poniedziałek, 30 września 2013

Grazyna - opowiesc wrzesniowa.

Koniec wrzesnia, najgorsze minelo, caly ten armagedon zwiazany z rozpoczeciem roku szkolnego miala juz za soba. Jak ona tego nienawidzila! Inaczej bylo w czasach, kiedy sama chodzila do szkoly, wtedy wszystko bylo jeszcze normalne. Podreczniki mozna bylo odkupic od uczniow klas wyzszych, a teraz... Szkoda gadac! Jakos szczesliwie udalo jej sie dobrnac do konca miesiaca, bez koniecznosci pozyczania pieniedzy na jedzenie. Przyznac musiala, ze bez pomocy tesciowej i rodzicow, nie dalaby rady. Tesciowa, ta zolza, byla dla nich sporym oparciem i gdyby jeszcze tak nie marudzila, moglaby byc idealna, w gruncie rzeczy nie byla przeciez zlym czlowiekiem.
Jak na zlosc we wrzesniu przypadaly urodziny Martyny, trzeba bylo kupic slodycze do szkoly, jakis prezent dla nastolatki i wyprawic niewielkie przyjecie w domu. Kazdy miesiac niosl ze soba nieprzewidziane wydatki, a zaoszczedzic nic nie mogla. Gdyby Kazikowi udalo sie wreszcie dostac jakas prace, tylko kto potrzebuje faceta po czterdziestce? Malo to mlodych, zdolnych i
wyksztalconych? Ehhh... Dobrze, ze chociaz ona jeszcze ma prace, ale bo to wiadomo, jak dlugo? Dziwne zjawiska wystepuja na rynku pracy, kto moze, wyjezdza za granice, miasta pustoszeja, a i to nie rozwiazuje deficytu miejsc pracy.
Wczesniej kazdy mial zatrudnienie, moze nie do konca dobrze platne, ale w miare pewne. Wtedy bylo jakies JUTRO, byly plany, marzenia. Teraz...? Przezyc, nie dac sie przeciwnosciom, miec co do garnka wlozyc. Wegetacja i ulga, kiedy uda sie zakonczyc kolejny miesiac bez dlugow. Co to ma wspolnego z godnym zyciem? Czlowiek moze dawac z siebie duzo, jednak kiedy jest pozbawiony mozliwosci zregenerowania sil, rzetelnego odpoczynku, zmiany klimatu, nie pociagnie za dlugo tego kieratu.Tracila sily, a zycie w ciaglym stresie i obawie o przyszlosc, dobijaly ja do reszty. Widokow na jakakolwiek poprawe jednak nie bylo.
Wierzyc jej sie nie chcialo, ze minelo juz tyle lat od chwili, kiedy po raz pierwszy podano jej do karmienia jej malenka coreczke. Jakby wczoraj wszystko sie odbylo, miala w pamieci kazda minute wielogodzinnego procesu wydawania swojej pierworodnej na swiat. Zostawiona sama sobie, otoczona niechetnymi i aroganckimi poloznymi, bez meza, obolala i niecierpliwa. Nie miala kogo chwycic za reke, podzielic sie obawami, zapytac, czy wszystko przebiega prawidlowo. Teraz jest inaczej, przynajmniej ojcowie moga uczestniczyc w tym donioslym dla kazdej kobiety akcie, dodawac otuchy, podpowiadac jak oddychac, po prostu byc. Po wielu godzinach bolu i strachu wreszcie pokazano jej dziecko, a potem zaraz zabrano i dopiero nastepnego dnia przyniesiono do nakarmienia. Martynka byla taka piekna, taka jej wlasna, czastka niej samej. Miala ksztaltna glowke, ani troche nie zdeformowana, pokryta jasnym puszkiem. Jej buzka zdawala sie usmiechac, choc
Grazyna wiedziala, ze to tylko grymasy noworodka. Malenkie paluszki mocno chwytaly podany palec, a usteczka nie ustawaly w poszukiwaniach zrodla pokarmu. Nie mogla dosc sie na nia napatrzec, zawsze bolalo, kiedy odbierano jej dziecko, by je odniesc na oddzial noworodkow. Jak ona zazdroscila kobietom na zachodzie, ktore mogly miec dzieciatko przy sobie przez caly czas pobytu w szpitalu, nawet mezowie mogli razem z nimi nocowac w pokoju.
