poniedziałek, 27 listopada 2017

Jestem z powrotem.

Chcialam, bedac w Polsce, jakos opublikowac Wasze komentarze pod poprzednim postem, ale z komorki sie nie dalo. Albo moze daloby sie, ale mnie nie udalo sie rozkminic tego problemu, ale uwierzcie mi, probowalam wielokrotnie. Dzieki wielkie za cieple slowa ♥
W tym calym nieszczesciu wielkim szczesciem bylo, ze uszkodzeniu ulegla "tylko" reka i to w dodatku lewa. W tym wieku mogloby to byc biodro, a wtedy na pewno nie wrocilabym tak szybko.
Ale do meritum. 13-ty okazal sie tym razem pechowy dla mojej mamy i nie tylko, bo jedna z blogerek rowniez tego dnia polamala sie na prostej drodze. Cos jest na rzeczy z ta trzynastka.
Polska sluzba zdrowia dala nam popalic. Tego dnia, kiedy karetka odwiozla mame do szpitala, posiedziala bidulka na SORze 10 godzin, ale nie to jest karygodne, bo wszystkie SORy tak maja. Dla mnie niedopuszczalne bylo to, ze dopiero po mojej wielokrotnej telefonicznej interwencji, wezwano do mamy neurologa. Jesli ktos stoi i bez widocznej przyczyny upada, lamiac konczyne w dwoch miejscach, przecinajac skore na glowie i bolesnie tlukac inne czesci ciala, badanie neurologiczne powinno byc zrozumiale samo przez sie. Nie w Polsce jednak.
Zrobili mamie przeswietlenie przed nalozeniem gipsu, nastepne po nalozeniu i jakos nikt nie zauwazyl zadnych nieprawidlowosci. Grubo po polnocy wyslali mame do domu. Dobrze, ze towarzyszyla jej kolezanka z Wigoru.
Kiedy w srode rano dotarlam do domu w Polsce, mamie zaczynaly puchnac i siniec palce. Po wielkich znajomosciach zalatwilysmy z biegu ortopede, bo na normalny termin czeka sie tygodniami, a mama chciala uniknac wielogodzinnego oczekiwania w szpitalu. Ten rozcial za ciasno zalozony gips na calej dlugosci, obandazowal i wyznaczyl poniedzialek 20-go do rutynowej kontroli i kolejnego przeswietlenia.
Tego dnia nasiedzialysmy sie przed poradnia, bo... zginela cala dokumentacja mamy. Od czwartku! W koncu wyslano nas na przeswietlenie, po ktorym okazalo sie, ze reka jest nieprawidlowo zlozona i kosci sie nie schodza. Nie wiem, jaki niedouk nie rozpoznal tego jeszcze w szpitalu na kontrolnym rentgenie. Ortopeda z przychodni wyslal nas prosto z powrotem do szpitala, zeby naprawili, co spieprzyli tydzien wczesniej. Nasiedzialysmy sie tym razem juz tylko 5 godzin, mama plakala, bo bardzo zle sie czula, miala problemy z sercem. W koncu zapadla decyzja, ze beda operowac i ma zostac w szpitalu. Jako ze przyjechalysmy prosto z przychodni, mama nie miala ani bielizny nocnej, ani kapci. Wyslano nas do szatni, ktora byla zamknieta, bo pracuje tylko do 14.00, a bylo juz grubo po. Kiedy szukalam kogos, kto zajalby sie mama, odebral jej rzeczy osobiste i wydal szpitalne
ciuchy, zostalam zmieszana z blotem przez jakas niunie z rejestracji, bo mialam czelnosc wetknac glowe do pokoju, w ktorym siedziala. Pozniej okazalo sie, ze szatnia nie dysponuje zadnymi szpitalnymi ciuchami. Nie wiem zatem, w czym klada na oddzial ludzi, ktorzy trafili do tej zacnej placowki prosto z ulicy, nieprzygotowani do pobytu w szpitalu. Mama dostala jedynie jakis sprany szlafrok bez paska i guzikow. Wczesniej spedzilysmy sporo czasu, zeby dokonac formalnosci, do ktorych nalezalo m.in. wskazanie osoby, ktora ma prawo dowiadywac sie o stan zdrowia mamy. Wpisano mnie i to na kilku egzemplarzach. W koncu odprowadzilam mame na oddzial, zostawilam w nowym lozku (cud, ze na sali, bo korytarz byl juz tez oblozony chorymi) i pognalam do domu po rzeczy. Kiedy wrocilam, mame wystrojono juz w czarne (moje skojarzenie: trumienne) giezlo operacyjne z flizeliny i zawieziono na blok operacyjny. No to pojechalam znow do domu.
Kiedy po dwoch mniej wiecej godzinach zadzwonilam, zeby sie dowiedziec o jej stan zdrowia i przebieg operacji, jakis mocno wqrwiony moim nachalstwem jasnie pan dochtor warknal mi w sluchawke, ze telefonicznie nie udziela zadnych informacji. Zapytalam tylko, czy zartuje i po jakiego grzyba wypelnialysmy te tony papierow, gdzie na kazdej stronie tkwi moje nazwisko jako osoby upowaznionej do otrzymania tychze informacji. Wtedy laskawie burknal, ze wszystko w porzadku, po czym sie rozlaczyl. Absurdy ochrony danych siegnely nieba! Tak jakby ktos obcy mogl dzwonic, zeby pytac o przebieg operacji i samopoczucie mojej matki. Przemilcze juz arogancje lekarza, ktoremu pewnie przeszkodzilam w odpoczynku albo flirtowaniu z pielegniarka. On chyba zapomnial, ze do jego zasranych obowiazkow nalezy nie tylko leczenie, ale rowniez informowanie, ale to ostatnie to juz za wiele na jego skolatane nerwy. Wczesniej w przypadku taty bylo podobnie, arogancja i zero informacji o wlasnym stanie zdrowia.
Nastepnego dnia znow pojechalam do szpitala, a tam... pielegniarz rozcinal akurat gips, bo tradycyjnie zostal za ciasno nalozony i palce zaczely siniec od razu. Pozniej byla kolomyja, bo na bloku zabrano mamie obraczke (jakby wczesniej nie mozna bylo uprzedzic, wtedy ja moglabym ja bezpiecznie zabrac do domu) i gdzies zaginela, podobnie zreszta jak kapcie i laska. Jeszcze bezczelne pielegniary dopytywaly sie, czy aby mama na pewno miala je ze soba w szpitalu. Wyjasnilam im, ze mama jest tu ze zlamana i nieprawidlowo przez nich zlozona reka, a nie  z zaburzeniami psychiatrycznymi, wiec niech przestana ja traktowac jak normalna inaczej, z alzheimeroza i demencja. Najpierw byl lekki foch, ale potem ruszyly na poszukiwania i wszystko jakims cudem sie znalazlo. A gdyby tak mama byla sama?
Z wielka ulga opuscilysmy ten zacny przybytek. Z karty dopiero dowiedzialam sie, ze mamie zalozono druty Kirschnera. Po tym zabiegu reka wreszcie przestala ja bolec, wiec mysle, ze teraz w koncu wszystko jest w porzadku. Problemem jest jej zaawansowana osteoporoza, wiec gips ponosi z pewnoscia dluzej niz rutynowe 6 tygodni, co juz raz mialo miejsce, kiedy zlamala reke kilkanascie lat temu.
Nie myslcie sobie, ze to sa jakies moje uprzedzenia, jak bystro zasugerowala mi jedna osoba, kiedy wyrazilam na fb swoja dezaprobate tego calego systemu zdrowotnego w Polsce. Nawtykala mi od Niemek, co nie lubi polaczkow. Moge zrozumiec wiele, ze lekarze sa niedofinansowani (choc czy ktos z Was zna biednego lekarza?), ze sa przepracowani (kto im kaze brac dyzur za dyzurem? czy nie chec trzepania jeszcze wiekszej kasy?), ze maja czasem dosc (niech wiec sie przekwalifikuja). Nie zrozumiem jednak nigdy tej buty i pewnej pogardy dla chorych, braku empatii i czlowieczenstwa, arogancji, a przede wszystkim medycznej niekompetencji w, zdawaloby sie, gownianej i banalnej sprawie zlamanej reki. Pani pielegniarki tez moglyby sie czesciej usmiechac, a nie nosic mine urazonego majestatu. Najbardziej normalnymi i serdecznymi ludzmi, jakich spotkalysmy w tym szpitalu, byl windziarz i wozkowy.
Lekarze w Niemczech wcale nie sa lepsi od polskich, czasem ich wiedza rowniez wola o pomste do nieba, jednak z pacjentami obchodza sie serdecznie, objasniaja wszystko bardzo dokladnie, odpowiadaja cierpliwie na kazde pytanie, chocby najglupsze (choc podobno nie ma glupich pytan) i chocby nie wiem jak byli zmeczeni czy wkurzeni, nigdy nie okaza pacjentowi cienia arogancji czy zniecierpliwienia. Podobnie pielegniarki, ktore za takie zachowanie, jak wyzej opisalam, niedlugo utrzymalyby sie w pracy.
Przemilcze juz  litosciwie fakt, ze do specjalistow czy na rehabilitacje nie czeka sie miesiacami.


