote na meza. Ale i jemu nie udalo sie nawlec tych pokrowcow, po prostu nie pasowaly i tyle. No i co tu robic z tak mile rozpoczetym dniem? To znaczy z rozpakowanymi pokrowcami? Wyrzucic szkoda (no ja tak mam), a szukac kogos, komu by do auta pasowaly na siedzenia to mi sie nie chcialo. Slubny wpadl na pomysl, zeby polozyc jedno na poslanie Toyki.
Toya przedrzemala sie nawet, ale potem przeprowadzila na sofe, bo tam jej wygodniej. Wchodze w pewnej chwili do pokoju i slysze jakies szurania z Toyki koszyka, a nie widze nic. Za chwile znow cos szura, podchodze blizej, a tam...



... Miecka sie kokosi w najlepsze na nowej skorze. Przewala sie, jakby futro nasaczone bylo kocimietka, no widac, ze jest w siodmym niebie. Prawie niewidoczna, zdjecia zrobilam z lampa blyskowa, bo bez kot idealnie wtapial sie w tlo. Pozniej przez cale popoludnnie Miecka okupowala kosz Toyki i nie pozwolila jej sie do niego nawet zblizyc. Rada w rade slubny przyniosl drugi pokrowiec i ciepnal na stojacy w sypialni koszyczek Miecki, ten po Fuslu. Miecka tak sie w nim zagniezdzila, ze spi tam kazdej nocy. Pomyslalam wiec, ze zrobie jej tym duza frajde, a ona wreszcie ustapi miejsca Toyi. A tymczasem, kiedy szlam spac, w koszyczku Miecki zastalam dzikiego lokatora, ktory do tej pory nigdy sie koszyczkiem nie interesowal, to znaczy chwile na poczatku, a potem juz w ogole.



No rynce mi opadly! Tej nocy Toya spala z nami w lozku, w koszyczku Miecki rezydowala Bulka, a Miecka rozwalala sie w koszu Toyi. Tak te futra futrom przypadly do gustu, ze ruszyc sie z nich nie chca. Musze tylko pilnowac ich wilgotnosci, bo nie wiem, czy Bulce cos do lebka nie wpadnie i nie zechce ich oznaczyc. Zreszta jak znam zycie i koty, to ich fascynacja futrami i walki o miejsce szybko sie skoncza.
A nie mowilam?






Nie zapomnijcie pozostac w zdrowiu.







środa, 17 czerwca 2020

Wpusc wiesniaka do biura...