Po powrocie do domu, uczyla sie obchodzenia z ta krucha istotka, troche sie obawiala, ze moglaby ja skrzywdzic, ale z dnia na dzien nabierala wprawy. Chodzila zmeczona i niewyspana, jak kazda mloda matka, ale poczucie dobrze spelnionego obowiazku i widok zdrowego i radosnego dziecka, rekompensowal jej wszystkie niedogodnosci.
Wtedy mieszkali jeszcze w tym samym miescie, co jej rodzice. Przyjechali tesciowie podziwiac pierwsza wnuczke, przyszla jej rodzina. Tylko ojca sie nie doczekala. Nie wykazal najmniejszego zainteresowania swoja wnuczka. Rodzina, ktora wiedziala o napietych stosunkach miedzy nimi, zapewniala ja wczesniej, ze to sie na pewno zmieni, ze wnuki topia najbardziej kamienne serca. Nie zmienilo sie zupelnie nic, jakby ojciec swoja niechec do niej przeniosl na nastepne pokolenie. Nie chcial miec z nia, jej rodzina, jej dziecmi, nic do czynienia. Tylko ona wie, ile nocy z tego powodu przeplakala, bo nigdy nie umiala wzbudzic w sobie dosc nienawisci do ojca. Kochala go mimo wszystko i nie mogla za nic zrozumiec jego uporu.
Kiedy zblizal sie sylwester, jej mama zaproponowala, zeby sie gdzies z Kazikiem wybrali, podczas gdy ona wezmie Martynke do siebie.
- A ojciec? - spytala Grazyna z obawa.
- Nic sie nie martw, biore to na siebie. - uspokoila ja matka.
Z prawdziwa przyjemnoscia poszli wiec na zabawe sylwestrowa i swietnie sie bawili. Tesknila za zyciem towarzyskim, ktore nieco zamarlo w okresie jej ciazy i pozniejszej opieki nad noworodkiem. Wiedziala, ze corka bedzie pod najlepsza opieka, wiec nie zaprzatala sobie glowy, ze cos moze byc nie tak. W nowy rok po poludniu mama odwiozla im szczesliwa i rozesmiana Martynke, chwalac, jaka byla grzeczna i nieklopotliwa. Grazyna spytala o ojca i jego reakcje, a matka zdawkowo odpowiedziala, ze wszystko w porzadku i ze potrzeba czasu, zeby sie przyzwyczail. Przyjela to za dobra monete i nie drazyla tematu.
Po dluzszym czasie, zupelnie przypadkowo, dowiedziala sie od kuzynki, jak naprawde przebiegl sylwester u jej rodzicow. Zaprosili do siebie pare znajomych na brydza. Kiedy jednak ojciec wrocil z pracy i zobaczyl w pokoju dziecko, bez slowa spakowal kilka rzeczy i wyszedl z domu. Goscie przyszli, ale w karty nie pograli, pocieszali placzaca matke, pobawili sie z Martynka i poszli.
Grazyna nie mogla uwierzyc w to, co uslyszala, nie miescilo jej sie to w glowie. Z jednej strony byla matce wdzieczna za to male klamstewko, z drugiej zas miala do niej zal, ze nie powiedziala jej calej prawdy. Wlasciwie gdyby nie gadatliwosc kuzynki, nigdy nie dowiedzialaby sie, co wowczas mialo miejsce.
Dlugo nie mogla przestac o tym myslec. Dlaczego? Za co tak nienawidzil tego dzieciaka, ze nie chcial spedzic ani chwili pod jednym dachem? Nawet kosztem zepsucia trzem osobom sylwestrowego spotkania. Pozniej juz nigdy nie pozwolila matce opiekowac sie dzieckiem gdzie indziej niz u siebie w domu. Nie chcial ogladac wnuczki, wiec nie bedzie musial. Jednak bol pozostal na dlugo...