I chyba tylko rzad i kler maja dostep do szybkiej i najlepszej opieki medycznej.



62 komentarze:

  1. Rany, nóz sie w kieszeni otwiera! Mam nadzije, ze teraz juz pójdzie lepiej. Udalo Ci sie zdobyc jakas pomoc dla Mamy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, udalo sie znalezc konkretna pania Mariolke za pieniadze, wiec mniemam, ze bedzie dobrze. Bo mamy jeszcze obietnice calej gromady zajomych, krewnych i sasiadow, ze beda wpadac - ale wiadomo, jak to bywa z czasem. Zobaczymy.

      Usuń
  2. Niestety to wszystko "polska normalka". Na wszelakich SORAch zostawiani są sami sobie młodzi lekarze bez doświadczenia i to powinno być karalne. Ale lekarzy w Polsce naprawdę brakuje. W zaświaty odszedł dawny model kształcenia studentów medycyny- teraz obowiązuje model "trzy Z", czyli: zakuć, zdać, zapomnieć. Dawny model, gdy profesor z doświadczeniem miał swą grupkę uczniów i był dla nich mentorem,opiekunem, wychowawcą i pierwszym po bogu już nie istnieje. Materiał, który teraz studenci mają do opanowania powiększa się z roku na rok, w miarę jak rozszerzają się procedury i sposoby leczenia.
    Nie jestem pewna, czy samo dofinansowanie Służby Zdrowia coś pomoże- nastały czasy, gdy dyrektor szpitala oraz każdy ordynator oddziału musi być jednocześnie menedżerem. Coraz intensywniejszy rozwój metod i procedur leczenia powoduje, że na całym świecie leczenie staje się coraz droższe- droga jest aparatura medyczna, drogie są do niej komponenty, drogie są szkolenia lekarzy i na całym świecie żaden system opieki medycznej nie jest w stanie działać prawidłowo. W wielu krajach system opieki zdrowotnej wspomagany jest finansowo przez prywatnych sponsorów. U nas to nie funkcjonuje, przepisy finansowe temu nie sprzyjają.
    Brak kultury i empatii w stosunku do klientów (pacjent to też przecież klient) to w Polsce rzecz nagminna i to nie tylko wśród lekarzy, tyle tylko,że gdy człowiek zdrowy i młody to "odwarknie" i nie jest bezbronny a chory, do tego w podeszłym wieku jest z góry na przegranej pozycji.
    Mam w rodzinie 3 lekarzy- dwójka już jest na emeryturze, w tym jedna , pomimo wieku emerytalnego nadal pracuje bo po prostu z tej emerytury nie wyżyje.
    Druga utrzymuje się głównie z emerytury swego męża, też lekarza, ale to zagraniczny emeryt, więc finansowo jest dobrze.
    Trzecia lekarka, to jeszcze osoba pracująca a ponieważ pracuje w państwowej służbie zdrowia to zbiera od całej rodziny spore cięgi za wszystkie mankamenty tej grupy społeczeństwa.
    Wbrew pozorom to "skapowanie się" co jest z danym złamaniem na podstawie zdjęcia rtg wymaga doświadczenia. Na zdjęciu rtg można zobaczyć nawet to, czego tam nie ma lub nie dojrzeć tego co na nim jest- wszystko to kwestia doświadczenia zawodowego. Podobnie jest z nałożeniem gipsu- to też kwestia wprawy. Gdy kiedyś miałam zakładany gips na podudzie, znajomy lekarz, który mnie przyjmował na izbie przyjęć powiedział- "ale gips to będzie ci nakładał pan X, bo on jest wykwalifikowanym gipsiarzem, robi to od trzydziestu lat a ja
    może trzy razy kładłem gips".
    W Warszawie na palcach jednej ręki można policzyć lekarzy, którzy w 100% prawidłowo potrafią odczytać wynik badania rtg i USG. Kuriozalne, prawda?
    Czy lekarz rodzinny opiekujący się systematycznie Twoją Mamą wie co się wydarzyło z jego pacjentką? Bo chyba nie byłoby zle, gdy o tym wiedział i miauknął coś na temat wspomagających leków i odpowiedniej diety. I czy wiadomo,co mogło być przyczyną tego nagłego upadku?
    Trzymaj się Anuś, grunt, że mama może być z tym złamaniem w domu, a nie leżeć w szpitalu np. na jakimś wyciągu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po kolei. U lekarza rodzinnego bylam, to rejestratorka(!) zadecydowala, ze mamie wizyta domowa niepotrzebna i ze w ogole co lekarz rodzinny ma do roboty przy zlamaniu. Ona wie lepiej i nie bylo dyskusji. Mama od lat leczy sie na osteoporoze, wiec lekow wspomagajacych ma do wypeku. Ja codziennie robilam jej galaretki, zeby dodatkowo jadla zelatyne.
      Jesli chodzi o odczytywanie zdjec rentgenowskich, to ja, kompletny laik, widzialam, ze kosci sie nie schodza. Lekarz MUSIAL to widziec, ale pewnie nie chcialo mu sie zdejmowac ponownie swiezo zalozonego (zreszta za ciasno) gipsu. Nie wiem, co sobie przy tym myslal, ze samo "naskoczy" i sie ulozy? Ortopeda w przychodni sugerowal nawet, ze byc moze w ogole nie beda chcieli mamie na nowo nastawic reki, bo "w tym wieku sie nie oplaca". A ja robilam coraz wieksze oczy ze zdziwienia, choc przeciez sama przezylam z ojcem te "nieoplacalnosc" leczenia osob w podeszlym wieku.
      I jeszcze na deser dostaje pouczenia na fb, ze znow czepiam sie Polski, bo przeciez tam wszystko w najlepszym porzadku i cos w tym rodzaju, ze jakbym ja albo mama zbudowala od poczatku dobre relacje z lekarzem, to on tez bylby grzeczniejszy. Ja pier*****!!!

