czwartek, 22 sierpnia 2019

Jak bezpodstawnie...

... rzucilismy podejrzenie na Bulczyka.

Cos ostatnio (az boje sie o tym pisac, zeby nie zapeszyc) Bulka wsadzila sobie korek w sikawke i jakos zaprzestala dewastacji mieszkania. Czasem zdarzy jej sie siknac na dywanik w lazience, na ktorym stoi kuweta, ale rzadko. Wypierze sie raz-dwa i potem jest dlugo spokoj.
Tymczasem...
W sypialni zaczelo mi podsmierdywac, najpierw tak delikatnie, ze wlasciwie nie bylam pewna, ale zapaszek byl ewidentnie moczowy. Z czasem zaczal byc coraz bardziej intensywny, az ktoregos dnia mowie do slubnego, ze Bulka chyba osikala dywanik po mojej stronie lozka. Podnieslismy go, ale nie bylo widac zadnych zaciekow po lewej stronie. Slubny padl na kolana i zaczal weszyc jak pies.
- Dywan smierdzi! - oznajmil.
Ukleklam i ja, ale od dywanu nic nie poczulam, choc dokola smierdzialo.
- To nie dywan.
Chlop odsunal mnie zamaszyscie i ponownie przyjal pozycje koscielna, lapiac wiatr w nozdrza.
- Dywan! - powtorzyl - Zobacz, jest zaciek.
Wzulam okulary, ale niczego nie dostrzeglam, ale uwierzylam slubnemu na slowo. Sciagnelam dywanik i udalam sie z nim do wanny, zeby troche zaprac te podobno oszczana strone. Wiem, ze pomogloby to jak umarlemu kadzidlo, ale szkoda mi bylo wyciepac dywanik do smieci. Bylam jednak z tym praniem ostrozna, bo juz kiedys wrzucilam do wanny caly taki dywanik z pokoju goscinnego, a ten tak nasiakl woda, ze musialam go podawac chlopu przez okno, zeby powiesil na trzepaku na zewnatrz celem odkapania, bo inaczej zalalabym cale mieszkanie. Nic wtedy z prania nie wyszlo, na dywaniku porobily sie takie zacieki, ze nadawal sie jedynie do wyrzucenia. Tym razem wiec wypralam kawaleczek i zanioslam do suszarni w piwnicy.
Kiedy jednak weszlam do sypialni, odorek nie zniknal, ba, jakby sie wzmogl. Tak przy okazji zrobilam generalne sprzatanie podlozkowe, bo zaczelam przypuszczac, ze tam Bulka znalazla sobie zastepcza kuwete. Mylilam sie jednak, podobnie pod szafka nocna nie bylo sladu destrukcyjnych dzialan Bulki i jej sikow. Podloge umylam, potem jeszcze przetarlam dodatkowo woda z octem, ktory pochlania nieladne zapachy. Kiedy wszystko wyschlo, weszlam  znow do sypialni, a tam... smierdzi. Zalamalam sie! Pozniej juz tam nie wchodzilam, ale troche mnie martwilo, jak ja bede w takim smrodzie spac.
Chlop pojechal w tym czasie na umowiona wizyte do samochodowego doktora, bo zaczal nam wysiadac akumulator i kazde uruchomienie auta odbywalo sie z pilowaniem startera i moglo byc ostatnim. Zamiast jednak pojechac prosto do warsztatu, zachcialo mu sie po drodze zrobic zakupy i stalo sie to, co sie stac musialo, samochod nie chcial juz ponownie zapalic. Nie mial w komorce numeru warsztatu, zadzwonil wiec do mnie, ja do Patryka, zeby pojechal po niego z kablami. No, to przynajmniej klapnelo, aku wymieniony, auto jezdzi jak nowka niesmigana.
Na rzeczonym dywaniku
Siedze ja sobie w salonie i gapie sie w telewizje, kiedy nagle wchodzi slubny niosac doniczke z kfiotkiem i w te slowa zagaja:
- Podejrzewalismy potwora (tak od poczatku nazywa Bulke), a to z tej doniczki tak capi.
Bo otoz kilka dni wczesniej podlewalam i nawozilam domowe rosliny doniczkowe i w tej wlasnie doniczce troche przelalam, ze woda z tym guanem nawozowym stala i tak bestialsko smierdziala. W innych doniczkach zjawisko to nie wystapilo, nawoz bowiem wsiakl w ziemie. Doniczka zostala wyeksmitowana chwilowo na balkon, niech sobie tam cuchnie do woli, a w sypialni natychmiast przestalo smierdziec. Juz nie smialam chlopu sugerowac, ze powinien przeprosic potwora za bezpodstawne kalumnie. Ja w ramach pokuty zafundowalam jej godzinne miachanie.
Tyle naszego, ze przy okazji wybralam kurz spod lozek i generalnie wyczyscilam wszystkie katy.

