Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 maja 2020

Czasem wystarczy...

Autor Stanislaw Chojnacki
... niewielki impuls, slad zapachowy, kilka taktow dawno nieslyszanej melodii czy slowo rzucone mimochodem, a czlowiek przenosi sie na zalewajacej z nagla fali wspomnien do przeszlosci. I jak to dobrze, ze mamy do dyspozycji internet, wiele rzeczy przychodzi bowiem latwiej, wystarczy wrzucic haslo i mamy do dyspozycji miliony wpisow na ten temat.
Wszystko zaczelo sie na fotograficznej stronie znajomego jeszcze z forum czytelnikow NIE, gdzie opublikowal zdjecie kamiennego aniolka, tytulujac je "aniolek", to zdjecie, ktore widzicie po lewej, oczywiscie za pozwoleniem Autora. W komentarzu pod zdjeciem drugi z tamtejszych znajomych (tego zdolalam poznac osobiscie na zlocie NIE) wpisal slowa kiedys znanej mi, ale dawno zapomnianej dzieciecej wyliczanki:
Aniołek fiołek róża bez,
konwalia balia wściekły pies.
Od razu sobie ja przypomnialam, ale wydawalo mi sie, ze ona ma jakis dalszy ciag, wiec wrzucilam fraze w wyszukiwarke i pojawila mi sie strona Wychodza z cienia podworkowe wspomnienia.  Zaczelam czytac i po kolei przypominac sobie dzieciece wyliczanki, ktore jakos wylecialy nieuzywane z pamieci. Niektore z przytoczonych tam znalam dobrze, inne widzialam po raz pierwszy w zyciu. Znalam i uzywalam podczas zabaw takie wyliczanki:
Ene due rike fake,
torba borba ósme smake.
Eus deus kosmateus,
i morele baks.
Wpadła bomba do piwnicy,
napisała na tablicy:
SOS czarny pies,
tam go nie ma a tu jest.
Palec pod budkę, bo za minutkę zamykam budkę.
Budka zamknięta nie ma klienta,
klient w Warszawie siedzi na ławie.
Chodzi lisek koło drogi,
nie ma ręki ani nogi,
trzeba lisa pożałować,
chleba z masłem podarować.
Entliczek - pentliczek,
czerwony stoliczek,
na kogo wypadnie,
na tego - bęc!
Pałka, zapałka, dwa kije,
kto się nie schowa, ten kryje!
Ene due rabe, połknął bocian żabę,
żaba Tadeusza, w brzuchu jej się rusza.
Triumf,triumf misia bela.
Misia Kasia konfacela.
Misia a, misia be,
Misia Kasia, konface.
Siedzi baba na cmentarzu,
trzyma nogi w kałamarzu.
Przyszedł duch, babę buch,
baba fik, a duch znikł.
Siedzi zajączek na grochowej miedzy,
my się kłaniamy a on sobie siedzi.
Ty zajączku dobrze wiesz,
i wybierzesz kogo chcesz.
Pan Sobieski miał trzy pieski:
żółty, czerwony, niebieski!
Pozostalych wyliczanek stamtad nie znalam, ale przypomniala mi sie jeszcze jedna, ktorej tam nie ma.
Biełka, Striełka, sobaka, pies, rakieta na ksiezyc gotowa jest. Kto chce jechac, niech nie pcha sie, niech wykupi bilet w kasie. Za ile?
A czy Wy znacie jakies inne wyliczanki oprocz wyzej przytoczonych?

Nie dajcie sie wyliczyc kostusze, pozostancie w zdrowiu.




czwartek, 27 lutego 2020

Co to jest zima?