Wczesniejsze miesiace Grazyny sa do przeczytania w zakladkach na gorze.

***********************************************************************************

Najuprzejmiej przypominam, ze nieublaganie zbliza sie termin nadsylania odpowiedzi na pytania, rozpisanego przeze mnie konkursu jubileuszowego. Zostalo piec dni.
Ilonus, Retro, DD, Maskotka, Echo, Jaskolka (?), Lidia i Pacjan z Barcelony zglosily w komentarzach swoj akces, a jakos nie widze od Nich zadnych emalii na mojej poczcie. Na Mesjasza czekacie, czy na cud jakowys inny, co? A potem bedzie placz, rwanie wlosow i zgrzytanie zebow.
DO ROBOTY !!!

24 komentarze:

  1. Dzień dobry Panterko! Ojciec Grazyny jest jakimś socjopatą i potrzebowałby pomocy psychologa czy jeszcze lepiej psychiatry. Jednak wiem, ze tacy osobnicy nigdy nie przyznaja sie do tego, iż coś z nimi jest nie tak. Zatem nie zgadzaja sie na żadne terapie.I klops. Tragedia! Niszczy życie wciaz kochajacej go córki.Toksyczny dla otoczenia osobnik, z którym wypadałoby po prsotu zerwać wszelkie kontakty by nie dobijać sie tą niezrozumiała jego wrogością i obcościa oraz chorym uporem.
    A teraz co do konkursu jubileuszowego. Cieszę się, że nie znalazłam sie w gronie besztanych. Odrobiłam grzecznei zadanie domowe i teraz z usmiechem rozsiadam siena swym fotelu czekajac z ciekawościa na wyniki!:-)
    Pozdrawiam ciepło i lepszego, niż wczoraj nastroju zyczę Tobie kochana oraz samej sobie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siedzi w tym jej ojcu jakis dualizm charakterologiczny i upor, ktorego niczym sie usunac nie da. Dla jednych jest wspanialym czlowiekiem, pomocnym, zdolnym i przeuroczym, dla innych sprawiajacy wrazenie bezwzglednego i niekochajacego, jakim w gruncie rzeczy wcale nie jest. Ale masz racje, potrzebowalby terapii, choc w tamtych czasach z TAKIMI problemami nie chodzilo sie do psychologow.
      Zobaczymy, jak sie dalej sprawa rozwinie.
      Przyjemnego tygodnia, Kangurki Wy moje.

      Usuń
    2. Prawie w każdym z nas jest taki dualizm, ale przewaznie nie tak silny,jak w przypadku ojca Grazyny. U niego zahacza to o rozdwojenie osobowości. Ciekawa jestem skad mu sie to wzięło? Zazwyczaj to w dziecinstwie, na skutek jakiegoś traumatycznego wydarzenia, jakiś trybiki w nas w pewnym momencie haczą o siebie bolesnie i potem ten zgrzyt pozostaje juz do konca. Czasem jednak taki zgrzyt przychodzi późno a robi człowiekowi równie wielka krzywdę. Będę zatem czekała na dalsze części Twej opowieści i na rozwiazanie tej psychologicznej zagadki oraz mimo wszystko na happy end. Chociaz w zyciu, a Twa opowieśc jest bardzo zyciowa, trudno raczej o szczęsliwe zakończenia...
      Ściskam mocno!:-)

      Usuń
    3. Pisalam o tym wczesniej, ze ojciec tez nie mial najszczesliwszego dziecinstwa, a bywa tak czesto, ze tamte zachowania wlasnych rodzicow przenosi sie dalej na wlasne dzieci. Podobnie zreszta dzieci alkoholikow zostaja najczesciej same alkoholikami, choc cierpialy w dziecinstwie z powodu choroby alkoholowej rodzica(ow). To troche jak dziedziczenie, tym razem nie cech genetycznych, ale zachowan. Tak samo mogloby byc ze stosunkiem Grazyny do wlasnych dzieci, ona jednak w pore sie otrzasnela i zmienila ten schemat.

      Usuń
  2. Absolutnie zgadzam się z Olgą. Jeśli on potrafi tak traktować malutkie dziecko, to to jest psychopata i jedyne co może zrobić Grażyna to odciąć takiego człowieka od swojego życia, no chyba, że pójdzie się leczyć. On najwyraźniej mam poważny problem ze sobą, jakaś nieprzepracowaną traumę z dzieciństwa, albo jest to choroba psychiczna. Tak czy siak, nie do Grażyny należy roztrząsanie tego. Może gdyby ojcie c został sam, gdyby jawnie i wyraźnie wypowiedziały się o jego postępowaniu bliskie mu (teoretycznie) osoby, to by otrzeźwiał.
    Psychopaci cierpią przyjemność z dręczenia ludzi i żeby im to uniemożliwić można tylko odstrzelić ich ze swojego życia. Nawet jeśli to własny ojciec, a może wtedy szczególnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie do konca jest tak, jak piszesz, patrzac na sprawe z dystansu i znajac wybiorczo pewne fakty, te najbardziej drastyczne. Grazyna miala rowniez szczesliwe chwile z ojcem, za to wlasnie nie moze przestac go tak kochac, dlatego cierpi i dlatego nie chcialaby sie tak totalnie od niego odciac. Jej marzeniem byla jego przemiana, ale nienauczona, nie umiala podjac tematu i sprobowac doprowadzic do zgody. Byla za mloda, brakowalo jej wtedy dostatecznego doswiadczenia. Cala rodzina byla chora, ale ona o tym nie wiedziala, a zeby sie dowiedziec, potrzebowala czasu. Wolala schodzenie z drogi zamiast konfrontacji i rozmowy, podobnie zreszta postepowal jej ojciec.
      Miejmy nadzieje, ze z czasem sie to zmieni.