Bulka ktoregos dnia wkurzyla sie, bo jakis obcy intruz smial wejsc na jej terytorium:






Tak ze ten... zanim rzucicie podejrzenie na niewinne zwierze i zrobicie generalne porzadki nie przed wielkanoca, sprawdzcie lepiej najpierw doniczki z kfiatkami.





wtorek, 20 sierpnia 2019

Gladiole.

Tez tak czasem macie, ze wystarczy jakis niewielki impuls, cien zapachu czy kilka tonow dawno nie slyszanej, ale niegdys ulubionej melodii, zeby przywolac z niebytu wspomnienia. Wlasciwie to nie przywolywanie, one nagle same sie pojawiaja i tak bolesnie uderza, ze czlowiek w takiej chwili powaznie zastanawia sie, czy przezyje. Dotkliwie boli.
To spotkalo mnie niedawno, kiedy zobaczylam czerwone gladiole, ukochane kwiaty mojej babci. Pojawialy sie gdzies w polowie wakacji razem ze slonecznikami. Czesto spedzalam przerwy wakacyjne albo koncowki wlasnie u babci. Chodzilysmy razem na ryneczek na Polnej i albo stamtad, albo od zaprzyjaznionej wlascicielki ogrodka dzialkowego przynosilysmy te gladiole do domu. Nie wiem, dlaczego babcia te wlasnie kwiaty tak bardzo ukochala, jest tyle innych, czesto ladniejszych, ale ona najchetniej kupowala te kwiaty. Nie miala ulubionego koloru, lubila je od bialych przez rozowe, zolte i czerwone do prawie czarnych. Bardzo o nie dbala, codziennie zmieniala im wode, odrywala przekwitle kwiatki, zeby latwiej bylo rozwinac sie tym blizej czubka.
Zawsze staly u niej dlugo.
Ja nie kupuje kwiatow, sa za drogie, nie mam tez ogrodka, wiec stracilam kontakt z gladiolami. Do tego dnia, kiedy zobaczylam je przypadkiem. I wtedy wlasnie tak mnie bolesnie zaklulo, a oczy naplynely lzami. Zaczelam gleboko oddychac, zeby sie calkiem nie poplakac. Nie bylo latwo, ale dalam rade. Sama sie dziwilam wlasnej, tak gwaltownej reakcji. Babcia nie zyje przeciez od 28 lat, skad wiec nagle tyle emocji na widok kwiatkow? Nie wiem i wlasciwie jest to niewazne.
Ale gladiole juz zawsze beda mi przypominaly te jedna jedyna osobe, tak wazna w moim zyciu.





niedziela, 18 sierpnia 2019

Na pozor tak niedawno...


... towarzyszylismy synowi naszego przyjaciela, Guciowi, w jego pierwszych krokach na szkolnej niwie. Wierzyc sie nie chce, ze od tamtego czasu minelo juz 7 lat i wczoraj jego mala siostra zostala czlonkinia szkolnej spolecznosci. Kiedy Gucio szedl do pierwszej klasy, ona byla jeszcze w brzuchu u mamy, teraz sama zostala uczennica. Przez ten czas wiele sie zmienilo, ich rodzina sie rozpadla, syn mieszka z ojcem, a corka zostala u mamy, ktora ma nowego partnera.
Ostatni raz widzialam Gucia hen przed wakacjami, wczoraj o malo nie padlam, kiedy go zobaczylam. Przerosl nawet swojego tate, tak smignal w gore przez wakacje. Niestety, jak to najczesciej bywa w jego wieku, Gucio zachowal sie jak rozciagnieta guma do zucia, tego, co poszlo mu we wzrost, zabraklo jakby w obwodzie, jest cieniutki jak niteczka.