Kazdy z nas, z moich rocznikow, mial w rodzinie jakas ciocie albo babcie, ktora zyla sobie na wsi, a ze wakacje w Polsce byly dlugie,  za to urlopy rodzicow krotkie, to sie wysylalo progeniture, po wszystkich wczasach, obozach i koloniach, do rodziny na wies, zeby nie paletala sie samopas po miescie. Mnie akurat najczesciej wysylano do babci w Warszawie, ale bywalo tez, ze z ta wlasnie babcia jezdzilam do rodziny na wies i tam spedzalysmy kilka dni.
Bylam oswojona z widokiem koni, krow, owiec, koz, drobiu, kotow, ktore oprocz mleka nic nie dostawaly do jedzenia, bo mialy lowic myszy i Burka przy budzie. Niedawno z przerazeniem przeczytalam, ze wiele niemieckich dzieci nie widzialo zwierzecia gospodarskiego i mysla, ze mleko pozyskuje sie ze sklepu, a jajka rosna na drzewach. Bo i gdzie maja to wszystko widziec? Czy w ogole jeszcze sa takie gospodarstwa, jak u mojej cioci, gdzie byl jeden kon, dwie krowy, dwie swinki, kilka kur i kaczek? Pola obrabia sie traktorami, wiec po co trzymac bezproduktywnego konia? Krowy owszem, ale pod warunkiem, ze ma sie gospodarstwo nastawione na ich hodowle, najpredzej ma sie kury i jaja do wlasnego uzytku. Owszem, powstaja gospodarstwa agroturystyczne, gdzie trzyma sie zwierzeta wlasnie po to, zeby pokazywac dzieciom z miasta. Dzieciaki edukacyjnie musza przy nich pomagac, wybierac jajka, doic krowine, czy tam glaskac osiolka. I te dzieci wiedza, ze jajka jednak nie rosna na drzewach, a mleka nie produkuje sie tasmowo w fabryce, tylko pochodzi z cycka krowy.
Juz niedlugo bedzie podobnie ze znajomoscia por roku u dzieci. Nie beda wiedzialy, ani widzialy szczegolnej roznicy, oprocz tego, ze podczas jesioeniozimy jest chlodniej i wilgotniej  niz podczas wiosnolata.
A ja pamietam te naprawde wyrazne granice miedzy porami roku, roznice nie tylko w dlugosci dnia i temperaturach. Na kazda pore roku czekalo sie z dzieciecym podekscytowaniem, bo kazda przynosila ze soba nowe niespodzianki. Trudno mi samej w to uwierzyc, ale nie moglam doczekac sie pierszego sniegu, a wraz z nim mozliwosci slizgania sie na zamarznietych kaluzach, zjezdzania na sankach, zabawy w sniezki. Zadna temperatura nie byla dzieciakom straszna, ruszaly sie, wiec bylo im goraco. Gorzej z tatusiami, ktorzy stali wokol gorki i pilnowali. Gorka byla dosc oddalona, trzeba bylo przechodzic przez ulice, wiec samej nie bylo mi wolno tam chodzic, zreszta wczesnie robilo sie ciemno, a  w ciemnosciach czyhaly rozne zagrozenia, trzeba bylo dzieci pilnowac. Nierzadko zima zaczynala sie juz na wszystkich swietych, wtedy zmienialo sie na ogol garderobe z jesiennej na zimowa, a ze mole czuwaly, za to odziez byla z wlokien naturalnych, wszystko intensywnie pachnialo naftalina. Teraz ubieramy sie w plastik, wiec nawet mole nie chca tego zrec, nie to, co niegdysiejsze futra, kozuchy i pelisy. Mole wyginely ;) Kiedy do Lodzi przyjezdzala babcia na groby swoich rodzicow, najczesciej na cmentarz chodzilismy juz po sniegu.
Wtedy nie martwilam sie, ze musze gdzies dojechac autem, ze po drodze moge sie poslizgnac, ze samochod moze mi rano nie odpalic, bo akumulator sie w nocy wyladowal. Czekalam na ten snieg z utesknieniem, bo obiecywal niezla zabawe, ale tez spore utrudnienia. Wtedy nie sypalo sie tak sola, raczej odgarnialo snieg na skraj chodnika, wiec zaspy utrudnialy chodzenie, a jak przyszla zima stulecia, to wszystko siadlo, a do ratowania spoleczenstwa spedzono zolnierzy.
Spoleczenstwa? Tak, wtedy bylismy jednolitym spoleczenstwem, bez wzgledu na to, czy ktos wierzyl, czy byl partyjny, na jakim stanowisku pracowal i ile zarabial. Nie bylo miedzy ludzmi tak gigantycznych roznic, takiej nienawisci, szczucia jednych na drugich. Bylo z pewnoscia biedniej, ale przyjemniej, bardziej swojsko. Ja tesknie za tamtymi Polakami, za tamtymi zimami, choc oczywiscie teraz ciesze sie z ich braku. I nie, nie tesknie wcale za przebrzmiala mlodoscia, jakby sie moglo wydawac, czy za tamtym ustrojem, jednak ludzie byli inni, nie tak skloceni jak dzisiaj.






piątek, 30 sierpnia 2019

To bylo tak dawno...