      Usuń
    2. "szczęśliwe chwile z ojcem" - to typowe dla tyranów, psychopatów i to absolutnie nie zaprzecza moim podejrzeniom. Dlatego są właśnie tak niebezpieczni, że nie pokazują tylko złej strony. Tu, w dzisiejszej opowieści chodzi jednak o niemowlę, o wnuczkę, o bezbronne małe dziecko. Na to nie ma wytłumaczenia. Żadnego.
      "nie umiała doprowadzić do zgody" - i tu nóż mi się w kieszeni otwiera! Ona była skrzywdzonym dzieckiem i z kimś takim, kto odrzuca własną wnuczkę nie da się "doprowadzić do zgody" . To nie jest wina Grażyny!

      Usuń
    3. Ona akurat sie nie wini za nieumiejetnosc doprowadzenia do zgody, raczej za brak umiejetnosci wyartykulowania swoich odczuc i pewnego rodzaju wygodnictwo w postaci unikania rozmowy. Dopiero jednak pozniej, kiedy byla dorosla i miala wlasne dzieci, ktore nauczyla ze soba rozmawiac, dostrzegla Tamte bledy, ojca i swoje.

      Usuń
  3. Gdyby to było takie łatwe... nie można osobie ze złamaną nogą powiedzieć wstań i chodź! Bo noga jest złamana, więc owa dysfunkcja uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie. Ostateczna decyzja i tak należy do Grażyny, nawet odcięcie się od toksycznych relacji nie wiele zmieni. Tak jakby wmawiała sobie, że ma nogę zdrową, i dziwiła się, że kuleje. Ból, objawy dysfunkcji gdy są dostatecznie dolegliwe skłaniają do szukania pomocy.
    Osoba z nerwicą przyciąga psychopatę i na odwrót. By goić ranę nie wystarczy nalepić plaster: Trzeba oczyścić ranę, podać antybiotyk, przyjrzeć się złamaniu... to wszystko bardzo ciężkie i bolesne w dodatku towarzyszy temu niesamowity opór!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest duzo racji w tym, co piszesz, Filizanko. Skad jednak mloda dziewczyna, pozniej kobieta, mogla o takich niuansach wiedziec. Do pewnych dzialan trzeba dojrzec, zwlaszcza kiedy dotycza rodzicow. Latwiej zakonczyc toksyczny zwiazek partnerski niz odciac sie od korzeni.

      Usuń
    2. Sama jestem z rodziny zdrowej inaczej! Wszyscy Polscy wspaniali specjaliści z którymi miałam przyjemność rozmawiać mówili mi, że tak wygląda matczyna miłość i jest ok. Ja sama na własną rękę szukałam pomocy i odpowiedzi. Nie było to łatwe, ale w końcu trafiłam na ludzi, materiały... właśnie dzięki blogowaniu. Ale to nie ważne! Kto szuka w końcu coś znajduje!
      Dziwne było gdy po latach poszukiwań czytałam czytałam książkę kobiety która miałam wrażenie jakby była w moim domu, widziała wszystkie sytuacje i w zdrowy sposób pisała o tym. Mało tego, autorka zna moją rodzinę bardzo dobrze. Takie miałam wrażenie. Piorunujące! Dodam tylko, że to nie polska autorka.
      Nie jest kwestią odcięcia sie od korzeni, to złuda i zamiatanie pod dywan. Z resztą pisałam o tym kiedyś na blogu. Znam osobiście bardzo mądrą osobę, która bije na głowę wszystkich "specjalistów" z którymi rozmawiałam. Ta sama osoba mieszka w domu rodzinnym i mało tego! Pomaga psychologicznie matce. Ok nie każdy ma narzędzia, wiedzę oraz podatnych rodziców, ale jak widzisz owo "odcięcie pępowiny" to iluzja niczym osiemnaste urodziny, po których solenizant stwierdza, że bardziej magiczne było czekanie niźli upragniona chwila!