Fajne dzieciaki, madre, dobrze wychowane, a ta mala jest wygadana za ich dwoje.
Ze wzruszeniem obserwowalismy wywolywane do nowych wychowawczyn dzieci, kazde strrrrasznie przejete, z ogromnymi tornistrami na drobnych pleckach. Jedne wystraszone i wycofane, inne pelne entuzjazmu w obliczu nowych wyzwan, ale smialo stawiajace im czola. Jedna dziewusia szla cala we lzach i to ona dostala najwiekszy aplauz od tlumu rodzicow, dziedkow, ciotek i wujkow towarzyszacych swoim pierwszakom. Moje corki wspominaly swoje pierwsze dni w szkolach, ja tez siegnelam pamiecia w najdalsze zakamarki wspomnien, jako ze moj pierwszy dzien szkoly mial miejsce w 1963 roku. Bylo inaczej, wszyscy bylismy poubierani w biale bluzeczki i granatowe spodniczki/spodnie, mielismy kwiaty dla nauczycieli, za to sami nie dostawalismy zadnych prezentow. Niemieckie dzieci dostaja tzw. Schultüte, taki rozek z tektury pelen slodyczy. Nasza bohaterka dnia dostala tych rozkow chyba z 6 sztuk, bo od taty i mamy osobne, od nas, od dziadkow i jednej babci oraz od zaproszonych znajomych. Moje dziewczyny strzelily focha, bo kazda z nich miala tylko po jednym rozku.
Teraz z roku na rok swietowanie jest coraz wieksze, dzieje sie podobnie jak z komuniami w Polsce. Nasze dziewczyny swietowaly tylko z nami w domu, podobnie Gucio jeszcze te 7 lat temu, a jego siostra po szkolnych uroczystosciach juz w lokalu. Jak to bywa w patchworkowych rodzinach, kazdy rozwiedziony rodzic mial swoje towarzystwo, niekoniecznie kochajace strone przeciwna, ale dla dobra dziecka trzeba bylo robic dobre miny do zlej gry. Mama byla z nowym partnerem i obaj panowie zmuszeni byli siedziec przy jednym stole, chyba po raz pierwszy od tamtych nieprzyjemnych wydarzen. Ale obaj kochaja te mala fryge, wiec dla jej dobra zakopali chwilowo topor wojenny. W sumie jakby ktos nie wiedzial, o co chodzi, nie zauwazylby niczego w zachowaniu gosci, wszystko odbylo sie w naprawde przyjemnej atmosferze.
Przy okazji dowiedzialam sie, ze w innej szkole miala uroczystosc coreczka corki naszej sasiadki, najpierw z poprzedniego domu, pozniej obie przeprowadzilysmy sie tutaj. Sara przychodzila do nas czesto, wtedy jako 3-letni berbec, bawila sie z naszymi corkami. Znamy ja "od zawsze", jej brat jest moim komputerowym guru. Teraz jej coreczka idzie do szkoly. Szalenstwo, jak ten czas szybko leci.
Ani sie obejrze, jak moja wnusia bedzie zbierala wlasne Schultüte...





piątek, 16 sierpnia 2019

Urodzilam sie...