... ze zatarly mi sie w pamieci nawet niektore nazwiska. I wlasnie to, ta upijajaca niepamiec, to takie no ten, jakze mu tam bylo... jak on sie nazywal... pchnely mnie do poszukiwan internetowych. Juz wielokrotnie blogoslawilam internety, ze sa, ze tyle wiedza, ze wystarczy wrzucic w wyszukiwarke najbardziej bezsensowne haslo, a one juz podaja na tacy miliony odpowiedzi i podpowiedzi, nie zawsze tych, ktorych sie szukalo, ale co najmniej sie staraja. Pamiec ludzka jest taka zawodna, u mnie szczegolnie do nazwisk. Ilez to razy w rozmowach probowalam przywolac nazwisko jakiegos aktora, takiego troche mniej niz gwiazdora, ktorego sie przeciez dobrze zna, w tylu filmach  gral... no jak mu bylo... i nic, pustka.
Jakim cudem nagle zaczelam sie zastanawiac, jak mial na nazwisko trener zenskiej druzyny koszykowki  na LKSie, juz nie wiem, w kazdym razie mial na imie Jozef i wszyscy nazywali go Ziuna. A nazwisko? Przeciez byl taki slawny, koszykarki byly wtedy w pierwszej lidze, a ja na biezaco sledzilam ich poczynania, bo sama trenowalam w druzynie juniorek, tyle ze pod opieka innego trenera, Andrzeja Nowakowskiego.
Wszystko zaczelo sie od tego, ze moj tato sam gral w kosza, nawet jeszcze po moim urodzeniu. Pamietam jak przez mgle, ze zabieral mnie na mecze oldbojow. Pozniej przestal, ale kiedy ja troche podroslam, uznal, ze koszykowka bedzie dla mnie dobrym sportem. Mnie o zdanie nie pytal, a ja jakos nie odnajdywalam sie w tym sporcie. Ktoregos dnia zaprowadzil mnie do swojego kolegi, owego Ziuny wlasnie, przedstawil i oznajmil, ze chce trenowac. Z wrodzonej grzecznosci nie zaprzeczylam. Ziuna powiodl mnie do Nowakowskiego i tak zaczela sie moja 3-letnia kariera.


Za nami stoi Andrzej Nowakowski, a ja pamietam jedynie imie jednej dziewczyny, Wandy, ktora stoi z tylu w okularach, z numerem 13. Pozostalych w ogole nie kojarze.
Ziuna nazywal sie  Żyliński i jest o nim wzmianka nawet w wikipedii (KLIK), stamtad dowiedzialam sie, ze juz nie zyje, ale dozyl 94 lat, byl starszy od mojego taty i zmarl dwa lata przed nim. W kosza grali razem w YMCA w Lodzi.
Zaglebialam sie  w artykuly na ich temat. Nowakowski zmarl jeszcze przed Ziuna, w 2012, w wieku 72 lat.

Zrodlo
Od lewej stoja Jozef "Ziuna" Żyliński, Andrzej Nowakowski i nieznany mi Mirosław Trześniewski, podobno asystent i nastepca Andrzeja. 
Po przeczytaniu artykulu na temat jego smierci, dowiedzialam sie, ze byl to podobno dzentelmen i dusza-czlowiek, moze z wiekiem zlagodnial, bo ja go mam w pamieci jako kata, malo serdecznego dla nastoletnich zawodniczek. Fakt, jego katowskie metody przynosily wymierne efekty, ale mogl sie czesciej usmiechac i byc cieplejszy w obyciu. Jak Ziuna. 
A ze o zmarlych tylko dobrze, wiec w tym zrodlowym artykule stoi:

"Dżentelmen koszykówki", "solidna firma", "niespotykanie dobry człowiek", "niepowtarzalny", "przyjaciel nas wszystkich" - mówią o trenerze Nowakowskim ci, z którymi przez lata wsłuchiwał się w odgłos kozłowanej piłki. Będzie nam Cię brakować, Andrzeju...
Mimo to szkoda czlowieka, za wczesnie umarl.




wtorek, 20 sierpnia 2019

Gladiole.