      Usuń
  3. Trzeba mieć stalowe nerwy aby to wszystko wytrzymać. A przysięga lekarska to chyba można sobie tyłek podetrzeć... " Przyjmuję z szacunkiem i wdzięcznością dla moich Mistrzów nadany mi tytuł lekarza i w pełni świadomy związanych z nim obowiązków przyrzekam:

    obowiązki te sumiennie spełniać;
    służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu;
    według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek;
    nie nadużywać ich zaufania i dochować tajemnicy lekarskiej nawet po śmierci chorego;
    strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić, a do kolegów lekarzy odnosić się z należną im życzliwością, nie podważając zaufania do nich, jednak postępując bezstronnie i mając na względzie dobro chorych;
    stale poszerzać swą wiedzę lekarską i podawać do wiadomości świata lekarskiego wszystko to, co uda mi się wynaleźć i udoskonalić.
    Przyrzekam to uroczyście!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co warte sa pisowskie przysiegi, mozemy ocenic po pracy tych szkodnikow. Poslowie przysiegali np. przestrzegac konstytucji... buhahaha! A ze lekarze tez pisowscy, a dodatkowo jeszcze sfrustrowani tym, ze nie udalo im sie wyemigrowac tam, gdzie byloby godziwiej wynagradzani, upuszczaja swoja frustracje na pacjentow. Tyle.

      Usuń
  4. Nawet mi się tego nie chce komentować... I nie wiem, czy kiedy córka w grudniu zeszłego roku złamała rękę (a nie było to proste złamanie) miałyśmy szczęście, czy u nas jest po prostu lepiej. Odnoszę jednak wrażenie, że jest takie podejście, ze starszych ludzi "nie opłaca się leczyć" i w ogóle niewiele się "opłaca" dla nich robić. Jak to powiedziała jakaś pani minister (niech ją kaczka kopnie!) Starzy ludzie powinni(!) w naturalny sposób odejść. Co do niektórych, to byłabym się skłonna zgodzić, tylko akurat tych to będą leczyć za wszelką cenę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tak dawno utrzymywano na sile przy zyciu jakiegos biskupa, starucha (nie pomne jego nazwiska). Juz praktycznie dawno nie zyl, ale nikt nie smial zaproponowac odlaczenia respiratorow, bo to klecha.

      Usuń
  5. moja teściowa niedawno złmała biodro, niestety, też ma osteoporozę, do tego połamały się jej kręęgi kręgosupa, osteopatyczne złamanie, tragedia

    byłąm niedawno w P i się z nią przejechałam do szpitala, otarłam się o tę służbę zdrowia
    ja miałąm akurat trochę inne doświadczenia, lekarze bardzo ok, natomiast obsługa RTG to jakaś masakra! A ja trochę nie umiem być miłą jak widzę chamstwo. Co poskutkowało zemstą w postaci niewydania CD z badaniami, znaczy dostaliśmy, ale część, a załatwienie potem tych badań to mission impossible dla człłowieka zamkniętego w domu!

    Anka, jesteśmy po prostu rozpaskudzone, co tu duzo ukrywać!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rybenka, nie jestesmy rozpaskudzone, my po prostu zyjemy w NORMALNYCH warunkach, z NORMALNA opieka lekarska. Tutaj na studiach uczy sie przyszlych medykow ludzkiego obchodzenia sie z pacjentami, rowniez z dziecmi i osobami w bardzo podeszlym wieku. Kazdy szpital kladzie nacisk na odpowiednie podejscie do pacjenta, w przeciwnym razie taki arogancki lekarz czy pielegniarka szybko straciliby prace po kilku skargach. Ten nasz personel medyczny ma z pewnoscia wszystkich pacjentow tak samo w dupie jak ci z Polski, ale co najmniej tego nie okazuje.

      Usuń
    2. i dlatego tak mnie irytuje chamskie zachowanie, ale musze przyznać, że z lekarzami z któymi miałąm ostatnio do czynienia w P mam dobre doświadczenia, gorzej z otoczką, ale czy to czy to - ogólnie nie jest dobrze...

