poniedziałek, 17 czerwca 2019

Czy to nie poszlo za daleko?

W ostatnim czasie do wypychaczy zwierzat coraz czesciej zglaszaja sie opiekunowie zwierzat domowych, ktore albo zmarly same, albo musialy zostac uspione, z prosba o spreparowanie pupila, zeby po smierci nadal mogl byc z nimi. Dla mnie to troche makabryczne, ale pograzeni w zalobie opiekunowie psa czy kota miewaja rozne dziwne pomysly. Wszystko zalezy od stanu posiadania.
Mam w ogole mieszane uczucia jesli chodzi o wypychanie zwierzat. Najczesciej u wypychacza klientami sa mysliwi, bo chca moc chwalic sie trofeami powieszonymi na scianie, tym bardziej kiedy biora udzial w egzotycznych polowaniach i moga poszczycic sie spreparowanym lbem slonia czy lwa, ale i rodzimi mordercy fauny chetnie wieszaja na honorowym miejscu jakies jelenie, dziki czy lisy.


Rozne bywaja zboczenia. Zwierzeta preparuje sie takze w celach naukowych, muzea sa pelne wypchanych eksponatow. W kazdym razie ten zawod wypychacza czy tez preparatora zwierzat nadal cieszy sie sporym wzieciem. Ostatnio jakby bardziej, bo do klienteli dolaczyli nieutuleni w zalu opiekunowie zwierzakow domowych.
Przeczytawszy ten artykul i obejrzawszy film, zaczelam sie zastanawiac, czy ja chcialabym miec wypchane po smierci ktorekolwiek z moich zwierzakow i doszlam do wniosku, ze nie. Nawet gdybym miala dosc pieniedzy na tego rodzaju kaprysy.

7-miesieczny boxer Oscar

Chocby bowiem najlepiej zrobiony preparat, nijak sie bedzie mial do zwierzecia za jego zycia. Dla mnie to jakis rodzaj nekrofilii czycus. Ja nawet nie zrobilam zdjecia zadnemu z moich zmarlych psow po ich smierci, ostatnia sesja zdjeciowa Kiry miala miejsce dzien przed jej uspieniem, nie moglabym bezczescic jej ani Fusla po tym jak odeszli. Ale niektorzy nie maja takich skrupulow.
Bedac kiedys w Polsce spotkalam sie z daleka kuzynka, ktorej siostra niedawno zmarla na raka. Nie uwierzycie, ona miala w telefonie jej zdjecia ze szpitala, kiedy lezala juz bez swiadomosci i umierala. Nie chcialam ogladac tych zdjec, wydawalo mi sie, ze to ogromne naduzycie. Skoro jej wlasne siostra nie zawahala sie przed robieniem tych zdjec, co ewentualnie moglabym probowac zrozumiec, ze chciala miec pamiatke, o tyle pokazywanie tych zdjec innym uwazam za niedopuszczalne.
Ale wracajac do wypychania zwierzat domowych, moze i jest to nieglupi pomysl, ale ja osobiscie nigdy nie skorzystalabym z tej opcji. Jak rowniez nie odwazylabym sie sklonowac zwierzaka, bo to nie bylby on. Co z tego, ze wygladalby identycznie, ale nie bylby nim, bo jak dotad charakteru nie potrafia jeszcze sklonowac. Abstrahujac juz od kosztow, ktore sa gigantyczne i (chyba) koniecznosci udania sie w podroz do Korei, bo nie wiem, czy gdzies indziej zajmuja sie klonowaniem zwierzakow.
A jakie jesz Wasze zdanie?

Na podstawie: artykulu i filmiku w Göttinger Tageblatt, stamtad tez pochodza zdjecia.





sobota, 15 czerwca 2019

Co z tymi dziecmi?