Tez tak czasem macie, ze wystarczy jakis niewielki impuls, cien zapachu czy kilka tonow dawno nie slyszanej, ale niegdys ulubionej melodii, zeby przywolac z niebytu wspomnienia. Wlasciwie to nie przywolywanie, one nagle same sie pojawiaja i tak bolesnie uderza, ze czlowiek w takiej chwili powaznie zastanawia sie, czy przezyje. Dotkliwie boli.
To spotkalo mnie niedawno, kiedy zobaczylam czerwone gladiole, ukochane kwiaty mojej babci. Pojawialy sie gdzies w polowie wakacji razem ze slonecznikami. Czesto spedzalam przerwy wakacyjne albo koncowki wlasnie u babci. Chodzilysmy razem na ryneczek na Polnej i albo stamtad, albo od zaprzyjaznionej wlascicielki ogrodka dzialkowego przynosilysmy te gladiole do domu. Nie wiem, dlaczego babcia te wlasnie kwiaty tak bardzo ukochala, jest tyle innych, czesto ladniejszych, ale ona najchetniej kupowala te kwiaty. Nie miala ulubionego koloru, lubila je od bialych przez rozowe, zolte i czerwone do prawie czarnych. Bardzo o nie dbala, codziennie zmieniala im wode, odrywala przekwitle kwiatki, zeby latwiej bylo rozwinac sie tym blizej czubka.
Zawsze staly u niej dlugo.
Ja nie kupuje kwiatow, sa za drogie, nie mam tez ogrodka, wiec stracilam kontakt z gladiolami. Do tego dnia, kiedy zobaczylam je przypadkiem. I wtedy wlasnie tak mnie bolesnie zaklulo, a oczy naplynely lzami. Zaczelam gleboko oddychac, zeby sie calkiem nie poplakac. Nie bylo latwo, ale dalam rade. Sama sie dziwilam wlasnej, tak gwaltownej reakcji. Babcia nie zyje przeciez od 28 lat, skad wiec nagle tyle emocji na widok kwiatkow? Nie wiem i wlasciwie jest to niewazne.
Ale gladiole juz zawsze beda mi przypominaly te jedna jedyna osobe, tak wazna w moim zyciu.





środa, 19 czerwca 2019

Moj Szymon.

 Dedykuje Graszce Graszkowskiej, bo to dzieki niej powstal ten wpis.
 
Graszka na swoim blogu wspomina o Verze Kobylinskiej, wnuczce slynnego Szymona. Przywolalo to moje wlasne wspomnienia zwiazane z tym wyjatkowym czlowiekiem.