Urodzilam sie w czasach, kiedy na niektore choroby dzieci jeszcze umieraly, bo nie bylo na nie szczepionek. Dzieciak mogl mowic o szczesciu, kiedy np. polio spowodowalo u niego jedynie znieksztalcenie kosci, jak u syna sasiadow moich dziadkow. A. mial jedna noge krotsza i ciensza, wtedy jednak malo kto przejmowal sie takim kalectwem, nie bylo rehabilitacji czy bucikow ortopedycznych, wiec A. chodzil tak dziwnie sie kolyszac. Mial jednak szczescie, bo nie musial przez cale zycie lezec w tzw. zelaznych plucach, jak wiele innych chorych na polio dzieci. Ja sama chorowalam na odre, na szczescie obylo sie bez groznych powiklan, ktore niesie ta niezwykle niebezpieczna choroba.
Urodzilam sie w czasach, kiedy w Polsce prowadzona byla walka z gruzlica, choroba biedy, niedozywienia, powojennego wyniszczenia organizmu. Obowiazkowe byly coroczne zdjecia maloobrazkowe, obowiazkowe szczepienia dzieci. Gruzlice zwalczono. Podobnie bylo z ospa prawdziwa, ciezka choroba wirusowa, ktora zwalczono w calosci, do tego stopnia, ze przestano przeciwko niej szczepic. Ja mam jeszcze na ramionach paskudne blizny po tym szczepieniu.
Wraca gruzlica, przywozona przez imigrantow, wraca odra, za sprawa glupiomadrych matek, ktore nie tylko nie szczepia swoich dzieci, ale specjalnie zarazaja je podczas kontaktow z chorymi.
Urodzilam sie w czasach, kiedy czlowiek czlowiekowi byl przychylny, kiedy "wszystkie dzieci byly nasze" i niejednokrotnie obce osoby interweniowaly, kiedy dzieciakowi mogla sie przydarzyc krzywda, nie bedac od razu podejrzanym o niecne wobec dziecka zamiary. Dzieci spedzaly wiekszosc czasu na dworze, a rodzice nie wiedzieli dokladnie, gdzie one sa, bo i komorek nie bylo, zeby malolata zlokalizowac. I chyba wszyscy mieli wspolnego wroga, bo ludzie jakos lepiej sie dogadywali, znali sie i pomagali sobie. Kosciol wtedy znal swoje miejsce i umiejetnie jednal ludzi, o czym dzisiaj mozna tylko pomarzyc, po wprowadzeniu przez kler i politykow podzialow na tych "dobrych" czyli przykoscielnych i tych "zlych", czyli kto nie z nami...
Urodzilam sie w czasach, kiedy wymyslono plastik, ktory wtedy jawil sie jako osmy cud techniki, ulatwiajacy zycie kazdej gospodyni domowej. Pamietam swoj zachwyt kolorowymi torbami z plastiku, tzw. reklamowkami, ktore zastapily toporne siatki. Jak fajnie wygladaly towary zapakowane w celofan, bo bylo je widac, w przeciwienstwie do tych w burych torebkach papierowych. A te helankowe rajstopy, ktore trzymaly sie nogi i nie zsuwaly, jak te bawelniane. To byl taki skarb, ze nosilo sie je wielokrotnie do repasacji, a nie wyrzucalo po jednorazowym zalozeniu.
Urodzilam sie w czasach, kiedy urzadzenia domowe reperowalo sie bez konca, lodowki, odkurzacze, telewizory - mialo sie w domach przez dziesieciolecia, podobnie samochody. Dzisiaj naprawy sa nieoplacalne, bo trzeba wymieniac caly podzespol zatopiony w plastiku i nierozbieralny. Zywot urzadzen przewidziany jest na 5-7 lat, bo produkuje sie wciaz nowe i trzeba napedzac przemysl.
Urodzilam sie w czasach, kiedy zelowalo sie buty, cerowalo i nicowalo ubrania, prulo swetry, by zrobic z nich nowe. Wszystko bylo drogie, wiec oplacalo sie przerabiac i reperowac. Dzisiaj jest chinszczyzna za grosze, latwiej wyrzucic, a w Wish zamowic cos nowego.
Urodzilam sie w czasach, kiedy nikomu przez mysl nie przeszlo, ze ziemia moze przestac dawac rade nas wykarmic, ze powstanie nowy kontynent z plastiku wyrzucanego do morz i oceanow. Ze lasy amazonskie, tzw. swiatowe pluca, beda bezlitosnie wyrzynane, bo potrzebne jest drewno i olej palmowy. I niewazne, ze dzieje sie to kosztem zamieszkujacych je zwierzat, wazny jest zysk. Kilka
dni temu uslyszalam w radiu, ze od lat 70-tych ubieglego wieku populacja zwierzat na swiecie zmniejszyla sie o polowe, a niektore gatunki zniknely bezpowrotnie. Emisja szkodliwych gazow wymknela sie spod kontroli, a efekty tego mamy w zmianach klimatycznych, ktore przez niedoukow nie sa brane powaznie, ot minimalny wzrost temperatury, bedziem mieli palmy i figi w ogrodkach. Nie dociera, ze jeszcze chwila, a zabraknie pitnej wody. Kogo to obchodzi?
Jakis tam zryw mlodziezowy pod przewodnictwem tej malej Szwedki, szczesliwa mlodziez, ze pod plaszczykiem ochrony srodowiska moze sobie powagarowac w piatki, a po demonstracjach pozostawione zasmiecone pobojowiska, bo mlodziez udala sie swietowac weekend i nie miala czasu posprzatac. Greta zaczela gwiazdorzyc i raczej skonczyla sie jej misja, bo malo kto bierze ja powaznie.
Urodzilam sie w czasach, kiedy faszyzm byl jeszcze czyms nagannym, ludzie mieli  na swiezo w pamieci, do czego doprowadzil ogarniety obsesja nacjonalizmu pewien domorosly malarz z Austrii. Dzisiaj kolaboranci i mordercy awansowali do rangi bohaterow, a kosciol wrecz popiera nacjonalizm, homofobie, brak tolerancji. Kler szczuje jednych na drugich, bo tylko wtedy moze sie wykazac, gdyby ludziom bylo za dobrze, gdyby byli zbyt wyedukowani i swiatli, mogliby obrocic sie przeciw zacofaniu, chciwosci, klamstwom i hipokryzji kosciola. Trzeba bylo wiec nowego wroga znalezc, komuna juz upadla, wiec teraz jest LGBT na tapecie, gendery winne sa calemu zlu.
Urodzilam sie w normalnych czasach, kiedy czlowiek jeszcze zgodnie wspolzyl z natura, kiedy smieci nas nie zasypywaly, nie bylo problemow z ich utylizacja i skladowaniem, kiedy nie wybijalo sie zwierzat dla rozrywki. Kiedy miec nie zdominowalo byc i o czlowieku swiadczyla jego wiedza, a nie ubranie.
To nie tak, ze tesknie za przebrzmiala mlodoscia, jakby sie moglo niektorym wydawac. Ja jeszcze dam rade umrzec w resztkach normalnego z pozoru swiata. Pozniej sie zacznie apokalipsa.





