środa, 25 grudnia 2013

Moje wigilie.

Pierwsza, jaka w ogole mgliscie pamietam, miala miejsce u dziadkow w Krakowie. Mieszkanie bylo
ogromne i bardzo wysokie, w starej kamienicy. Choinka tez byla wysoka, do samego sufitu. A moze to ja bylam taka mala, ze kazda wydawalaby sie ogromna? Udekorowana byla starenkimi pieknymi bombkami, tak bardzo odbiegajacymi wygladem od wspolczesnej chinszczyzny. Kazda bombka byla inna, kazda to male dzielko sztuki, kruchutenkie, zawieszone na nitce. Obok wisialy lakocie, lancuchy samodzielnie robione, biale gwiazdki z paskow papieru i swieczki, ktore nierzadko powodowaly zajecie sie ogniem galazek. Ale obok zawsze stalo wiadro z woda na takie okolicznosci.
Wlasciwie pamietam tylko te choinke, nie moge sobie przypomniec, gdzie stal stol i co bylo do jedzenia. Wtedy jeszcze przy stole gromadzilo sie wiecej osob, przyjezdzali moi rodzice z Lodzi, a moi pradziadkowie, rodzice babci, mieszkali razem z dziadkami. Nie bylismy specjalnie religijna rodzina, wiec nie bylo zwyczaju chadzac na pasterki, ale koledy spiewalo sie przy stole zawsze. Byly rozmowy, spiewy, czasem ktos przeczytal jakies opowiadanie lub basn. Telewizor nie zaklocal zycia podczas swiat, ani w ogole. Bylo ciemnawo, nastrojowo przy swietle swiec, starsi ciekawie opowiadali o rodzinie, wojnie i tamtych wigiliach pelnych strachu, nierzadko glodnych.
Lata mijaly, dziadek zostal przeniesiony sluzbowo do Warszawy, pradziadkowie po kolei odeszli, a ja wrocilam do Lodzi, bo nadszedl czas nauki w szkole. Zawsze jednak na ferie zimowe, wtedy jeszcze okoloswiateczne, jezdzilam do dziadkow. Pomagalam babci w przygotowywaniu potraw, a bylo z tym niemalo roboty i to ciezkiej. Nie bylo mikserow i robotow kuchennych, ciasto miesilo sie w takiej glinianej misie, ucieralo drewniana palka, a piane z bialek ubijalo recznie specjalna trzepaczka. Karpie byly zywe, drob rowniez i trzeba bylo skubac pierze, patroszyc, a sledzie moczyc w mleku, bo slone byly jak nie wiem co. Wszystko to trwalo bardzo dlugo, a roboty bylo od rana do wieczora. Kiedy przyjezdzali rodzice, ja witalam ich jako domownik.
Wtedy juz babcia miala niewielka sztuczna choinke, bo i mieszkanie bylo mniejsze, i nie bylo potrzeby po swietach wydlubywac igielek z dywanu. Wiele bombek sie wytluklo podczas przeprowadzek, a swieczki zastapilismy lampkami, nie bylo obawy pozaru, ale i skonczyl sie ten niepowtarzalny nastroj, ktory daje swiatlo swiec. Swiece za to stanely na stole, w lichtarzach i swiecznikach. Babcia nadal spiewala koledy, ktore nie brzmialy juz tak pieknie jak wtedy, kiedy bylo nas wiecej przy stole. Brakowalo mi pradziadkow, bylam z nimi bardzo zwiazana emocjonalnie, bo to z nimi spedzalam najwiecej czasu, podczas gdy babcia zajeta byla pracami domowymi, a dziadek pracowal.
Pod koniec lat 70-tych dziadek odszedl, wiec swieta przenieslismy do Lodzi, gdzie babcia przyjezdzala i zdradzala mamie tajniki pieczenia najlepszych makowcow na swiecie, przygotowywania jedynego w swoim rodzaju pasztetu i innych swiatecznych specyjalow. Powoli mama przejmowala organizacje swiat, babcia slabla i ograniczala sie do dozoru i porad.  To byla moja ostatnia wigilia w Polsce, krotko po niej, w styczniu 1989 roku wyjechalismy na emigracje.
Tego roku swieta spedzalismy w jeszcze tymczasowym miejscu zamieszkania, wspolnie z innymi towarzyszami niedoli emigracyjnej. Kazdy cos tam upichcil, byly koledy, niektorzy nawet pobiegli na pasterke, ktora tutaj odbywala sie wieczorem, bo nie ma tradycji nocnych mszy. Niby bylo przyjemnie, ale jednak to nie to samo, co w domu. Bylam juz w ciazy z najmlodsza corka, a ze nasz status nie byl do konca pewny, ryzykowne byloby wyjezdzanie do Polski.