Telewizyjne postaci z mojego dziecinstwa Zrodlo

Mgliscie, bardzo mgliscie przypominam sobie poczatki mojej fascynacji Wielkim Szymonem. To bylo u babci w Warszawie, jeszcze na Grojeckiej, wiec przed rokiem 1963, kiedy to dziadkowie przeprowadzili sie na Pulawska. Na Grojeckiej kupili sobie pierwszy telewizor, to byl Szmaragd. Wtedy nadawano dosc krotko, kilka godzin dziennie, nie tak jak teraz, 24/24. Jednak zadbano rowniez o dzieci, to wtedy pojawily sie pierwsze dobranocki, Jacek i Agatka, Gaska Balbinka i wlasnie Szymon Kobylinski, opowiadajacy ze swada o roznych rzeczach.
Mozecie sobie wyobrazic, jak ciekawie musial opowiadac, zeby taki szkrab jak ja, cos 5-6-letni, sluchal z otwarta buzia jak przyslowiowa swinia grzmotu. Bylam rownie zafascynowana jego opowiesciami, jak i tym, co i jak rysowal na stojacej obok planszy. Musial miec wtedy jakies trzydziesci kilka lat, biorac pod uwage date jego urodzenia. Opowiadal o swoim synu Macku, ale nie pamietam, czy on sie wtedy wlasnie urodzil, czy juz byl na swiecie, kiedy jego tato wystepowal w dobranockach. Niestety nie udalo mi sie znalezc w internetach daty urodzenia Macka, wiec nie jestem pewna.
Zrodlo
Pamietam jednakze jego sunie Czike, o ktorej opowiadal najwiecej. Czika byla chyba terierem szkockim, tak jawi mi sie dzisiaj we wspomnieniach, ale glowy bym za to nie dala. Kazdy z nas psiarzy moze bez konca opowiadac o wyczynach swoich pupili, jakie sa madre, cwane, co umieja, jak potrafia okazywac uczucia, nie tylko milosc, ale psiego focha tez, jakie maja relacje z domownikami i z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Mozecie sobie wiec wyobrazic, ze dla tego urodzonego gawedziarza Czika byla nieskonczonym zasobem inspiracji do dobranockowych pogadanek i rysunkow.
Chyba musial lubic dzieci, bo angazowal sie w rozne dzialalnosci, miedzy innymi w Order Usmiechu, jedyne takie na swiecie  odznaczenie przyznawane doroslym przez dzieci. Zasiadal w jury, ktore wybieralo, sposrod nadsylanych z calej Polski, projekt ostateczny Orderu. Ja tez wyslalam swoja propozycje, ale wtedy mieszkalam juz w Lodzi z rodzicami i chodzilam do szkoly.
Malo kto dzisiaj pamieta tamte dobranocki, nawet nie wiem, kiedy Kobylinski przestal sie tam udzielac. Jednak nie zaprzestal swoich gawed przed kamerami, pozniej juz dla doroslych.
Jedna z moich ukochanych ksiazek byla W pustyni i w puszczy z jego wyjatkowo pieknymi ilustracjami. Jeszcze zanim nauczylam sie czytac i ksiazke czytala mi babcia, z wielka fascynacja ogladalam w niej obrazki, zachwycajac sie kazdym szczegolem. Tacy artysci wymieraja, teraz byle bazgroly uchodza za sztuke, a kleks kupy na srodku blejtramu to uznane dzielo, w ktorym snoby doszukuja sie glebszego sensu i dociekaja, co autor mial na mysli, a on po prostu wys***l sie na plotno. Grafika podpiera sie technika komputerowa i chyba niewielu pozostalo, ktorzy z takim pietyzmem i miloscia do najmniejszych szczegolow potrafia tworzyc prawdziwe dziela.
Mialam tez w domu ksiazke Madrosci zydowskie (dokladnie to wydanie jak na zdjeciu obok), rowniez z ilustracjami mistrza. Pewnie teraz, w dobie poprawnosci politycznej i prosemityzmu na sile, jego rysunki nie bylyby dobrze widziane, ale na szczescie tworzyl w normalniejszych czasach. Ksiazke kiedys komus pozyczylam i nigdy juz do mnie nie wrocila.
Trudno wymienic wszystkie jego dokonania, jego tworczosc byla wszedzie, nie ma chyba czlowieka, ktory w swoim zyciu choc raz nie natknal sie na ktorys z jego rozlicznych rysunkow. Jestem juz po 60-tce, a sami widzicie, jak ten niezrownany czlowiek i genialny artysta wbil mi sie w pamiec, jego unikalny ponadprzecietny talent, wyrafinowana swada wypowiedzi, potrafiaca wciagnac kazdego, niedoscigniona wiedza historyczna, niesztampowa osobowosc. Dla mnie wybitna persona.





wtorek, 7 sierpnia 2018

Fredi.

