poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Szkola na powaznie.

No to bylim na kolejnych zajeciach. Zgodnie z Waszymi sugestiami pokazalam trenerowi filmik z pogoni za pinczerkiem i razem sobie go analizowalismy. Wyszlo na to, o czym pisala Joasia, opiekunka Toyi w Polsce. Nie bylo w tej pogoni cienia agresji, za to sporo instynktu lowieckiego: jak cus ucieka, to trzeba to natentychmiast gonic, a jak przy tym piska, to juz w ogole trza porzadek robic. Jednak ten instynkt trzeba w niej tlumic, bo nie jest on ani dobry, ani bezpieczny.
Przy okazji wspomnielismy tez o kotach, ktore gdyby nie uciekaly, mialyby sprawe zalatwiona. Wyrazilam obawe o Toyowe oczy, mniej o same koty, bo one jakos sobie poradza, natomiast zapedzone w kozi rog, bez mozliwosci ucieczki, moglyby zrobic jej krzywde. I otoz trener wyrazil gotowosc przyjscia do nas do domu i wybadaniu sprawy na miejscu. Juz widze, jak Miecka wychodzi spod lozka w obecnosci obcej osoby w domu, ale mam nadzieje, ze na Bulke mozna liczyc i co najmniej ona wylezie, zeby Toya miala kogo gonic.

Po wybieganiu usilujemy nauczyc sie czegos pozytecznego

Rozne kumple tu przychodza, od niewielkich...

... po giganta leonbergera czy innego kangala

Jedne sa grzeczne, inne mniej. Ja naleze do tych drugich, troche nie slucham

Ale patrzec lubie

Ten jest fajny, malenki, ale nie peka przed duzymi

Temu zas weszlo w muskuly, zamiast w rozum. A sile ma jak kon

Zadawalam szyku gawroszka

Phi, taki slalom - latwizna!

Wszystkim idzie latwo

A mnie jakos nie chce sie udac...

... ale to z pewnoscia wina tatusia

Za to umiem przeskakiwac wysokie przeszkody

Wszystko to tak mnie zmoglo, ze spalam potem u mamy na kolankach






niedziela, 23 kwietnia 2017

Moderacja.



Postanowilam zrezygnowac z moderacji komentarzy, bo to meczaca procedura, zarowno dla mnie, jak i zapewne dla Was, a od dluzszego czasu troll zamilkl, wiec sprobuje. Jednakowoz blokuje komentowanie dla anonimow, bo nie mam ochoty czytac smetnych wypierdow jakichs frustratow, ktorym sie wydaje, ze moga pisac wszystko, bo sa nie do namierzenia. Niech wiec tchorze, ktorzy wstydza sie ujawnic, chodza wylewac swoje frustracje gdzie indziej, bo tu i tak wyladuja na wysypisku. Moga wiec sobie zaoszczedzic wysilku, nikt ich wypierdow i tak nie przeczyta, nawet ja, bo z automatu znajda sie w spamie.
Ci natomiast, ktorzy maja cos do powiedzenia, a jeszcze nie sa zarejestrowani, moga to zrobic, idac za moimi swiatlymi i napisanymi prostym jezykiem poradami, o TUTAJ.
Jesli jednak rzeczony troll albo jakis inny frustrat zechce znow srac na moje podworko, bede zmuszona wlaczyc moderacje ponownie.
Zycze wszystkim przyjemnej niedzieli.





sobota, 22 kwietnia 2017

Moje zalety?

Do napisania tego posta zainspirowal mnie post Sonic, gdzie proszono nas o wymienienie wlasnych zalet. Nie jest to latwe zadanie mowic o sobie w superlatywach, traci (tronci) to troche samochwalstwem, czlowiek nie chcialby byc poczytany za egocentryka, skupionego na wlasnym geniuszu i dobru, jakim emanuje.
Komentarze byly rozne, od wycofanych po otwarte opisanie tego, co piszacy uznal u siebie za ceche pozytywna. Ja spontanicznie napisalam, ze jakie znowu zalety, skoro mam same wady. A potem gleboko sie nad wszystkim zastanowilam, dlaczego moja samoocena jest tak niska, co jest tego przyczyna? I wpadlo mi do glowy, ze niemaly wplyw na moje dzisiejsze niskie poczucie wlasnej wartosci mialo dawniejsze podcinanie mi skrzydel i wieczne krytykowanie ze strony rodzicow, zwlaszcza ojca. W jego oczach nigdy nie bylam dostatecznie dobra, zawsze moglam byc lepsza. A ja sie tak staralam! Nie pamietam przez cale swoje zycie, zebym choc raz zostala przez niego pochwalona, zeby choc wspomnial, ze jest ze mnie dumny, ze mnie kocha, ze za mna stoi i zawsze bedzie mnie wspierac poki zycia. Nie zeby nie wspieral czy nie kochal, ja wiem, ze nawet bywal ze mnie dumny, ale tego nie mowil, choc ja tak bardzo tych slow potrzebowalam. Potrzebowalam, zeby wyrobic w sobie to poczucie wlasnej wartosci, pewien rodzaj dumy, ze jestem jaka jestem, bez wzgledu na moje wady. A wyrobiono we mnie permanentne niedowartosciowanie, kompleksy poczucie, ze zawsze osiagam mniej niz moglabym osiagnac.
Podobnie dzieje sie w moim malzenstwie. Ja wiem, ze slubny mnie na swoj sposob kocha, szanuje i podziwia, bo gdyby tak nie bylo, juz dawno nie bylibysmy ze soba. Ale ja chcialabym to uslyszec, takie male dobrze, ze jestes.
Nauczona wlasnym doswiadczeniem, swoim dzieciom nie szczedzilam pochwal i wyznan. Dzieki temu wyrosly na samodzielne i przebojowe kobiety, swiadome wlasnej wartosci, bez kompleksow i poczucia, ze nie sa dostatecznie dobre. Jak ja.




piątek, 21 kwietnia 2017

Dwa kufry.