Z czasem wigilie spedzalismy tylko w gronie najblizszej rodziny, czyli w piatke, my i dzieci. Maz pracowal i rzadko mial wolne w okolicach swiat, czesto za to musial w swieta pracowac, wiec o wyjazdach nie moglo byc mowy. W miedzyczasie odeszla babcia i od tego czasu rodzice spedzali swieta juz tylko we dwojke, przestalo sie oplacac wielkie gotowanie, bo obydwoje sa niejadkami. Za to ja szykowalam wszystko po dawnemu, a dzieci nie chcialy tego jesc. Jedna nie lubi grzybow, inna makielek, wszystkie nie lubia sledzi, cala rodzina nie jada karpia - kurczylo sie wiec te 12 potraw, bo i po co robic, skoro wiekszosc szla do kubla na smieci, a resztki dojadalismy tylko my dwoje?
Tak to potrawy wigilijne ulegaly u nas redukcji, zarowno w kwestii ilosci samych potraw, jak i ilosci jednej potrawy. Bylo coraz mniej pracy przy szykowaniu. I dobrze! Tylko gdzies zaczela zanikac ta cala tradycja.
Pamietam jedna z wigilii, kiedy corka przyprowadzila "samotnego wedrowca", ktory jak znalazl
wykorzystal puste nakrycie. Byl to jej kolega z pracy, Wloch, ktory nie mogl pojechac do domu na swieta. Przyjelismy go ze wszystkimi honorami, byl naprawde wzruszony i zaciekawiony polska wigilia. Dzwonil od nas do domu, chwalac sie, ze nie musi spedzac swiat samotnie, czym wzruszyl swoja mamme do lez. Bardzo nam dziekowala, a on tlumaczyl.
Wiele wigilii spedzalismy z aktualnymi "zieciami", dla ktorych uroczysty charakter kolacji wigilijnej byl kompletnie nieznany. W Niemczech w wigilie jada sie salatke kartoflana na zimno i kielbaski na cieplo, a dopiero w swieta spozywa sie uroczysty obiad, najczesciej ges (z Polski!). Ja gesi nigdy nie przygotowuje, za duzo z tym roboty, a i sama ges za wielka dla nas.
Wigilia poprzedzajaca nasza styczniowa przeprowadzke przed blisko czterema laty, odbyla sie u corki, jako ze u nas prawie wszystko bylo juz popakowane w kartony, a meble czesciowo zdemontowane. Byla to bardziej niz przyslowiowa wigilia, ot, spotkalismy sie przy wspolnym stole, na ktorym cos tam do jedzenia bylo. Wszyscy pracowalismy, a po pracy zajeci bylismy nadchodzaca przeprowadzka, wiec jedlismy jakas prowizorke na szybko. Ale bylo przyjemnie, mimo wszystko.
Trzy lata temu, kiedy ciezko odchorowywalam smierc Fusla, nie mialam ochoty na zadne swieta, nie bylam w stanie nic robic, chcialam tylko swietego spokoju. Dzieci stanely na wysokosci zadania, bardzo sie postaraly, sluchawka telefoniczna o malo sie nie zapalila, bo dzwonily po sto razy dziennie, pytajac o szczegoly przepisow. Wyprawily same wigilie, a my tym razem robilismy za gosci. Ja chlipalam, nawet nie jestem pewna, czy ze wzruszenia i dumy z wlasnych dzieci, czy z zalu za Fuslem. Moze z obydwu powodow?
W tym roku dobila mnie choroba i operacja Kiry. Znow kategorycznie odmowilam udzialu w swietach, nie mialam do tego glowy, nie mialam nawet pieniedzy, ani na prezenty, ani na swiateczne jedzenie. Tym razem Owsik wzial organizacje na siebie, a pozostale dwie z zaangazowaniem pomagaja w przygotowaniach. Tak szczerze mowiac, nie mam nawet ochoty pojsc, ale nie zrobie tego dzieciom, za bardzo sie staraly.
Nie wiem, czy to przejsciowe, ale mam wrazenie, ze z roku na rok mam coraz mniejsza ochote na urzadzanie swiat, a nawet uczestnictwo w nich. Ta sztucznie napedzana bozonarodzeniowa nachalnosc, doslownie wszechobecna, jakis przymus radowania sie, plynace zewszad te same do urzygu koledy i Last Christmas, kiczowate swiecidelka i tabuny ludzi z szalenstwem w oczach, kiedy czlowiek chce kupic jedynie bulke, te zatkane ulice, kiedy chce tylko wrocic z pracy do domu, zlodzieje kieszonkowi i wszedzie jedna tematyka (strach zajrzec do lodowki) - wszystko to bardziej zniecheca mnie do tej calej hucpy, niz wprowadza w nastroj.
Nie jestem pewna, czy do przyszlego roku mi przejdzie, a moze sie tylko ta niechec umocni...