      Usuń
    3. Wszystko dobrze, ale pod warunkiem, ze sie chce tego odciecia od korzeni. Grazyna nie chciala, jej zalezalo na uzdrowieniu stosunkow, choc nie bardzo wiedziala, jak sie do tego zabrac.

      Usuń
  4. Właściwie to nic nie napiszę - przypomniał mi się duży fragment z mojego życia ... bardzo podobny - jestem czarną owcą w rodzinie 2 córki bez ślubu na początku wyklęta,odsunięta bo to wstyd itd nie będe zanudzać.

    A na Konkurs odpowiedziałam przed chwileczka - przeleciałam cały blog od początku - bardzo ciekawy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, przynajmniej jedna osoba odpadla z listy besztanych :)))
      Na szczescie u Grazyny nie wystapila kwestia "nieslubnosci", bo by sie pewnie dzialo jeszcze gorzej. Malo kto z nas mial idealne dziecinstwo czy mlodosc, kazdy nosi w sobie jakas zadre, niegojaca sie rane. Wazne jest, zeby nie przenosic tych samych zachowan na wlasne dzieci, by przerwac ten lancuch. Czasy na szczescie sie zmieniaja i dzieci wychowuje sie z poczuciem wiekszej ich samooceny, bardziej po partnersku, inaczej. Byle tylko z ta bezstresowoscia nie przesadzic w druga strone :)

      Usuń
    2. Wiem że Grażyna wzięła ślub - śledzę jej losy - tak mi się skojarzyło.Na szczęście ja moje córki starałam się wychować inaczej - myślę że mi się udało.

      Pozdrawiam :))

      Usuń
    3. Na pewno! Mniej znam te druga Twoja corcie (Weronka? o ile pamietam), ale Kari jest fantastyczna!!!

      Usuń
    4. Weronka jest super. Ma swój własny salonik fryzjerski - świetnie sobie radzi. Pomieszkuje u mnie co 2,3 dzień ha ha nie możemy się od siebie oderwać. Bardzo mi pomaga jak mam problemy. Jestem z niej dumna :)

      Usuń
    5. Czyli mozna przerwac lancuch? Mozna!

      Usuń
  5. Ta sylwestrowa historia Grażyny wstrząsnęła mną. Co za ojciec...co za dziadek !!!! Najwyraźniej, ojciec ma poważne kłopoty ze sobą. Zupełnie pozbawiony uczuć. Takie zachowanie może tłumaczyć jedynie choroba..bo nawet jeśli to wynika z jego doświadczeń rodzinnych, to dla mnie nie jest to wytłumaczeniem. Kurcze, przecież człowiek ma swój rozum, ma możliwość obserwowania relacji w innych rodzinach i jeśli jest zdrowy, to powinien umieć wyciągać wnioski. W tym wszystkim, nie bez winy jest również matka Grażyny, bo tolerowała takiego męża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co miala nie tolerowac, kiedy dla niej byl bardzo dobrym mezem, a dla swojej matki idealnym synem. Dla znajomych swietnym towarzyszem. I tylko dla corki byl tak nieprzejednany. Zapewne traktowal ja jak swoja wlasnosc, a nie jak oddzielny byt. Chcial, by byla taka, jak on sobie to za cel postawil, ona jednak byla inna, stad caly ten ambaras. Tyle tylko, ze trudno pojac przelanie niecheci na jej dzieci.

      Usuń
  6. Aby zrozumiec cokolwiek i miec szersze spojrzenie na historie Grazyny musze siegnac do archiwum i przeczytac od poczatku. Ojciec Grazyny, to jakis zimny dran.

    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwna postac z jej ojca, malo kto moze nadazyc za jego postepowaniem w stosunku do corki.
      Buziaczki

      Usuń
  7. ...już nie mogę się doczekać finału...

    OdpowiedzUsuń

Dziekuje za Twoj komentarz.
Lubie wiedziec, z kim rozmawiam, moge dyskutowac, ale nie toleruje chamstwa i atakow ad personam. Anonimowe komentarze i tak wpadna do spamu, wiec mozecie sobie oszczedzic pisania, a obrazliwe beda usuwane.