środa, 14 sierpnia 2019

Festiwal ceramiki.

Ta impreza zapowiadana byla juz wczesniej, pomyslalam nawet, ze fajnie byloby wpasc do H-M i pogapic sie na wyroby garncarskie. Po czym oczywiscie zapomnialam o niej. W niedziele rano zaczelismy rozwazac, dokad by tu pojechac. Chcialam do Bad Sooden, ale zobaczylam, ze na trasie, ktora wyrysowal mi internet, sa odcinki calkiem zamkniete. Odpadlo, moze innym razem. Moze tu, a moze tam? Mielismy tez na swiezo w pamieci komunikaty ostrzegajace o koncu ferii letnich w niektorych landach, co znaczy, ze przez moj land beda toczyc sie znad morza na poludnie i na odwyrtke oraz ze wschodu na zachod albo odwrotnie. Takie polozenie geograficzne mniej wiecej po srodku Niemiec, wiec wszyscy tedy jezdza, a na tej naszej slynnej "siodemce" czyli A7 nie ma dnia bez wypadkow. Odpadaly wiec wszystkie dalsze wycieczki. Zreszta do H-M pojechalismy droga landowa, nie autobana, tak na wszelki wypadek.
Niewiele brakowalo, zebym w ogole przegapila ten jarmark skorupowy, ale na szczescie natknelismy sie na niego na trasie spacerowej. Jak wspomnialam, pogoda byla sprzyjajaca, bo impreza odbywala sie pod golym niebem. Nie sposob bylo sfotografowac wszystko, tyle tych kramow tam stalo, zrobilam moim zdaniem najciekawsze. Zapraszam do ogladania.
Acha, zdjecia mozecie sobie powiekszyc kliknieciem, beda widoczne szczegoly.