      Usuń
    3. Tu zaden lekarz czy pielegniarka nie pozwoli sobie powiedziec do leciwej pacjentki babciu lub, pod pozorem poufalej serdecznosci: siadamy, jemy, idziemy. Zawsze jest: pani X, prosze itp.

      Usuń
    4. Bo po pierwsze i przede wszystkim szacunek, serdecznosc, wytworzenie dobrego nastroju i wiezi z pacjentem, a potem leczenie.

      Usuń
  6. Rozumiem Twoje zrozumiałe ze wszech miar zdenerwowanie i wręcz wściekłość na lekarzy. Jednak muszę sprostować Twoje dobre pojęcie o niemieckich lekarzach. To, co przeżyłam w niemieckim szpitalu w tym roku, to scenariusz na horror. O szczegółach nie pisałam, bo miałam inne problemy, czyli jak na przykład ratowanie własnego zdrowia i kręgosłupa.
    Ale niemal skapitulowałam przed arogancją, butą, brakiem poszanowania dla pacjenta, niewykonaniem najbardziej potrzebnych badań i wysłaniem mnie do domu w stanie, kiedy jeszcze sama nie mogłam utrzymać się na nogach.
    Dodam, że jak wiesz, jestem osobą wykształconą, świetnie znającą język niemiecki i swoje prawa. Ale nawet powołując się na to, co jak dobrze wiedziałam, jest moimi prawami, zostałam potraktowana gorzej niż nieprzytomny pijak ze zwidami.
    W większości lekarze w Niemczech są faktycznie tacy, jak piszesz. Ale po tym spotkaniu z najgorszym neurochirurgiem (ordynatorem oddziału szpitala w Bremerhaven) już nie dam się przekonać, że wszyscy tacy są mili i cierpliwi.
    Z podobnym przypadkiem w Polsce miałam do czynienia też - jeden raz, kiedy trafiłam nocą na oddział z potwornym zapaleniem pęcherza i nie dostałam żadnej pomocy siedząc tam przez ponad dwie godziny. Zmuszono mnie do pojechania na nocną pomoc lekarską w przychodni koło mojego domu. Mogłam tam w sumie pojechać od razu, ale liczyłam na szybszą pomoc i leki oraz opiekę w tamtym szpitalu.
    Także przykładów lekceważenia pacjenta i jego traktowania jak śmiecia zebrałoby się więcej. I z tym faktycznie nie można się godzić. Warto jednak nie uogólniać tego na wszystkich lekarzy w danym kraju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A masz niemieckie ubezpieczenie zdrowotne, czy korzystalas z polskiego? Moze dlatego?
      Ja naprawde przez caly czas mojego w Niemczech pobytu, ani razu nie zostalam potraktowana niegrzecznie i nigdy nie odmowiono mi pomocy, ani nie spieprzono leczenia. A korzystalam wielokrotnie, jak nie z SORow, to ze szpitali czy innych placowek.

      Usuń
    2. Podepnę sie do tematu. Wiele niemieckich potencjalnych pacjentów przy każdym problemie jedzie z buta do szpitala, gdzie blokują ostry dyżur i powodują gigantyczne kolejki, przy okazji podniecając sie długim czasem czekania na lekarza. A po to są właśnie te przychodnie, otwarte poza godzinami przyjec domowych lekarzy. Nawet domową wizytę można sobie zamówić. I receptę na leki dostać, a w szpitalu w nocy zwykle nie ma nikogo do tego upoważnionego - lekarz asystent nie posiada pieczątki koniecznej do wypisania recepty.
      W moim miejscu pracy jest tak, ze ten tzw. Hausärztlicher Notdienst znajduje się na tej samej kondygnacji kilka drzwi dalej, i bezproblemowo można tam pokierować zbłądzonych do NOTaufnahme, tych wszystkich z przeziębieniem, bólem zęba, strzykającym od 2 tygodni kolanem, pękniętym kondomem czy właśnie zapaleniem pęcherza.

      Usuń
    3. U nas byl taki Hausärztlicher Notdienst, ale albo go zlikwidowali, albo przeniesli w nieznane mi miejsce. Sama kiedys korzystalam, akurat wlasnie na krwawe zapalenie pecherza moczowego. Teraz musialabym poszukac, czy w ogole gdzies jeszcze toto funkcjonuje.

      Usuń
    4. Anno Mario, numer telefonu 116 117 😷 (całe Niemcy)

      Usuń
    5. Bukzaplac, Lucy. Qrna, zle ze mna! Przeciez ja mam ten numer, a calkiem zapomnialam :(

      Usuń
    6. Na wikiwików :D
      Czasami czleka taka pomrocznosc dopada. Mnie tez. Jak mój ojciec zadal zawal, musialam sie zastanowic, jaki jest ten numer, 112. Bo w pracy mam 199 na reanimacje.

      Usuń
    7. Na razie jestem na ubezpieczeniu na polską turystyczną kartę EKUZ, zamierzam dopiero od stycznia założyć tu działalność i wtedy też ubezpieczyć się w Niemczech. Wcześniej nie było sensu, jak i tak połowę czasu spędzam w Polsce.
      Miałam atak bólu w związku z kręgosłupem, wizyta u lekarza i zastrzyk pomogły tylko na dwie godziny, dlatego wreszcie po paru godzinach cierpienia wezwałam karetkę i pojechałam do szpitala. Z głupotami nie spieszy mi się do takich miejsc.
      Mimo wszystko uważam, że brak niemieckiego ubezpieczenia nie upoważnia NIKOGO do takiego traktowania pacjentów.

      Usuń
    8. Moze szpital mial zle doswiadczenia z odbieraniem pieniedzy za swiadczenia medyczne od polskiej kasy chorych? Niby nie powinni sie tak zachowywac, bo chory to chory, bez wzgledu na miejsce ubezpieczenia, ale wiadomo, jak to bywa.