P.S. Nie bylam jednak na wigilii u corki, zostalam w domu, poszedl tylko maz. Czulam sie wyjatkowo zle. Na tyle, ze nie bylam w stanie ruszyc sie z domu i udawac swiateczna radosc. Nie chcialam psuc innym uroczystosci, choc pewnie i tak zepsulam swoja nieobecnoscia. I bylo mi z tego powodu zupelnie wszystko jedno, jakkolwiek podle to brzmi.


18 komentarzy:

  1. A ja opieram się "hucpie" świątecznej. Magię Bożego Narodzenia chowam w sercu.
    Przykro mi, że jest Ci tak źle... i wiem, że cokolwiek bym nie napisała i tak nie wpłynę na polepszenie Twojej formy. Są rzeczy, które trzeba samemu w swoim sercu przepracować. A kiedy problemy niemałe to i przepracowanie trudne. Życzę ukojenia w kłopotach i poprawy samopoczucia - z całego serducha :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja mama do dziś dnia robi tradycyjnie: w makutrze i drewnianą pałką, a jaja ubija ręcznie trzepaczką. Karpia uwielbiam! Najlepszego jakiego jadłam robi Robercik.... tym razem inaczej przyprawił, nie wiem który lepszy, a do niedawna dałabym głowę że lepiej przyprawić to już nie można...
    Pięknie z Waszej strony przyjąć kogoś... moja mama ma zawsze furtkę zamkniętą. Nie wiem jakby zareagowała gdybyśmy z żoną przyszli....w wielu domach to tylko pusta tradycja. Smutne...
    Hehh... nie wiem co napisać, rozumiem Cię pewne rzeczy widzę podobnie, choć karpia uwielbiam, ale natręctwo konsumpcji sztuczna radość pozorne dobro które na dobrą sprawę sprowadzone jest do konsumowania, egoistycznego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość...