Starsze byly ode mnie, znalam je wiec od urodzenia. U moich dziadkow sluzyly do przechowywania rzeczy nietakbardzopotrzebnych, ale szkodaichwyrzucic. Polegiwaly wiec jak nie na strychach, to w innym pawlaczu. Kiedy nadchodzila pora kolejnej przeprowadzki, a trzeba Wam wiedziec, ze dziadek jako wojskowy przenoszony byl wielokrotnie, najczesciej pozbywaly sie swojej zawartosci rzeczy nietakbardzopotrzebnych, ktore nagle okazywaly sie zupelnie zbedne w nowym miejscu zamieszkania - i sluzyly za pudla przeprowadzkowe.
Ostatnia ich wielka przeprowadzka miala miejsce w roku 1990 z Warszawy do Lodzi, kiedy babcia
zlikwidowala wszystkie swoje sprawy w stolicy i przeniosla sie do moich rodzicow do Lodzi, czyli wrocila do korzeni, bo tam wlasnie sie urodzila. Miala juz wtedy blisko 80-tki i podupadala na zdrowiu, nie powinna wiec dalej mieszkac sama. Od tamtego czasu kufry lezaly w kanciapie i nadal sluzyly do przechowywania rzeczy nietakbardzopotrzebnych, ale takich, ktore nie powinny sie kurzyc, tym razem maminych.
Dla mojego taty byly cenna pamiatka, jedna z nielicznych, ktore zostaly po jego ojcu, nie bylo wiec mowy, zeby sie ich pozbywac, choc wcale nie byly ladne ani reprezentacyjne. Nie byly tez jakimis cennymi antykami, ot zwykle kufry nadgryzione zebem czasu, rozlicznymi przeprowadzkami miedzymiastowymi i miedzynarodowymi. Byly za to nieocenione wlasnie do przechowywania tych nietakbardzopotrzebnych klamotow.
Kiedy tato zmarl, mama zabrala sie do generalnych porzadkow i sukcesywnego wyrzucania z domu przeroznych rzeczy, ktore tylko zalegaly, zgodnie z dewiza, ze moze kiedys sie przydadza. Tak jej pozostalo z czasow, kiedy niczego nie mozna bylo dostac normalnie w sklepie i gromadzilo sie rozne roznosci. Z likwidowanych mieszkan (mojego i babci) zatrzymala zastawe, gary, czajniki, posciele, obrusy i takie tam. Teraz postanowila zrobic z tym porzadek. Wynosila pojedynczo, stawiala obok kontenerow na surowce wtorne i za kazdym razem wszystko znikalo.
Kiedy bylam w Polsce, spytala mnie, czy reflektuje na te kufry. Moze i bym je wziela, tylko JAK? A poza tym, gdzie bym je zmiescila w moim malenkim mieszkaniu? Rada w rade, sfocilam je i dalam na fejsa z pytaniem, kto chcialby je przytulic, pod warunkiem jednak, ze odbior bylby wylacznie osobisty. Zglosily sie dwie chetne osoby, a ja juz wtedy wiedzialam, ze kufry trafia w dobre rece. Nie pisze, kto przytulil moje pamiatki, niech te osoby same napisza na blogach, jesli chca.
A skad w ogole wziely sie te kufry w naszej rodzinie? Otoz moj dziadek, ktoremu poswiecilam kiedys ten post (KLIK), zostal po demobilizacji w Szkocji i najpierw probowal tam  zycie ukladac, a kiedy nie wyszlo, przypomnial sobie o rodzinie w Polsce. Przez czas pobytu na wyspach zdazyl zaopatrzyc sie w sporo cywilnych ciuchow, wiec gdy nadeszla pora przeprowadzki, musial zorganizowac sobie cos do przewozu szkockiego dobytku i wszedl w posiadanie tychze kufrow. Nie wiem, czy kupil uzywane, czy tez nowe, ale stawiam na uzywane. Z wygladu sa to typowe kufry kolonialne. Zeby bagaz nie zagubil sie po drodze do Polski, na wiekach napisano adres, pod ktory mialy trafic. Przetrwal do dzisiaj, dobre szkockie farby!



 Nie jestem pewna, ale domyslam sie, ze litera C ma cos wspolnego z cargo. Jeden z kufrow ma w drodku scianke dzielaca gore z dolem, pewnie zeby sie klamoty nie pogniotly.


Rzeczy, ktore ze soba przywiozl, nosil jeszcze przez wiele lat w Polsce. Nawet ja pamietam niektore, ponadczasowo klasyczne garnitury, tweedy, marynarki, krawaty, buty, dwa welniane szlafroki, w tym jeden oryginalny z welny wielbladziej. Z niego uszylam po latach spodnie dla mojej pierworodnej.

Wszystko to spisalam na prosbe nowej wlascicielki. Nie jest to wyczerpujaca wiedza, bo polegam jedynie na wlasnej pamieci i urywkach rodzinnych rozmow. Ale co najmniej staralam sie przyblizyc historie tych dwoch kufrow, ktore duzo widzialy i wiernie rodzinie sluzyly.