      Usuń
  7. owszem rząd i kler są pod specjalnym nadzorem.a i mundurówka też.
    kliniki wojskowe, rządowe a kler wiadomo na kolanach .
    współczuje i z przerażeniem myślę o swojej starości w kraj tutejszym...straszne braki i niedofinansowanie w geriatrii...
    brakuje lekarzy specjalistów, wsadzają na oddziały do kontaktu i stawiania diagnoz stażystów, nie do pomyślenia w cywilizowanym kraju, brak w ogóle lekarzy, to stażystami obstawiają ośrodki zdrowia, tak się dzieje w słupsku a wylazło to wszystko, gdy ostatnio strajkowali... uważam, że akurat lekarzom należy się wszystko co chcą i pielęgniarkom też, zdrowie i opieka w czasie choroby najważniejsze przecież. poza tym cholernie ciężkie, drogie i długie studia i ważne. jeśli na skróty, to potem niedouczeni...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przeklinaj! Stazysci to byli za komuny, tera som rezydenty, bo to brzmi bardziej po amerykansku. Niedlugo zaczna SORy nazywac ER.
      Szpitale przestaly byc miejscem, gdzie dobro pacjenta byloby priorytetem, to firmy nastawione na zysk, wiec deficyty personelu beda zawsze i bedzie on nisko oplacany. Wazne, ze prezes zarzadu zarobi swoje miliony. Chciala Polska Ameryki, to ja ma, szkoda tylko, ze brani z nich przykladu jest takie wybiorcze.

      Usuń
  8. No wiesz, dziwna reakcja na FB. Zawsze uważałam i nadal uważam fejsbukowe towarzycho za nieco dziwne.Zauważyłam,że w wielu przychodniach rejestratorki się panoszą, ale jest na to dobry sposób- zażądać by na piśmie dała odmowę zapisania pacjentki do lekarza.Wtedy te panie wymiękają.
    Anuś, nawet nie masz pojęcia jaka jestem szczęśliwa, że stamtąd wyjechałam!
    Dobra zmiana wyzwoliła z ukrycia całe pokłady chamstwa, które teraz wreszcie oddycha pełną piersią.
    Nieopłacalność leczenia starych pacjentów to szczyt chamstwa i niewdzięczności- przecież to ci, którzy dziś są starzy i chorzy budowali powojenną Polskę. Chyba ktoś nie rozumie pojęcia sztafety pokoleń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko budowali, nie tylko ciezko pracowali, nieprzerwanie od ukonczenia szkol czy studiow do emerytury, ale wplacali niemale skladki na ubezpieczenie zdrowotne i rentowe. Co maja teraz? Poczucie, ze sa pasozytami, bo zyja tak dlugo i jeszcze smia chorowac, zamiast od razu zdychac.

      Usuń
  9. Bardzo wspolczuje Twojej mamie tego wypadku, bolu okropnego i tego okropienstwa co ja spotykalo na calej tej drodze leczenia. No i wspolczuje Tobie, malo ze widzialas to cale dziadostwo leczenia w Polsce, to jeszcze bylo to 'leczenie' Twojej mamy. Zupelnie niepojete jest dla mnie czekanie w bolu na pomoc 10godz. czy 5, a kiedy w koncu bioro sie za naprawianie reki to robia to zle.
    Kiedy skrecilam noge w kostce i pojelam na pogotowie, papierowe formalnosci odbyly sie od razu, kazali usiasc i czekac, 10minut i lekarz zajal sie mna, obejrzal, krotka rozmowa, na wozek do przeswietlenia, spowrotem na czekalnie, moze 20 minut pozniej znowu lekarz z wynikami, bylo ok, powrot do domu. Czy to tak nie powinno byc, Melbourne duzy, duzo ludzi i co rusz cos sie wydarza ze musza korzystac z pogotowia, podobno lekarzy tez brakuje a jednak radza sobiem i sa mili, fochy to my chorzy pacjeci mamy prawo pokazywac a nie pani w okienku, czy pielegniarka, czy lekarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w Polsce na odwrot, pacjent ma rozmawiac ze wszystkimi z pozycji na kleczkach. Lekarz, czy tam jakis niedoswiadczony stazysta, przyjdzie, kiedy bedzie mial ochote, rejestratorka traktuje wszystkie starsze osoby jak analfabetow niespelna rozumu, a pielegniarki robia laske, ze zyja. Do szpitala trzeba przychodzic z wlasnym ekwipunkiem, mozliwe ze niedlugo z wlasnym zarciem.
      Slyszalam, ze jest zle, ale rzeczywistosc mnie przerosla.

      Usuń
    2. Kochana, z własnymi lekami,ciuchami ,i sztućcami.yzka szwagrowi zaginęła dwukrotnie, keidy zapytalam ,to po prostu dano mi jakas inną, czyli co ,maja szpitalne? Nie wnikałam juz,bo wiadomo, lepiej miec swoje tak czy siak.

      Usuń
    3. Wiesz, czego jeszcze nie rozumiem? Widzialam podawana w szpitalu kolacje (mama nie dostala, bo musiala byc na czczo przed operacja). Pacjenci dostali jedzenie na jednorazowych plastikowych talerzach i pili z plastikowych jednorazowych kubeczkow. Jak bogaty musi to byc szpital, ktory moze sobie pozwolic na takie marnotrawstwo i jakie gory smieci codziennie generuje.

      Usuń
  10. Toscie sie nawalczyly, tyle w sumie niepotrzebnych nerwow :(
    À tego "w tym wieku sie nie oplaca" chyba nigdy nie zrozumiem. Przeciez pacjent poprowadzony dobrze od poczatku potrzebuje mniej opieki i pomocy, wiec sluzba zdrowia tez go mniej widzi. I wkurzonej rodziny tez. Zwykly rachunek kosztow. Bo rachunek sumienia i przyzwoitosc to byc moze dla niektorych wyzsza szkola jazdy?
    Miejmy nadzieje, ze teraz to juz tylko zdrowienie Twojej Mamie zostalo, bez dodatkowych atrakcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni raczej licza na to, ze nieleczony pacjent predzej kopyta wyciagnie i zejdzie na stale z ewidencji pasozytow pobierajacych emeryture i nadwyrezajacy system zdrowotny.
      Ja tez mam taka nadzieje, ze tym razem niczego nie spieprzyli i ze reka juz tylko bedzie sie dobrze zrastac. Okaze sie w srode, na ktora wyznaczono kolejna wizyte kontrolna.

      Usuń
  11. Jesteś w domu, swoje przeżyłaś, oby Mamie się poprawiło i opiekę miała dobrą.
    Co do naszej opieki medycznej to raczek widoków na polepszenie nie ma. Chodzą słuchy, że mają likwidować NFZ, masowo odchodzą lekarze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sie lekarzom nie dziwie, ze odchodza, emigruja albo umieraja na dyzurach. Nie moze tak byc, ze prezes zarzadu szpitala kasuje miliony, a lekarze musza brac dyzur po dyzurze, zeby jako tako wyjsc na swoje. Nie usprawiedliwia to jednak w najmniejszym stopniu ich stosunku do pacjentow i niedbalosci w leczeniu.
      Od lat czytam w Angorze cykl "Polski pacjent" - wlos sie jezy na glowie, ilu ludzi lekarze poslali na tamten swiat lub zrobili z nich kaleki.