To jest miejsce zdarzenia
... to podobno atrament wypije.
Ale jaaa? Przeciem swiatowa kobieta, z niejednego pieca chleby jadalam, az zeby zjadlam na przeroznych doswiadczeniach zyciowych. Mnie sie takie wtopy nie zdarzaja... tak myslalam.
Bedac u corki, pierwszego wieczoru, kiedy wrocilysmy z proby upicia jej wlasnej matki, chcialam juz tylko wziac prysznic i walnac sie do lozka, taka bylam zmordowana. Corka poszla jeszcze na ploty do kolegi mieszkajacego w tym samym domu, a ja wlazlam do lazienki. No i tu ogarnely mnie watpliwosci, JAK technicznie brac ten prysznic, nie bedac widziana z ulicy. Dziecko mieszka bowiem na parterze, lazienka ma okno, wprawdzie z szyba we wzorek, ale jesli zostawie w lazience zapalone swiatlo, to bedzie widac z ulicy moja naga sylwetke jak na dloni, a wolalam jednak uniknac zbiegowiska przed domem. Wpadlam zatem na genialny pomysl mycia sie po ciemku, w poswiacie latarni ulicznych.
Weszlam do kabiny, dodatkowo szczelnie ja pozamykalam, zeby nie zachlapac i rozejrzalam sie za jakims plynem pod prysznic. Zapomnialam to zrobic, kiedy jeszcze mialam swiatlo, wiec teraz szlo na macanego. Wymacalam cos, co wygladalo jak pianka do golenia czy tam inny depilator. Pomyslalam, ze nie wezme, bo jeszcze z przypadku sie pozbawie wlosow nie tam, gdzie trzeba.  Chwycilam wiec druga butelke, ta juz bardziej przypominala plyn do mycia. Nalalam troche tego plynu na myjke, a dodac musze, ze myjka jest ciemnogranatowa. Ladnie toto pachnialo, ladnie sie pienilo, stalam wiec sobie pod tym cieplym prysznicem i z niejaka luboscia zmywalam z siebie calodzienny kurz. W pewnej chwili spojrzalam w dol, gdzie nawet w tej poswiacie ulicznej widac bylo splywajaca ze mnie ciemna ciecz. Qrde! Co ja do tego mycia wzielam? No wystraszylam sie nie na zarty. Co ta moja latorosl nawystawiala w tej swojej lazience? Po ciemku nie mialam mozliwosci sprawdzic, co ja czarnego na siebie wylalam, ale lekkiego pietra nie moglam sie pozbyc. Szybko splukalam to z siebie, wylazlam na dywanik i piorunem sie powycieralam. Jeszcze szybciej wdzialam na grzbiet koszule nocna i wtedy zapalilam swiatlo w lazience.
To cos w metalowej aerozolowej butelce, co wzielam za srodek do depilacji, to byla pianka pod prysznic, a to, czym sie umylam...
... teraz macie niepowtarzalna okazje zgadywac, czego uzylam jako plynu pod prysznic. Rozwiazanie podam wieczorem. Zagladajcie.

Nawet w lazience uwazajcie na siebie i pozostancie w zdrowiu.





poniedziałek, 15 czerwca 2020

Dzien piaty - znow sama i podroz do domu.

Ja wzielam sobie dwa dni wolnego, zeby moc spedzic u corki cale piec dni, ona jednak pracowala i w piatek, i we wtorek po zielonych swiatkach. Nawet nie slyszalam, kiedy wyszla z domu, ani jak sie przygotowywala do wyjscia, tak twardo spalam. Szkoda mi bylo siedziec w domu i czekac na nia, wiec po raz-nie-wiem-ktory przeprawilam sie przez most lalek, ktore juz na tyle mnie poznaly, ze zaczely mi sie klaniac i pozdrawiac slynnym polnocnoniemieckim moin moin zamiast klasycznego guten Tag, czy bawarskiego gruß Gott. Nie wiem, ale jakos mnie to ichnie podwojne moin denerwuje. Odpowiadalam im po swojemu ;)
Tym razem skupilam sie na szczegolach i detalach architektonicznych, a przy okazji chcialam odnalezc slynny Dom Buddenbrookow, czyli kamienice, w ktorej przyszli na swiat i wychowywali sie Tomasz i Henryk Mann. Zapraszam.
































I oto ukazal sie moim oczom on, w calej swojej okazalosci, DOM BUDDENBROOKÓW.




W sumie dosc niepozorny i gdybym wczesniej nie widziala jego zdjecia w internecie, to pewnie bym go przeoczyla. Stal sobie naprzeciwko kosciola Mariackiego.





Poszlam dalej, zza budynkow usmiechala sie do mnie wieza zegarowa kosciola sw Jakuba, dalej zachwycila mnie niebanalna architektura kosciola sw Katarzyny.





I dalej idac, podziwialam kunszt bram wejsciowych i wieze kosciola Mariackiego z daleka.




Zawedrowalam nad wode, przeszlam na druga strone mostkiem dla pieszych, ktory obciazaly niezliczone klodki milosci.











Wrocilam innym mostem i ponownie zaglebilam sie w uliczki Lubeki. I znow, nieodmiennie zachwycaly mnie typowe namiastki ogrodkow przeddomowych, roz pnacych lub malych drzewek.