    OdpowiedzUsuń
  3. To było aż tak źle, że nie byłaś w stanie uczestniczyć w wyprawionej dla Ciebie uczcie? Nawet nie wiesz, jak bardzo Ci współczuję. Człowiek w takich razach bije się z myślami, które zło wybrać, by jak najmniej przykrości sprawić bliskim. Obyś już nigdy nie musiała doświadczać takich dylematów.
    Oj, te "tradycje" czasami bokiem potrafią człowiekowi wyjść:-).
    Właściwie zaczęłam pisać post w bardzo podobnym duchu, tylko najazd rodzinki przerwał moje wypociny. Okazuje się, że nie jesteśmy osamotnieni w swoim postrzeganiu obyczajów, refleksje na temat sensu naszych starań wciąż nam towarzyszą. Życzę Ci, byś odzyskała spokój i radość.

    OdpowiedzUsuń
  4. Będąc dzieckiem Święta zazwyczaj wydają się takie piękne i kolorowe. Jak człowiek dorasta to widzi ile pracy trzeba włożyć w przygotowania. Zresztą, teraz ludzie pędzą. Praca, praca i jeszcze raz praca. Święta spędzamy w wąskim gronie z braku czasu, pieniędzy lub nie rzadko chęci. Wszechobecność świątecznych akcentów mnie też doprowadza do szału, ale pomimo wszystko staram się cieszyć małymi rzeczami jak lampki, świeczki czy barszcz z uszkami...
    Nie mniej życzę Ci aby chociaż przez chwilę uśmiech zagościł na Twojej twarzy i abyś znalazła jakąś małą rzecz, które w większym lub mniejszym stopniu Cię ucieszy.

    OdpowiedzUsuń
  5. i u mnie z czasem z biegiem lat tradycja wigilijna się zmieniła. kolędy śpiewało się, kiedy byłam dzieckiem, na pasterce nie była nigdy. zresztą nie pamiętam kiedy kosciół od środka widziałam.
    na mazurach miasta są mniejsze to i pędu świątecznego nie było.
    choinka, trzy, najwyżej cztery potrawy - teraz to nasza wigilia. i od kiedy mieszkamy na wsi, to wigilia we dwoje.
    zresztą ja to bym nawet choinki nie ubierała, jakoś nie przemawiają do mnie już święta.
    myślę o was, aniu, cały czas.
    i taką najlepiej lubię. męczy mnie wieksza ilość osób przez kilka dni.

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja życzę zdrowia ! Jak będzie zdrowie to i gęba się zapewne uśmiechnie i humor wróci.
    Odpoczywaj jak najwięcej w te wolne od pracy dni!

    OdpowiedzUsuń
  7. U mnie też się zmieniło. Już nie czuję tej magii świąt tak jak kiedyś , ale cieszę się gdy jesteśmy wszyscy razem bo już zostało nas tak mało. Teraz najstarsza jestem Ja dalej siostra z mężem , moje dzieciaki i siostry dzieciaki. Nowa osoba to Krystian Karusi. Mało nas nie ? 8 osób.Na wnuki raczej się nie zanosi - może kiedyś.

    Pozdrawiam Was serdecznie - trzymajcie się <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj Panterko! Strzeliłaś wigilijnego focha!?!?!??
    Mimo wszystko - 'cza' się trzymać, więc trzymaj się i... do siego roku!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jako dziecko miałam , można powiedzieć, "dwoisty" pogląd na święta; z jednej strony bardzo je lubiłam i wyczekiwałam na nie chłonąc świąteczną atmosferę, a z drugiej bałam się, co może pójść nie tak i co niedobrego może się zdarzyć. Naprawdę akceptuję święta od czasu, kiedy zaczęłam je sama urządzać i jeszcze mi się to nie znudziło :) A Tobie Ci życzę spokoju i odzyskania pogody ducha.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dużo by pisać na temat"radości"wigilijnej....
    mam takie żartobliwe pocieszenie na temat mało wesołych okoliczności"w 45 po Stalingradem był gorzej i daliśmy radę to i dziś damy radę":)jeden,jedyny raz ktoś mi zwrócił uwage na pewną nieścisłość,ale to już było daaaawno temu:)
    Serdeczności dla Ciebie i Twojego Domu:)