      Usuń
  12. masz rację polska służba zdrowia jest marna, a że mam doświadczenia z np. niemiecką, to nawet nie ma czego porównywać, w N. nie spotkałam opryskliwej pielęgniarki czy nieuprzejmego lekarza...no sorry spotkałam ale oni byli z Polski, więc przesiąknięci naszym podejściem do pacjenta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja spotkalam wielu lekarzy i pielegniarki z Polski, ktorzy sa uprzedzajaco grzeczni w stosunku do pacjentow, bo w przeciwnym razie bardzo szybko straciliby tu prace. Tym bardziej oni nie moga sobie pozwolic na polskie standardy w obchodzeniu sie z chorymi. Podobnie jest z kierowcami, w Polsce piratuja ile wlezie, maja w dupie przepisy, jezdza na podwojnym gazie. A bedac tutaj trzymaja sie wzorowo przepisow, bo naszych policjantow nie da sie przekupic, zeby odstapili od czynnosci.

      Usuń
  13. No wlasnie chyba najbardziej chodzi o stosunek do pacjenta, ktory w Polsce niestety, ale jest skandaliczny. Ludzie tam mieszkajacy sa przyzwyczajeni, im sie wydaje ze powiedzenie "dzien dobry" to oznaka szacunku do klienta. Jak ktos nie zna smaku czekolady to nie bedzie wiedzial, ze jest slodka :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak czlowiek z przyzwyczajenia grzeczny i klania sie sasiadom mamy, to patrza jak na jakiegos gangstera. Albo w sklepie, chcac rozladowac zly nastroj, cos sie zazartuje, ludzie nie moga wyjsc ze zdumienia. Dziwny kraj. :)


      Usuń
  14. To ja miałam chyba więcej szczęścia. W ten pechowy poniedziałek moje głębokie wzdychania "jak mi się nie chce do huty" zostały szybko wysłuchane bo już w drodze do onej. Po pierwsze, leżąc na tym chodniku i rycząc w niebogłosy (jessuuu jak bolało) doznałam niezwykłego zainteresowania przechodniów, którzy tłumnie mnie oblegli, potem przenieśli na ławkę, zadzwonili po pogotowie, a jak się upewniono, że złamałam "tylko" nogę to do przyjazdu pogotowia i tak zostały ze mna dwie kobiety, choć już przyleciał do mnie mąż. Obsługa karetki była miła i delikatna, nawet pytali, czy chcę zachować kozaczek czy go ciąć. Wybrałąm to drugie, pal licho but.Żartowaliśmy na ile to było możliwe, myślałam, że to zwichnięcie, ale lekarka mnie wyprowadziła z błędu twierdząc, że z pewnością to złamanie. Nie widziałam wtedy swojej stopy, ale była wykręcona na bok. Na SORZE też się mna zajęli niezwłocznie, naprawdę nie czekałam dłużej niż kilka minut. Młoda lekarka? i lekarz, który mnie potem operował wyjasnili, co to za złamanie i co będą ze mną robić. Żal mi było ślicznych, zimowych rajstop, więc delikatnie mi je zdjęli a potem zapakowali w tymczasowy gips złamańca. Lekarz powiedział, że po planowych operacjach, na koniec dyżuru zoperuje nogę bo jest taka konieczność. Od tej młodej dostałam jeszcze pocieszenie w postaci pięknego uśmiechu i zapewnienie, że jestem w bardzo dobrych rękach (chodziło o tego lekarza). Pojechałam na oddział, ale tam nie było miejsca na sali, więc mnie przeproszono, że musze poleżeć trochę na korytarzu. Co miałam zrobić, w tym czasie już mnie przebrali w fizelinową koszulkę koloru blue, nie żadną czarną. Odkryli kołdrą i kocami, pod nogę podłozyli zwinięty koc. Napompowali kroplowkami z czymś fajnym bo nic nie bolało. Powypełniałam jakieś formularze, zgody, wywiad dla anestezjologa. Nie wiem, za 2-3 godzinki uruchomili salę taką po malowaniu było czyściutko i pachnąco,ale zimno. bo wietrzyli. Dosałyśmy dodatkowe koce.Ja nie dostałam ze względu na operację nic do jedzenia i picia, tylko pompowali mi kroplówki. I tak sobie leżałam do 16, gdy nagle przylecieli i powiedzieli, że jedziemy na operację. Przejazd też był całkiem miły, wiozła mnie lekarka, która wspólnie z tym lekarzem, który mnie przyjmował miała operować. Żartowałyśmy. Potem mnie wział w obroty anestezjolog, który powiedział, że jetem bardzo mądrą pacjentką bo sama chciałam znieczulenie w kręgosłup. Ładnie współpracowałam w przemieszczaiu się z łożka na stół operacyjny. Potem cos było o majtochach, które zostały po giezłem i rozczochraniu -dostałam czepek na łeb. Prosiłam, żeby nie zaslaniali mi widoku tą szmatą bo chciałam widzieć, co tam majstrują, ale nie chcieli nic pokazać. To żartowałam z anestezjologiem, żeby mi komórką zdjęcia robił. Pytał, co chwilę, czy ok i czy mam życznie się zdrzemnąć to mi da coś w żyłę. Nie chciałam, ale i tak chyba kimnęłam trochę, bo pamiętam, że mówili, koniec- pisz 35 minut -tyle to chyba trwało. CDN nastąpi, bo musze do przychodni na zdjęcie szwów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Ty chyba mieszkasz w jakims innym kraju, bo mialas obsluge co najmniej tak dobra jak u nas. A moze po prostu jestes mloda i piekna, wiec mialas specjalne traktowanie? A moze to magia stolicy? :)))