I to by bylo na tyle Lubeki. Wrocilam do domu, ale potem raz jeszcze przedefilowalam przed lalkami na moscie, bo poszlysmy realizowac ostatnia wieczerze, zebym nie padla z glodu w podrozy. Dziecko odprowadzilo mnie na dworzec, wycalowalo, pomachalo chusteczka i... pojechalam.
O ile w tamta strone mialam obawy, jak to bedzie z przesiadka w Hamburgu, o tyle z powrotem  bylam pewna, ze sobie poradze, w koncu podroze ksztalca, a ja  po jedym razie  przeciez zeby (zemby) zjadlam na przesiadkach w Hamburgu. No i, jak mozna sie domyslac, srodze sie przeliczylam. Pociag regionalny popylal sobie wesolo w strone hamburskiego dworca glownego, kiedy nagle zatrzymal sie w jakims podhamburskim wypizdziejewie dolnym (Hasselbrook), a przez radiowezel podano nam informacje, ze sa jakies awarie zwrotnic i jak chcemy, to mozemy czekac, nie wiadomo jak dlugo albo mozemy sie przesiasc w S-Bahn i sobie nim dojechac do Hamburga. I to bylo wszystko, co mieli nam do powiedzenia. Rece, cycki oraz uszy opadly mi z hukiem na peron, ale dzielnie przedzieralam sie razem z tlumem schody w gore-schody w dol, na sasiedni peron, gdzie mial podobno zakotwiczyc ten S-Bahn. Jechalismy wszyscy oczywiscie na gape i pomyslalam sobie, ze brakuje mi do szczescia tylko kanarow. Po drodze mialam zabawne zdarzenie, bo w pewnej chwili zatrzymalismy sie na stacji znanej mi sprzed lat, kiedy to srednia corka pobierala w Hamburgu nauki, zdazylam jeszcze zrobic zdjecie i wyslac jej zobacz, gdzie ja jestem. Do smiechu mi jednak nie bylo.


Przyjechalismy na dworzec glowny w Hamburgu, na tor pierwszy, a nasz ICE mial odjezdzac z 14-go, wiec schody w gore, bieg przez tlumy przez cala szerokosc dworca schody w dol i... stan przedzawalowy, bo pociagu juz nie bylo. Ten szmaciany kaganiec na gebie kompletnie uniemozliwial mi oddychanie, sapalam jak lokomotywa parowa i zdenerwowana bylam jakniewiemco, sciagnelam wiec to ustrojstwo na brode, zeby nie umrzec, rozgladalam sie jednak, czy gdzies gliny nie czatuja. Ale dopadlam jakiegos umundurowanego po kolejowemu gostka na peronie, zlapalam za rekaw i kazalam sie informowac, jak i kiedy moge wrocic do domu. Z tegoz samego peronu mial odjezdzac za 20 minut pociag do Karlsruhe, przez Hannover i moje miasto, wiec kazano mi cierpliwie czekac i zabrac sie tym nastepnym. Jechal chyba szybciej niz mial jechac ten poprzedni, bo mimo, ze roznica w czasie odjazdu byla prawie polgodzinna, to do Getyngi przyjechal tylko 15 minut po tamtym. Nie ma sie co dziwic, bo popylal odcinkami 250 kmh.


Dla kolei niemieckich byl to sadny dzien, bo w pewnej chwili na tym monitorze pokazal sie komunikat, ze... nie zgadniecie... maja jakas awarie zwrotnic na odcinku Getynga - Kassel i trzeba sie liczyc z opoznieniami. Dzieki opatrznosci, bylo to juz za moim celem podrozy, wiec te opoznienia mnie nie dotyczyly. I tak oto dotarlam we wlasne pielesze, fajnie bylo, ale stanowczo za krotko. Pobyt u corci dobrze mi zrobil, mialysmy wreszcie dosc czasu dla siebie, zobaczylam przepiekne miasto i jego okolice, odpoczelam od codziennosci, naladowalam akumulatory i nabralam nowej energii. I zjadlam otrzymana od dziecka roze marcepanowa...



We wszystkich srodkach lokomocji badzcie zdrowi.