Zrodlo
Jakis czas temu mediami w Niemczech wstrzasnela wiadomosc, ze na szkolnej wycieczce 10-latkow kilku chlopcow z migracja w tle zgwalcilo kolege z klasy. Pomyslalam wtedy sobie, ze nic a nic mnie to nie dziwi, bo ci przyjezdni juz z mlekiem matki wyssali nienawisc do chrzescijan. Choc z drugiej strony w tym wieku gwalty? No ale oni maja w zwyczaju gwalcic wszystko, co sie rusza i na drzewo nie ucieka, im jest wszystko jedno, czy to dziecko, chlopczyk, dziewczynka, osoba dorosla, mezczyzna czy kobieta, staruszka 80-letnia czy zwierze. Tak, rolnicy skarza sie na wykorzystywanie seksualne pasacych sie owiec, byly tez gwalty na sukach. Nie twierdze, ze wszystkie zostaly dokonane przez przyjezdnych, ale w ostatnim czasie jakos przybraly na sile, a poza tym ofiary, jesli udalo im sie przezyc, jednoznacznie wskazuja rysopisy. Zwierzeta tego nie moga zrobic.
Jednak 10-letnie dzieci... no wierzyc sie nie chce. Ale wina zostala ewidentnie udowodniona, a sprawcy usunieci ze szkoly i umieszczeni w osrodku wychowawczym, choc w zasadzie dzieci ponizej 14 roku zycia nie podlegaja zadnym karom. Stopien zwyrodnienia zadecydowal jednak o zastosowaniu innych srodkow karania tych malych psychopatow.
Przypomnial mi sie przypadek z Anglii z 1993 roku, kiedy dwoch 10-latkow zamordowalo w
Zrodlo
brutalny sposob spotkanego przypadkowo i uprowadzonego przez nich 2-latka. Monitoring udowodnil bezsprzecznie, ze to oni byli sprawcami. Najmlodsi mordercy w historii, az trudno uwierzyc, kiedy patrzy sie na ich wystraszone buzie na policyjnych zdjeciach, ze dopuscili sie tak strasznej i brutalnej zbrodni. Chlopcy dostali fikcyjna tozsamosc i wyszli warunkowo na wolnosc w 2001 roku. W osrodku byli poddawani terapii psychiatrycznej, na ktora wydano kilka milionow funtow, jak sie pozniej okazalo, na darmo. Jeden z nich zajal sie rozpowszechnianiem pornografii dzieciecej, w tym gwaltu na 2-latku, wiec trafil z powrotem do osrodka zamknietego. Po wyjsciu na wolnosc, zajal sie tym samym, wiec znow odsiaduje kolejny wyrok.
Niestety, okazuje sie, ze ta epidemia czynow karalnych popelnionych przez 10-letnie dzieci, rozlala sie dalej i tym razem w Polsce gowniarze pozwolili sobie na przestepstwo na tle seksualnym przeciw koledze z klasy. Wczesniej ich ofiara sygnalizowala nauczycielom, ze koledzy znecaja sie nad nim, co nie uchronilo go przed umieszczeniem na wyjezdzie klasowym w jednym pokoju z oprawcami. Mali zwyrodnialcy, ktorzy wetkneli ofierze pizze w odbyt zostali wczesniej ukarani, jak twierdzi dyrekcja szkoly, mianowicie ich rodzice zostali powiadomieni, ze ich dzieci znecaja sie nad wspoluczniami. No WOW!!! Kara w rzeczy samej bardzo dotkliwa i odstraszajaca, a potem umieszcza sie ich razem w jednym pokoju. Teraz podobno sprawcy maja zakaz wycieczek szkolnych, a ich wychowawczyni zrzekla sie wychowawstwa, zamiast od razu trafic na lawe oskarzonych za wspoludzial. Czy to nie jest oczywista zacheta do kolejnych zwyrodnialych czynow, skoro gowniarze nie zostali praktycznie w ogole ukarani. Rece opadaja! Za poprzedniego ustroju trafiliby od razu do osrodka wychowawczego i tam dobraliby im sie do dupy. Teraz bezstresowe wychowanie i bezkarnosc do 14-go roku zycia, czyli uprzejme zaproszenie do bezkarnego wywijania.
I jeszcze kolejny przypadek z ostatnich dni w Niemczech, w gornej Bawarii trzecioklasisci zmusili pierwszoklasiste do poddania sie czynnosciom seksualnym. Na wszelki wypadek nie podano narodowosci mlodocianych bandytow, wiec niczego nie bede sugerowac, tu zreszta nigdy nie podaje sie narodowosci, taki odgorny nakaz, zeby czasem spoleczenstwo nie zorientowalo sie, ze sprowadzono do kraju wiekszosc przestepcow i to niezwykle brutalnych, no chyba ze sprawca jest Niemiec, to od razu o tym pisza.  I znow szczeniaki pozostana calkowicie bezkarne, bo karac wolno dopiero od 14-go roku zycia, wczesniej hulaj dusza, mozna zabijac, gwalcic, krasc, napadac, bic - zawsze pozostanie sie bezkarnym. Skwapliwie wykorzystuja to nasi goscie, dokumenty im poginely, wiec zeznaja, ze sa nieletni, choc z wygladu maja po 40-tce. Bo tu z kolei dziala inne prawo, bardzo lagodne dla mlodocianych, za zabojstwo np. nie moze dostac wiecej niz 10 lat, a za dobre sprawowanie wyjdzie po 5, wyedukowany, wysportowany, wypoczety i gotowy do kolejnych morderstw i gwaltow. A sprawdzanie wieku, np. na podstawie uzebienia, jest zakazane, bo rani ich prawa. Noszszsz... Cackanie sie z bandytami powinno byc w panstwie prawa niedopuszczalne, ale kto powiedzial, ze Niemcy sa panstwem prawa?





czwartek, 13 czerwca 2019

Powroty z adopcji.