      Usuń
    2. Szwy zdjęte (10) wyjęli mi je ale najpierw wycięli okienka w gipsie, już się ucieszyłam, że je zostawią, ale po założeniu opatrunku zagipsowali na nowo. Nie będzie się, jak posmyrać. Dostałam już skierowanie na rehabilitację, zdjęcie gipsu mam po swiętach, albo przed. No i dalszy ciąg ...już na sali operacyjnej, pielęgniarki były bardzo miłe, szczególnie Ewa i siostra zakonna (szarytka) (tak, tak) bardzo się ładnie zwracały do pajentów, kochana, słoneczko, laleczko, raz na pani, raz na ty. Żartowały często, a ta Ewa ciągle się smiala. Widziałam jaki mają zapiernicz, non stop tuptały, a jeszcze poza normalnymi zabiegami, prochy, kroplowki, opatrunki, przebieranie pościeli (tam gdzie trzeba było) , poprawianie poduszek itd, zaglądały i pytaly czy nic nie trzeba. Na noc każdy dostawał pigułę na sen i butlę z przciwbólowym, jak chciał. Mówiły, że nie musi nas nic boleć i środko mają dość, nie było wydziału. Potem zmiany się zmieniały i były może mniej wylewne pilegniarki, ale też ok. Rehabilitanci super, młodzi i pieknie się zajmowali Panią Gienią weteranką, która już miała robione drugie kolanko,wszyscy ją pamiętali, a Gienia była bardzo dzielna i mimo 77 lat dziarsko wspólpracowała i nic nie jęczała. że boli czy cuś. Te panie od biodra i kolan miały rehabilitację już w łożku na 2 dzień po operacji.Ja nie potrzebowałam wielkiej zainteresowania, bo w sumie po założeniu gipsu to tylko leżałam, a w zasadzie zasiadałm na wózku inwalidzkim i w ramach rozrywki jezdziłam po korytarzu lub podawałm tym nie wstająym albo to,co upadlo im, albo co im tam z szafki było potrzebne. Byłam też kurierem ( z nudow)miedzy nimi a pokojem pielęgniarki jak coś tam było potrzeba nagle. Ot i tak. Jedyne co to mało informacji musiałam dopytywać, a co teraz, a co potem. Obchód twal 3 minuty, ordynator wydawał krótkie polecenia i koniec. Jedzenie nie było zle, dobra zupa i dobre drugie danie, smaczne, przyprawione, wędlina i kawałek sałaty, ogórka pomidora i 3 kromki chleba, rano zupa mleczna i podwieczorek, jabłko albo słodki jogurt. Ja się najadałm po kokardki.Nawet salowe i te o podają jedzenie były ok, pogadały. codziennie były myte podłogi i przecierane stoliki. Jak naopisy tego, co się dzieje w szpitalach były naprawdę znośnie. Mankamentem jest to, że z oddziału ortopedycznego wyjśie jesy po 10 schodkach, ( nie dla mnie), albo windą, ale to trzeba kluczyć i bez pomocy się nie da, nam pomogła pani z bufetu, bo zabłdziliśmy gdzies w podziemiach. No i brak wyznaczonych miejsc blisko wyjścia do odbioru pacjenta, który nie chodzi.Przed wyjściem rehablitanci pokazali mi jak chodzić na chodziku, a jak załapałam to pokazali oco kaman w chodzeniu z kulami. Zapytali czy będe potrzeboac kul bo na dole jest sklep rehabilitayjny i mogą powiedzieć, że potrezbuję. Po pół godziny juz miałam swoje kule, musiał oczywiście je kupic, ale nie musiałam sama nigdzie łazić. Nie przeżyłam żadnej traumy i myślę, że oni tam tak funkcjonują, bo nas było 5 w pokoju i nie widziałm złego zachowania w stosunku do żadnej. Może to dlatego, że to mały szpital? Ale naprawdę widzialm jak te pilęgniarki biegały, ciagle coś robiły, a tą zakonnicę to nawet inne łajały, niech w końcu siostra zje śniadanie, wypije herbatę, a ona tylko mówiła tak, tak, zaraz przyjdę tylko naszej Gieniusi zmienię opatrunek, czy tam coś innego. Ona pracowała poniedziałek i wtorek od 7 do 19, potem w srodę i czwartek już jej nie było. Życzę wszytskim, którzy znajdą się w szpitalu przynajmniej takiej opieki.

      Usuń
    3. No tak było kochana, aż sama się dziwiłam, bo naczyta się człowiek i nasłucha o tych szpitalach dość. Jeszcze musze tam wrócić na wyjęcie żelastwa to zobaczę jak będzie. Ale to za kilka miesięcy.

      Usuń
    4. Snilo Ci sie, kiedy bylas na opiatach. :)))

      Usuń
    5. Ja nie byłam na opiatach, chyba nie...Gienia dostawała morfinkę, a ja ketonal, to chyba nie opiat?

      Usuń
    6. Bylas, bylas! Wszystkim dajo, zeby potem opowiadali, jakie to lekarze dobre i kochane. To ich znane metody. :)))

      Usuń
  15. Jak pierwszy raz zachorowalam i jeszcze nie bardzo bylo wiadomo co mi dolega to lezalam w szpitalu na sali dwuosobowej z Japonka. Kobieta byla w wieku ok. 90-tki i miala gleboko posunietego Alzheimera co spowodowalo, ze zupelnie zapomniala jezyk angielski i caly czas spiewala jakies japonskie przyspiewki:))
    Cala dobe siedzialy przy niej prywatnie oplacon przez dzieci chorej pielegniarki (12 godzinne zmiany) ale one tez nie znaly japonskiego, ale poniewaz znaly ja juz to porozumiewaly sie z nia na migi. Rodzina odwiedzala bardzo czesto i praktycznie to w ciagu dnia ciagle byl tam ktos kto mogl sluzyc za tlumacza. No ale w nocy to juz tlumaczy nie bylo a z kolei prywatnym pielegniarkom nie wolno w szpitalu nic robic, one moga tylko siedziec i patrzyc, ewentualnie poprawic poduszke czy podac cos do picia.
    Nie masz pojecia z jaka cierpliwoscia pracownicy szpitala (lekarze, pielegniarki, salowe) traktowaly te japonska babcie. Nikt nie mial pojecia co ona spiewa, bo tylko spiewala i recytowala jakies wierszyki z dziecinstwa jak powiedzial jej syn, a jednak robili wszystko, zeby byla zadbana.
    Nie rozumiem jak szpital moze NIE miec szpitalnych szlafrokow i kapci?
    To mi sie w glowie nie miesci, tu tylko chorzy chodzacy maja prawo do noszenia prywatnych szortow lub spodni, legginsow. Cala reszta jest ubrana szpitalnie i te koszule, szlafroki sa codziennie zmieniane. A juz domowe kapcie????
    Nie ma takiej mozliwosci, to jest wbrew bezpieczenstwu pacjenta, kazdy pacjent MUSI nosic szpitalne skarpety przeciwposlizgowe. Chcesz swoje prywatne kapcie? Owszem mozesz sobie je wlozyc pod poduszka i przytulac w nocy, ale zejsc z lozka ci w nich NIE WOLNO!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedys w Polsce tez panowaly takie restrykcyjne przepisy w sprawie wlasnych ciuchow, mowy nie bylo o czymkolwiek wlasnym. Teraz natomiast wszyscy chodza we wlasnych rzeczach. W Niemczech masz wybor, albo swoje, albo szpitalne, w kazdym pokoju pacjent ma wlasna szafe i tam przechowuje ubranie.
      Mysle, ze w Polsce prywatnie oplacana pielegniarka tez mialaby cierpliwosc i dobre slowo dla marudnej staruszki, ale te na etacie staraja sie jak najmniej przepracowywac i robia niezbedne minimum.

