czwartek, 29 czerwca 2017

Z lotu ptaka.

Z restauracji wytoczylysmy sie mocno najedzone i ruszylysmy ogladac rozne ciekawostki w miescie. Tym razem szlysmy wyzej wzdluz Odry. Podziwialam poniemieckie jeszcze budynki Urzedu wojewodzkiego, teatru i komendy policji...









Wiszacego przy jakiejs restauracji rekina, czekajaca na turystow dorozke...



Nudzilam sie, kiedy Orka musiala pozalatwiac telefonicznie nie cierpiace zwloki sprawy urzedowe...


Nie zachwycila mnie bryla nowej filharmonii, ani centrum dialogu...




Mijalysmy pomniki ku czci i z okazji oraz stare bramy portowe...




Orka, niezaprawiona w bojach wedrowniczych, szla noga za noga, wreszcie wpadla na pomysl, jak jednym posunieciem zadowolic moj glod Szczecina. Pociagnela mnie wglab jakiegos hotelu, ktorego nazwy nie zdazylam zapamietac, wepchnela do windy i pomknelysmy z szybkoscia swiatla na najostatniejsze pietro, gdzie miescila sie panoramiczna kawiarnia. Zdjecia sa niestety slabej jakosci i to nie tylko ze wzgledu na brzydka pogode, ale tez na odbicia w szybach swiatel kawiarni lub nas samych.












Pochlonelysmy tam jakis milion kalorii, bo od diety tez wzielam sobie urlop, niech tam, raz sie zyje!


Po czym udalysmy sie na zasluzony odpoczynek, ktoremu dopomoglam kilkoma lykami boskiej naleweczki. Przemaszerowalysmy tego dnia ok. 10 kilometrow, jak wskazal moj smarkfonowy krokomierz.





środa, 28 czerwca 2017

Jak pech, to pech.

Przed wyjazdem sprawdzilam tygodniowa prognoze pogody dla Szczecina, zeby zorientowac sie, co mam zabrac do ubrania. Niestety nie byla ona ani troche optymistyczna. Na caly czas naszego tam pobytu zapowiadano deszcze. I jak tu w takich warunkach realizowac wzniosle plany poznawania Szczecina? Dorzucilam do walizki parasolke i jeszcze jedne dlugie spodnie.
Nowy dzien powital nas deszczykiem, a jakze, tyle ze o niewielkim natezeniu i z przerwami, wiec dzielnie postanowilysmy realizowac plan zwiedzania, bo w koncu nie jestesmy z cukru i nie bedziemy pekac przed ta odrobina wilgoci z nieba. Podjechalysmy nad Odre i snulysmy sie po nadbrzeznych bulwarach, bardzo pustych, z wyjatkiem kilku przedstawicieli nieco starszej mlodziezy swietujacej zakonczenie roku szkolnego pod oslona mostow.











Powyglupialysmy sie przy rzezbach roznych zasluzonych postaci, przystanelysmy pod mostem, zeby zapalic, a ja pilnie fotografowalam, choc w taka pogode zdjecia wychodza takie sobie, jak widac. Uwage moja przykulo graffiti po przeciwnej stronie rzeki. Zrobilam zblizenie, ale dopiero w domu, na powiekszonym zdjeciu w lapku, dostrzeglam, ze u podnoza tego muralu siedza dwie osoby. Z daleka nie wygladal na az tak wielki.









Orka opowiadala, ze kiedys tetnilo tu zycie, pelno bylo barek i innych obiektow plywajacych, teraz pustki i malo sie dzieje. Nagle oczy moje przykulo cos fajnego i zaraz pomyslalam o Gosi Poludniak. Gosiu, dla Ciebie!



Padalo coraz lepiej, moja skrupulatnie prostowana grzywka pokrecila sie od wilgoci w loczki, ale bylo mi juz wszystko jedno. Czulam, ze mam mokre plecy i coraz mniej chcialo mi sie lazic po pustych nadodrzanskich bulwarach. Orka zarzadzila odwrot i zaprosila mnie na obiad do restauracji stylizowanej na dziki zachod, gdzie przed wejsciem powitaly nas dwa rumaki, a w srodku czuwal nad nami wodz indianski.



Zamowilysmy po dorszu, bo jak to tak, byc (prawie) nad morzem i ryby nie zjesc? Nie da sie! Smakowalo! Posiedzialysmy tam, czekajac az deszcz ustanie, spogladalysmy przez okno na miejsca, gdziesmy przed chwila spacerowaly i probowalysmy wyschnac, co nie do konca sie udalo.




Syte i zadowolone pomaszerowalysmy dalej, choc po minie widzialam, ze Orka najchetniej udalaby sie na krotka drzemke, zamiast na podboj kolejnych atrakcji.
Ale o tym dopiero jutro, bo nie chce Was zameczac nawalem zdjec i relacji.