O Fredku, ktorego nazywalismy Fryckiem, pisalam przy okazji posta wspomnieniowego o Fuselku. Dwoch ich bylo, dwoch psich panow F. z fasonem,  jamnikow na osiedlu. Obydwaj pochodzili z Polski, bo Niemcy jakos zwrocili sie w sympatii do jamnikow do tych kudlatych i gladkowlose byly tutaj praktycznie nie do zdobycia.
Adoptowani rodzice Frycka byli bezdzietni, wiec caly potencjal milosci przelali na te jamnikowata glizde, mial u nich jak u psiego boga za piecem. A ze bylo toto cherlawe od urodzenia, mialo wciaz problemy gastryczne i cos tam jeszcze, psia opatrznosc nad nim czuwala, ze trafil w ich rece i pod dach. Dostawal jakas diabelnie droga specjalna karme, chuchali na niego i dmuchali jak na dziecko specjalnej troski, ktorym de facto dla nich byl. Nie przyjaznilismy sie specjalnie, mielismy ot takie dobrosasiedzkie stosunki, czasem sie odwiedzalismy, ale bardzo sporadycznie. Czesciej widywalismy sie na spacerach z psami, ktore bardzo sie polubily i zawsze doskonale ze soba bawily.
Troche tez traktowali Frycka nie po psiemu, rozpieszczali na wyscigi. Nieraz bylam swiadkiem, kiedy pancia ganiala za nim po polach, bo spuscila go ze smyczy, a pozniej nie chcial do niej wrocic, a zabawe w berka uznawal za najlepsza na swiecie. Kiedy prosila mnie o pomoc w zlapaniu uciekiniera, tlumaczylam jej, ze pogon za psem nie daje jej zadnych szans na zlapanie go, bo choc nozki mial krotkie, i tak byl szybszy. Ona za nim latala, ja stalam na sciezce i tylko go do siebie zawolalam, przylecial natychmiast, co pancie wprawialo w irytacje i zdumienie, a ja mialam przednia zabawe.
Kiedy obydwoje dostali skierowanie do sanatorium w tym samym czasie, trzeba bylo wymyslic cos dla psa. Widocznie mieli juz do nas tyle zaufania, ze powierzyli nam opieke nad swoim skarbem i Fredek zamieszkal z nami na caly miesiac. Wyposazyli nas w tony jego specjalnej karmy, wiec przy wydawaniu psom obiadu, trzeba bylo mocno uwazac, zeby nie wyzeraly sobie wzajemnie. Najczesciej odbywalo sie to tak, ze maz dawal Fuslowi w kuchni, a ja Fryckowi w jednym z pokojow i jakos to szlo. Nachodzilam sie ci ja z tymi psami na spacery, narobilismy kilometrow i nigdy nie musialam Frycka ganiac po polach, sam przylazil z powrotem.
Po ich powrocie zaczelam ich goraco namawiac na kastracje psa, bo w tym malym cherlawym cialku drzemal demon seksu. Codziennie po kilka razy gwalcil zapamietale swoj kocyk, no kto by to wytrzymal. Najpierw bylo swiete oburzenie, zwlaszcza z jego strony, ale drazylam temat, namawialam, przekonywalam i w koncu skapitulowali, a Fredek po operacji bardzo sie uspokoil.
Pozniej wyprowadzilismy sie na drugi koniec miasta i sila rzeczy kontakty sie rozluznily, czasem spotykalismy sie przypadkowo w sklepach, czasem dopytywalismy wspolnych znajomych tam mieszkajacych, co z Frycusiem, a odpowiedz byla zawsze jedna: starutki, siwiutki, ale zyje. Raz przypadkiem spotkalam ja z Fryckiem, kiedy bylam u corki na tamtym osiedlu. Jejku, jak on sie ucieszyl na moj widok! Tyle lat sie nie widzielismy i myslalam, ze zapomnial, a on nie. No calkiem sie wzruszylam, kiedy tak wil sie w moich rekach jak grzmija i wywijal jezorem, zeby mnie wycalowac.
Zyl i doszedl do ludzkiej pelnoletnosci, skonczyl 18 lat.
W ubiegla sobote on zadzwonil do nas, zeby powiadomic, ze Frycusia juz nie ma. Musieli go uspic, bo z racji wieku nie dawal juz rady, bardzo sie meczyl. Nie widzial i nie slyszal juz od dluzszego czasu, mial usunieta wiekszosc zabkow, ale to nie przeszkadzalo mu w miare dobrze zyc. Niestety przyplataly sie problemy z chodzeniem, a z racji swojego chorego ukladu pokarmowego nie tolerowal sterydow, a na koniec chyba dostal wylewu, wiec nie bylo na co czekac i pieska meczyc. Zostal spopielony w Rosengarten, tam gdzie Fusel i Kira.



Frycek z lewej, Fusel z prawej

Tu Frycus jest w szczeniecym wieku, o polowe mniejszy od Fusla. A moja corka jaka malutka







Musialam obu naraz dopieszczac


Przezyl naszego Fusla o tyle lat... Lusia przeslala mi jego ostatnie zdjecia.


Obiesmy sie splakaly przez telefon... ehhh...
Dodawszy do tego, ze na poczatku tygodnia musiala zostac uspiona corka Kiry, siostra Placzka z jednego miotu i dramatyczne odejscie Amberka, kota Drevnego Kocurka, to ten tydzien nalezy do bardzo smutnych. Niech zyja wszystkie bez bolu i ograniczen za Teczowym Mostem.




poniedziałek, 2 lipca 2018

Chodzenie po prosbie.