Czytam co jakis czas, ze jakis adoptowany wczesniej pies czy kot, zostaly oddane z powrotem, bo... i tu nastepuja durne wyjasnienia: bo alergia, bo nie pasuje do rodziny, bo niszczy, bo nie mamy czasu i tysiac innych, rownie glupich wymowek. Nikt nie przejmuje sie tym, ze te skrzywdzone przez zycie i ludzi istoty maja swoje uczucia, przywiazuja sie do nowej rodziny i sa po raz kolejny odrzucane i jeszcze bardziej krzywdzone, jasniepanstwo ma to w dupie, bo pod wplywem chwili zachcialo mu sie zwierzaka, a rzeczywistosc go przerosla, widac oczekiwali pluszowej zabawki, poslusznej, czysciutkiej, cichej, bez fizjologii, no i zdrowej, bo wet kosztuje. A dostali zywe stworzenie, ciekawskie, sikajace, rzygajace, nudzace sie i z tych nudow znajdujace sobie zajecie np. przy gryzieniu butow jasniepanstwa. No, bydle niechrzczone!
Znacie historie Bulki i nasze desperackie proby ujarzmienia jej pedu do oszczywania calego swiata, a naszego mieszkania w szczegolnosci. Nawet Gosianka zaproponowala mi ktoregos dnia, ze wezmie
ja z powrotem i wyadoptuje gdzie indziej, gdzie kot nie bedzie mial tyle stresu, co przy Miecce, ktora nie chciala i dotad Bulki nie zaakceptowala. Dla mnie nie bylo takiej opcji, adopcja to nie kupno za malej bluzki, ktora mozna zwrocic do sklepu i wziac sobie inna, ktora bardziej pasuje. Ja traktuje pewne zagadnienia niezwykle powaznie i predzej bede doszukiwac sie wlasnej winy w niepowodzeniach, niz obarczac nia zwierze, ktorego przeszlosci nie znam, ale moge sie domyslac, ze nie byla rozowa. Ja nie adoptuje zwierzakow pod wplywem chwili, bo wiem, ze u mnie to juz na cale zycie, jego albo moje. Z Bulka dlugo trwalo, a my desperacko pralismy, co sie wyprac dalo albo wyrzucalismy oszczane rzeczy, kiedy juz za bardzo smierdzialo. W koncu jakos sie to wszystko uspokoilo, teraz jeszcze czasem Bulka zaznaczy dywanik w lazience. Jakos przez te 5 lat wypracowaly sobie z Miecka
wspolzycie, czasem sie zaczepiaja, robia zasadzki, pacna jedna druga lapecka przez plecy, Miecka splunie jadem od czasu do czasu i jakos to sie kreci.
Z Toya tez nie bylo latwo, nawet sam nasz guru Christian powiedzial w dniu, kiedy skonczylismy u niego kursy po roku nauki w psiej szkole, ze nie wierzyl, ze wytrzymamy z tym upartym i nielatwym w obsludze psem. Pamietacie, ze przez dlugi czas Toya nie chciala na nas w ogole spojrzec, a nielatwo ukladac psa, kiedy nie ma z nim kontaktu wzrokowego. Nie moglismy jej w zaden sposob przekonac, uciekala wzrokiem gdzies w bok albo przestrzen miedzyplanetarna, bala sie spojrzec w oczy. U psow patrzenie w oczy to rodzaj prowokacji, jasny przekaz nie boje sie ciebie, a ona sie bala. Bala sie, bo byla bita i zle traktowana, o czym juz swiadczyla obroza-kolczatka, z jaka ja znaleziono. Bo ciagnela smycz, to trzeba bylo probowac ograniczac zle nawyki bolem wbijajacej sie w szyje kolczatki, zamiast okazac cierpliwosc i psa uczyc chodzic na luznej smyczy. Nielatwo bylo, nieraz mialam juz tak dosyc, ze chcialam ja zabic, bo nic nie trafialo do tego tepego lba, ciagnela jak perszeron, a sily  jej przeciez nie zbywa. Robilam z siebie debila, krecac na ulicy piruety, za kazdym razem, kiedy napiela smycz, zawracalam kilka krokow i tak sto razy na odcunku 100 metrow. Teraz nie tylko nie ciagnie, ale na komende am fuß idzie bez smyczy. Kilka rzeczy w domu pogryzla, w tym oprawki od moich okularow, kiedy
musielismy zostawic ja sama w mieszkaniu. Ale to byla MOJA wina, ze nie zabezpieczylam, nie schowalam, a nie jej. Ona bala sie, ze mozemy nie wrocic, szukala mojego zapachu, chciala mnie miec przy sobie. Teraz wszystko jest pochowane, a Toya dostaje taka pileczke nafaszerowana smaczkami i ma zajecie przy wydlubywaniu. Nawet sie nie obejrzy, kiedy jestesmy z powrotem. Nadal nie jest latwa w obsludze, miewa odpaly, skacze na ludzi, wprawdzie bez zlych zamiarow, ale nie kazdy to lubi, ma spory instynkt lowiecki, wiec trzeba pilnowac, bo gania ptaki albo gryzonie. Obce koty tez.
Jednak nigdy, choc czesto rece i cycki zbieralam z podlogi, a Toye mialam ochote zamordowac golymi rekami, nigdy nie pomyslalam, ze moja decyzja adopcyjna byla niewlasciwa. Bo to ja jestem czlowiekiem (podobno myslacym), to ja wzielam za nia odpowiedzialnosc, za przyjemnosci
wynikajace z adoptowania przyjaciela, ale i za wszystkie koszty i niedogodnosci, ograniczenia, straty. Wzamian dostaje bezwarunkowa milosc, wiec i tak stoje na wygranej pozycji.
I tak caly czas sie zastanawiam, jak w ogole mozna oddac z adopcji istote, ktora daje cala siebie, ze swoja bezgraniczna miloscia, oddaniem, gotowoscia do poswiecen, nawet oddania zycia w obronie. Zaden czlowiek nie da drugiemu tak bezwarunkowej milosci, jaka daja dobrze traktowane i kochane zwierzeta, one odplacaja sie w stunasub (jest takie slowo?). Tylko zanim to nastapi, czasem trzeba okazac nieco cierpliwosci i wysilku, poswiecic czas i... po prostu kochac, tak samo bezwarunkowo, bo one na to zasluguja.