Te od razu zwrocily moja uwage

Tu sprzadajaca zaczela histeryzowac, ze ja fotografuje. Musialam pokazac, ze tylko wyroby

Rybenki sa fajne


Te ciekawe

Ozdobki do ogrodka czy cus


Ciekawe miseczki

Dluuuuugi jamnik i rownie dluuugi slimak

Twarzokotki

Kotki z myszkami i rybenkami

Zabawny slonik, z tylu kameleon

Kominki

Filigranowe dzwoneczki

W stylu Boleslawca


Ptaszyny

Stworki naplotne

Te byly fajne


A te wyjatkowo zabawne

Te rybenki szczerzace zebiska!

Ale ceny to sobie wymyslaja!


Niby paskudne sepy, ale mnie bardzo sie podobaly

Kokoszki

To stoisko mialo ciekawe wyroby

Maski, koty...

... i sowy

Jak w kwiaciarni, ...

... tyle ze kwiaty sa...

... ceramiczne. Podobaly mi sie.
Mam nadzieje, ze moje zdjecia przyniosly Wam troche radosci.





poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Aktywny weekend.

Pogoda dopisala! Az chcialo sie wyjsc z domu, to i wychodzilismy.
W sobote przed poludniem bylam z Toyka na niezbyt dlugim spacerze, bo chmurzylo sie i straszylo deszczem, nie chcialysmy wiec odchodzic za daleko od domu. W efekcie nie padalo, a po poludniu calkiem sie rozpogodzilo, wiec podjechalismy do Diemardener Warte ogladac zachod slonca.











Teraz wieczorna wyprawa z zachodem slonca:











W niedziele zas wyskoczylismy do Hannoversch-Münden (poprzednio TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, a w ogole jeszcze duzo wczesniej z Kira TUTAJ) kocham to miasteczko z razcji duzych w nim ilosci wody. Niestety dla Toyki prawie niedostepnej, bo brzegi wszystkich trzech rzek sa w przewadze wysokie i zarosniete, nielatwo dostac sie do wody. 

Fragment baszty obronnej, na gorze znana Wam Tilly Schanze

Rotunda...

... i jej wrota

Szlismy brzegiem Wezery

Mijalismy rozne jednostki plywajace, ta napedzana motorem, ale taka "zrob-to-sam"


Troche malo widac, ale pelno tam gesi nilowych i labedzi

To napedzane sila rak

Tu tez dziewczyna stoi i wiosluje

Most, ktorym wjechalismy do miasta

Wielkie obozowisko kamperow, na gorze Tilly Schanze


Znalezlismy male schodki dla Toyi

Most, ktory znacie z wczesniejszych naszych wypraw do H-M

Powiekszcie sobie klikiem

Statki wycieczkowe maja pelnie sezonu


Tu dalismy Toyce powojowac w wodzie

Moglabym mieszkac w jednym z tych domow, z widokiem na Wezere

W fontannach na starowce tez bylo wojowane


A my tymczasem odpoczywalismy po trudach zwiedzania

Znalezlismy przypadkiem ogrod botaniczny...

... nigdy nie widzialam brzydszego i ...

... bardziej zaniedbanego

Katolicki kosciol pw. sw. Elzbiety (obok poczta, stad tyle zoltych aut)

Fragment murow obronnych
W zasadzie trafilismy w H-M na jeszcze cos ciekawego. Wiedzialam wprawdzie o tym wczesniej, bo wyczytalam na lokalnych stronach w internecie, ale zapomnialam. Na szczescie w ostatniej chwili natknelismy sie na te impreze, ale o tym juz w nastepnym poscie, bo i tak zrobilo sie tu za duzo zdjec naraz.