      Usuń
  16. Bardzo współczuję,raz jeszcze. I Mamie i Tobie, tym bardziej,że na odległość juzm iałas stres,a póxniej już w szpitalu. Bywa lepiej (patrz Masza) bywa i gorzej,lub całkeim źle. Nieinformowanie pacjenta i jego rodziny to chyba jakis punkt regulaminu,bo cięzko się dopytac i dostać wyczerpującą odpowiedź. Też troche się nalatałam nie tak dawno po kilku szpitalach,w zadnym nie było według mnie odpowiedniej dostatecznej ,kompetentnej opiek.Wszedzie gdzieś,ktoś nawalał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest wlasnie najgorsze. Ja rozumiem, ze sluzba zdrowia jest niedofinansowana, ze personel zarabia za malo, a pracy ma za duzo, ale w koncu usmiech, serdecznosc nic nie kosztuja. To chyba kwestia charakteru.

      Usuń
  17. Kurczę, toś swoje przeżyła. Mamie szybkiej rekonwalescencji i niezawodnej pomocy życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gadamy codziennie przez telefon, wiec mama ma moja namiastke, choc to nie to samo, co na zywo. :) Mamie najbardziej dokucza samotnosc i to siedzenie w domu. Zmieni sie, kiedy znow zacznie chodzic do tego swojego Wigoru, bedzie wsrod ludzi, znajdzie jakies zajecie. Ale do tego musi na tyle wydobrzec, zeby mogla w ogole chodzic, bo z reka jest spokoj, przestala bolec pod gipsem, ale przy upadku cos sobie naciagnela w nodze i z bolu nie moze normalnie chodzic.

      Usuń
  18. Cóż można napisać, właściwie wszystko masz w notce zapisane, więc może z mojej strony jedyną radą będzie może list do Rzecznika Praw Pacjenta albo podobnego organu/instytucji, wiele to nie da, jednak będą wiedzieć, gdzieś tam na ,,górze świecznika", że nie każdy macha ręką na wszystko, gdy opuści szpital.

    Mam nadzieję, że wszystko się poukłada już jak należy. I cieszę się, że jesteś. :)

    No i elegancko, teraz możesz chyba (jak pewnie ogarniesz różne sprawy w domu) zatopić się w lekturze.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, Piotrek, nie mam zamiaru nigdzie pisac, bo to i tak nie odniesie zadnego skutku, wiec po co mam sie trudzic.
      W domu i w robocie nazbieralo mi sie sporo zaleglosci, wiec zanim to ogarne, pewnie uplynie sporo czasu. Nie wiem, kiedy znajde wolna chwile, zeby polozyc nogi na stole i spokojnie oddac sie lekturze. :)

      Usuń
    2. No dobrze, nie będę Cię do tego namawiał ani nic.

      Ano wiadomo, pewno w domu to zwłaszcza zwierzaki stęsknione i tak dalej (choć pewnie nie tylko one). Na sto procent powoli wszystko ogarniesz i zasiądziesz z książką i herbatą. :)

      Usuń
  19. ♥ Cieszę się, że z Twoją Mamą ciut lepiej. ♥ Moja już na pełnym pędzie. W czwartek rano, jak podjechałam zrobić Jej zastrzyk, to dorwałam Ją, jak kończyła mycie podłogi w kuchni i przedpokoju - a miała się oszczędzać...
    Co, do szpitali i osób tam zatrudnionych, to nie będę się wypowiadać, bo sama wiesz, że z Mamą przez Jej pobyt w szpitalu - byłam codziennie przez cały dzień i patrzyłam na ręce personelowi, co nie wszystkim się podobało, ale woleli się nie odzywać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boszsz... te roczniki sa nie do zdarcia i nie umieja spokojnie posiedziec. Ale nadmierna ruchliwosc Twojej Mamy pewnie swiadczy wylacznie o tym, ze czuje sie dobrze, a o to w koncu chodzilo.
      I fajnie bylo Cie spotkac, z pewnoscia powtorzymy to przy najblizszej okazji.

      Usuń
    2. ♥ Ja też mam taką nadzieję, że przy następnym Twoim spokojniejszym pobytem uda nam się spotkać. ♥

      Usuń
    3. Planuje na wiosne i mam nadzieje, ze nie bede zmuszona wczesniej.

      Usuń
  20. Niestety, procedury procedurami, ale studentów nikt nie uczy, jak mają odnosić się do pacjentów ... poza tym, w większości są to lekarskie bachory i mają baaardzo wysokie mniemanie o sobie, więc jest potem, jak jest. Kolejna rzecz - studia medyczne skrócono do 5 lat.
    Nie mam też najlepszego zdania o lekarzach, mąż mój przewinął się przez kilka szpitalnych pobytów i jeden tylko był jak nalezy. W Poznaniu, ale tam jest zupełnie inny system, ponieważ każdy lekarz ma swoich pacjentów i łachy nie robi, żeby udzielić informacji o chorym.
    Długo by można i niestety nie jest to problem ostatnich lat, tylko odkąd pamiętam - chamstwo i zarozumialstwo, a do tego niechęć do dokształcania się. Tak uogólniając, bo przecież nie wszyscy tacy są.
    Zdrowia Twojej mamie życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wsrod lekarzy, podobnie zreszta jak wsrod klechow i w spermie - na kilka milionow znajdzie sie jeden, ktorego mozna nazwac czlowiekiem. ;)

      Usuń

Chcesz pogadac? Zamieniam sie w sluch.