wtorek, 11 czerwca 2019

I rózowo.

Trwa gielda wymiany tajemnych miejsc makowych, wczoraj pokazalam Wam najprostsze, najpospolitsze i tym piekniejsze czerwone maki, dzisiaj zapraszam na maki lilowo-rozowe. Calkiem blisko Getyngi, jechalismy chyba z 10 minut. Gorzej bylo dostac sie do tych makow, bo rosly na polu w polu, takie jedno w drugim i dwa w jednym. Na tym polu otaczajacym makowe roslo cos, ale zabijcie mnie - nie mam pojecia, co to bylo, w kazdym razie nie tak wysokie i nie tak splatane jak wczorajszy rzepak. Slubny z Toya zostal poza polem, bo chcielismy uniknac jakiegos bauera z grabiami, wystarczylo, ze ja sama deptalam mu wlasnosc.















Te maki musialy juz kwitnac od jakiegos czasu, gdyz sporo bylo gotowych makowek po przekwitlych kwiatach.  Na pierwszym i ostatnim zdjeciu dobrze widac to pole w polu. Potem poszlismy sobie pospacerowac po okolicy. Jest cudnie, na wyscigi kwitna dzikie roze, czarny bez, rumianki, naparstnice i tysiace innych leluj, ktorych nazw nie znam. Jaka cisza panuje w polu, slychac tam jedynie ptaki, mozna obserwowac, jak poluje pustulka, jak motyle bawia sie w berka, a pszczoly pracowicie zbieraja pylek kwiatowy. Zapraszam!






















I to koniec niedzielnej wycieczki. Nie obiecuje, ze z makami skonczylam, moze cos jeszcze sie trafi.
Za to po poludniu przeprosilam sie z rowerem i pojechalam na krotka przejazdzke, musze znow przyzwyczaic miesnie do pedalowania. Jedno, co zauwazylam, to ze mam mniejsza zadyszke przy wysilku, w porownaniu z czasami, kiedy jeszcze palilam. Przynajmniej to.
Nasza Leine, po ubieglotygodniowych opadach, jeszcze pelna glinki z Gor Harzu i nie wyglada szczegolnie apetycznie, ale sie wyplucze z czasem i wroci do normalnego wygladu i koloru.







poniedziałek, 10 czerwca 2019

Czerwono.