    OdpowiedzUsuń
  11. W ostatniej części posta powiedziałaś to wszystko, co mnie też ostatnio po głowie chodziło. Terror tradycji jest straszny. Trzymaj się ciepło:) Nie daj się:)

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja myslałam ze tylko mnie jakos pomału z biegiem lat święta nie cieszą, denrwuje gonitwa przedświateczna. Spotkania rodzinne tez nie cieszą ....
    Jakos musimy przetrwać ten czas ..'
    Trzymaj sie kochana ... :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja już od wielu lat oficjalnie nie obchodzę świąt. Ale, mimo deklarowanego przeze mnie i K. ateizmu i tak bywa trudno. Rodzice moi zapraszają, robią prezenty i takie tam... Bywało więc, że jeździłam tam po wigilii, czasem na, z synem, mąż nas tylko podwoził i odbierał. Tym razem i ja i syn nie mieliśmy ochoty. Rodzice i siostra jakoś muszą to przyjąć...

    Trzymaj się ciepło!... Nie miej wyrzutów sumienia... Czasem się nie da być dla wszystkich. Trzeba pobyć ze sobą...

    OdpowiedzUsuń
  14. Smutne to, co piszesz na końcu, Panterko. Tak czasem bywa, nic na siłę.

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak zwykle mam odmienne zdanie i co gorsza powiem je :))).
    Wigilia jest ważnym dniem ale MY ludzie musimy ją uleczyć zmienić w sobie przewartościować.Tu nie chodzi o Boga choć chodzi o rodzenie.
    Światło się rodzi nowe Słońce, Wiosna nadchodzi uśpione życie się obudzi. Radość nowego - powstawania nowego a to nowe należy wszak od nas samych, prawda? My nie musimy powielać stereotypów myślenia pradziadków rodziców i naszych. Nie musimy ale jednak ciągle to czynimy i dlatego nasze zniechęcenie nie czucie świat ból z przejedzenia wreszcie. :)
    Kiedyś nasi przodkowie nie będąc katolikami chrześcijanami i religijnymi ortodoksami nic nie wiedząc o stajenkach obchodzili święta Bożego Narodzenia, Witali z ogromną radością Słonce, cieszyli się tańczyli na mrozie i śniegu, latali od domu do domu śpiewajac. A my? Zgorzkniali zniesmaczeni nie chcemy być razem w ten wielki dzień radości odnowienia związku ze światłem. Czyż to nie smutne?

    OdpowiedzUsuń
  16. Aniu, czasem tak bywa...
    Nie obwiniaj się. Oby się dobrze ułożyło i wrócił lepszy nastrój. Trzymaj się. Ugłaszcz ode mnie Kirunię, i Miecię także.
    Ściskam mocno.

    OdpowiedzUsuń
  17. Święta z perspektywy dziecka to zupełnie inny świat, szczególnie, że kojarzy się głównie z prezentami i pysznościami, a nie z wielogodzinnymi zakupami, przygotowaniami, polowaniem na prezenty dla innych. Dlatego dorosłego święta mogą zmęczyć, szczególnie, gdy nakładają się na to inne sprawy.
    Ja z roku na rok zwalniam co raz bardziej (i w świątecznej kuchni i pod choinką), co sobie bardzo, bardzo chwalę.
    I zgadzam się z Tobą ... w dużej mierze to hucpa, która ma na celu wydrenowanie naszych portfeli, nakręcana umiejętnie przez marketingowców i innych speców od wyciągania pieniedzy.
    Wszystkiego dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  18. Aniu po prostu bądź..
    Przytulam do serducha.

    OdpowiedzUsuń

Dziekuje za Twoj komentarz.
Lubie wiedziec, z kim rozmawiam, moge dyskutowac, ale nie toleruje chamstwa i atakow ad personam. Anonimowe i obrazliwe komentarze beda usuwane.