Jak tak dalej pojdzie, to bedziemy ze Star co rusz wzajemnie sie natychac tematami do postow. Nawet nie wrzucam linkow, bo blog Star jest zamkniety na klodke i tylko dla wybrancow, wiec kto go czyta, ten wie, a kto nie czyta, to i tak nie bedzie mogl wejsc, wiec linkowanie mija sie z celem. Krotko chodzi o brak zahamowan przed zapukaniem do calkiem obcych drzwi i poproszenie o jakas grzecznosc, skorzystania z toalety lub poproszenia o jedzenie. I tu przypomniala mi sie akcja sprzed lat, kiedy to zmuszeni bylismy do chodzenia po prosbie.
Byl rok 1990, lipiec bodaj a moze juz sierpien, a my jechalismy do Polski pokazac nasze nowe dziecko urodzone w maju tegoz roku, a wiec liczace sobie jakies dwa miesiace, moze trzy, juz tak dokladnie nie pamietam, w kazdym razie byla bardzo malenka. Owsik mial wtedy ze trzy latka, Najstarsza cos ze 7. Samochod zaladowany po sufit, na tylnym siedzeniu same dzieciece foteliki albo lupinki dla niemowlat, Owsik dodatkowo wyposazony w Kotztüte (torebke foliowa do wymiotowania), bo nie bylo jazdy, zeby nie rzygala. Zreszta tak samo jak ja w jej wieku. Dodatkowo bagaznik pelen jakichs gownien z Aldika na prezenty, tanich rajstop, mydelek, plynow do kapieli i innych takich, ktore jeszcze wtedy rodzine i znajomych cieszyly.
Wyprawa miala miejsce jak zwykle w nocy, zeby pasazerki z tylu jak najwiecej czasu spedzily na spaniu, a nie na marudzeniu, kiedy dojedziemy i takie tam, rodzice znajo. Przypominam, ze przed soba mieliemy przekraczanie dwoch granic, z odpowiednio dlugim czekaniem na kazdej, a potem zwykla szosa, miedzy innymi przez srodek miasta Poznania, bo nie bylo ani obwodnic, ani zadnych autostrad, nawet w planie. Czyli wyprawa jak na ksiezyc. Trzeba wiec bylo zadbac o aprowizacje. Dla nas i Najstarszej byly kanapki, Owsik mial zakaz jedzenia, napakowany byl jakimis aviomarinami, a dla Najmlodszej byla butelka, bo pokarmu niestety nie mialam. Zrobilam kardynalny blad, bo zamiast cieplej wody w termosie i odmierzonej porcji proszku mlecznego w butelce, przygotowalam gotowa do spozycia mieszanke. Na szczescie Najmlodsza przesypiala juz prawie cala noc, wiec nie trzeba bylo karmic jej po drodze, za to rano, kiedy sie obudzila, zaczela glosno domagac sie jedzenia. Zatrzymalismy sie wiec w jakims lasku celem nakarmienia rozwrzeszczanego niemowlaka. Bylo tak ok. 5.00 rano. Powysiadalismy rozprostowac nogi, napic sie kawy i czegostam dla dzieci, a ja wyjelam gotowa mieszanke, zeby zatkac wrzeszczaca paszcze. Kiedy jednak otworzylam butelke, zeby przelozyc smoczek, siknal z niej w niebo strumien zwarzonego mleka o zapachu wymiocin. No i klops na wiankach! Dziecko wrzeszczy glodne, do Lodzi mamy jeszcze jakies 100 km, czyli jazdy na co najmniej 2 godziny, a dzieciak az sie zanosi. Co z tego, ze mialam proszek mleczny, skoro nie mialam przegotowanej wody ani mozliwosci jej przygotowania.
Najblizszym miasteczkiem byl Turek i tam postanowilismy poprosic kogos o pomoc. Zatrzymalismy sie przy pierwszej z brzegu chacie i, stojac grzecznie przed furtka, bo obejscia pilnowal rozjazgotamy Azorek, czekalismy az ktos sie zlituje i otworzy. Wyszla w koncu do nas gospodyni i kiedy uslyszala, czego nam potrzeba, natychmiast zaprosila nas do domu i biegiem nie tylko gotowala wode, ale tez ja dla nas studzila. Wszystkim starszym zrobila herbate i nawet chciala robic sniadanie, ale mielismy przeciez wlasne kanapki. W koncu zatkalismy wrzeszczaca od godziny paszcze Najmlodszej i nastala bloga cisza. Co za ulga! Maz naznosil jej z bagaznika cale narecza tych prezentow. Najpierw nie chciala w ogole nic przyjac, ale widac bylo, ze sie ucieszyla. W Polsce byl wtedy jeszcze lekki kryzys, a takie Aldikowe bzdurki chodzily za zagraniczne dobra, wiec obdarowni naprawde sie z nich cieszyli. My nie moglismy sie dosyc nadziekowac za serdecznosc i bezinteresownosc tej kobiety, ktora ugoscila nas, obcych w koncu ludzi, po krolewsku.
Pokrzepieni goraca herbata, ze spiacym spokojnie najedzonym dzieckiem, udalismy sie w dalsza droge.