Wszystko bylo jak zwykle dzielem przypadku. Mamy pore kwitnienia makow, wiec na naszej grupie fotograficznej na fb robi sie goraco i trwa wymiana tajemnych miejsc, gdzie mozna natrafic na makowe pola. Wlasciwie mialam juz zamiar pojechac w sobote na pole lezace u stop ruin zamku Plesse, ale w piatek wpadla mi w oczy fotografia lotnicza na innej grupie, a ze te tereny troche znam, pogrzebalam w guglach i znalazlam dokladna lokalizacje makowego pola.


Luftbildfotografie Volker Stellmacher Zrodlo

Charakterystyczny trojkacik drzew wchodzacy w naroznik pola. To tu!
Dlugo sie nie namyslalam i ok. 19.00 wsiadlam w samochod i pomknelam na pole makowe. W tym czasie slubny byl z Toya na spacerze i najpierw chcialam na nich poczekac, zeby wziac ja na spacer, ale potem sie rozmyslilam i, jak okazalo sie na miejscu, dobrze zrobilam. Poszlam widoczna na planie Kohlhofsweg i... zwatpilam! To pole makowe widoczne nad nia, bylo rzeczywiscie NAD, na sporym wzniesieniu, a slonce prosto w oczy. Jak tu zrobic dobre zdjecie?




Chcialam wlezc na to pole i pojsc do gory, ale sie nie dalo. Moze na zdjeciach tego tak nie widac, ale maki rosna na polu rzepaku, bardzo gestego i wysokiego, przez ktory nie sposob bylo sie przedrzec. Szlam dalej, ale juz myslalam, ze nie obejdzie sie bez powtornego przyjazdu nastepnego dnia rano, zeby miec slonce po prawej stronie. Doszlam do owego trojkata wcinajacego sie w naroznik pola i powedrowalam do gory, do rownoleglej sciezki, o ktorej wtedy jeszcze nie wiedzialam. Mialam zamiar pojsc skrajem pola i stamtad fotografowac, juz ze sloncem za plecami. Latwo powiedziec skrajem pola, trawy tam wysokie po pas, drzewa pochylajace galezie daleko w pole, trzeba wiec bylo jednak przedzierac sie przez ten splatany rzepak i caly czas w tyle glowy obawa, ze pozbieram po drodze wszystkie czatujace tam kleszcze. Moje czarne spodnie nabraly marmurkowego szarego od kurzu wzorku, ale nie poddawalam sie, parlam do gory jak buldozer, bo motywy byly piekne.









O malo sie nie poplakalam z tego zachwytu. Pomyslalam, ze warto bylo dokonac tego wysilku. Wygladalam jak siedem nieszczesc, brudna, zakurzona, zasapana, bo ta wspinaczka i przedzieranie sie przez rzepak kosztowaly sporo wysilku, przerazona ewentualnymi kleszczowymi konsekwencjami, ale szczesliwa i zachwycona widokami. One byly po prostu nierealne.
Wylazlam wreszcie na widoczna na planie rownolegla do Kohlhofsweg gorna drozke bez nazwy i dopiero stamtad zobaczylam prawdziwe piekno tego makowego pola. Obejrzyjcie sobie te zdjecia w powiekszeniu, wystarczy kliknac.














Nie spotkalam po drodze zywego ducha, bylo przedwieczornie cicho, tylko ptaki spiewaly o tym, ze zaraz udaja sie na odpoczynek. Tylko natura i ja. Znow mnie to rozczulilo, az poczulam kluche w gardle. Jakas taka emocjonalna robie sie na starosc, wzruszaja mnie rzeczy, na ktore do niedawna nie zwracalam szczegolnej uwagi, no jest sobie pole, no rosna na nim maki, jest niby ladnie, ale zeby sie tym zaraz wzruszac? Dobrze, ze ze mna nie bylo Toyi, bo chyba nie przedostalaby sie przez ten rzepak, a gdyby jeszcze i slubny sie z nami wybral, na pewno nie poszedlby tamta droga. Droga he he he! Tam przeciez nie bylo zadnej drogi, choc na mapce gugla cos w rodzaju sciezki w tych zaroslach jest zaznaczone.
Po powrocie do domu, zaraz wrzucilam cale ubranie do pralki, a sama ruszylam pod prysznic, zeby splukac z siebie ewentualnych krwiopijcow.