wtorek, 29 maja 2018

O dziadku inaczej cz.2

Chyba poczatek lat 60-tych
Wrocil jednak, chyba dopiero w 1946 roku, o ile mnie pamiec nie myli. Niewiele mowil, a jeszcze mniej tlumaczyl powody swojego spoznienia. Na szczescie babcia miala ogromne wsparcie w rodzinie, ktora pozwolila przetrwac jej wojne i nielatwe czasy po wyzwoleniu. Niedlugo jednak trwala sielanka po powrocie meza marnotrawnego. Ktoregos dnia wczesnym switem zadzwonilo do drzwi dwoch smutnych panow w skorzanych plaszczach i bez slowa zabrali dziadka z domu. W tamtych czasach moglo to znaczyc wszystko, zarowno krotkotrwale przesluchanie, jak i babci przedwczesne wdowienstwo. Szpiegow i wywrotowcow weszono wszedzie, a to, ze ktos powrocil z zachodniego frontu dlugo po zakonczeniu dzialan wojennych, bylo nad wyraz podejrzane, mogl przeciez w tym czasie przejsc przeszkolenie szpiegowskie. A prawda byla wyjatkowo przyziemna, dziadek znalazl sobie jakas Meggy czy inna Sue, ktorej zaimponowalo zainteresowanie ze strony bohatera wojennego. Tyle tylko, ze Brytyjczycy nie rozpieszczali ani wlasnych, ani tym bardziej
1966 jubileusz szkoly w Lodzi, w srodku Marian Spychalski, marszalek
cudzoziemskich bohaterow. Pieniadze dosc szybko topnialy, a polski oficer niewielkie mial szanse na znalezienie pracy na wyspach. Meggy stracila zainteresowanie, a dziadek nagle przypomnial sobie, ze ma w Polsce rodzine, wiec rad nie rad, udal sie w droge powrotna. Ze znanymi Wam kuframi.
Mial szczescie, ze przezyl ten stalinowski areszt i skonczylo sie tylko na zdegradowaniu i wyrzuceniu z wojska. Trzeba bylo znalezc inna robote, zeby jakos wyzywic rodzine. Jego plomienny romans w Szkocji wysypal sie calkiem przypadkowo. Dziadek mial mianowicie odlozone w banku pieniadze, niemala na tamte czasy sume 700 funtow. Kiedy wiec wylecial z woja, napisal do tegoz banku zlecenie wyplaty, bo byla to suma, za ktora mogl zyc w Polsce przez dluzszy czas. Tymczasem bank odpowiedzial, ze przeciez dziadek wlasnorecznie udzielil tejze Meggy czy Sue pelnomocnictwa i panienka skrzetnie z niego skorzystala. Coz, zapomnial odwolac.
Z kapelanem spadochroniarzy
Dziadek byl przez kilka lat urzednikiem w jakims banku i dopiero w czasach Gomolki zostal zrehabilitowany i przywrocony do wojska. Najpierw trafil do Orzysza, gdzie w 1957 roku sformowano 16 Batalion Powietrzno-Desantowy, a dziadek zostal jego dowodca. W 1960 roku zostal przeniesiony do Krakowa, w 1963 do Warszawy.
Dziadka pamietam jako zawsze dalekiego, wynioslego, surowego i bardzo dokuczajacego babci. Kiedy jeszcze zyli pradziadkowie, troche sie hamowal, pozniej szedl na calosc. Kiedy cos mu nie podchodzilo, obrazal sie i nie rozmawial z babcia miesiacami. Dla mnie miewal wiecej litosci, milczenie ograniczalo sie do kilku dni, ale laskawie przyjmowal moje przeprosiny, bo to ja zawsze musialam przepraszac. Byl bardzo despotyczny, wszyscy wokol musieli chodzic na paluszkach i mocno glowkowac, by nie obrazic majestatu. Nawet jesli ktos z gosci narazil sie dziadkowi, i tak wszystko pozniej skupialo sie na babci. Ktos musial byc winny i ktos musiac poniesc zasluzona kare. To byl naprawde bardzo trudny we
Podczas jakiejs uroczystosci. Babcia stoi czwarta z prawej, w bialym kapeluszu
wspolzyciu osobnik, wiec nie dziwota, ze kiedy zmarl, wszyscy odetchneli, a babcia wreszcie mogla zaczac zyc normalnie.
Dziadek zawsze podkreslal, ze nie tylko dlatego nie awansowal wyzej i do konca zycia pozostal pulkownikiem, ze  nie nalezal do partii, ale ze otwarcie przyznawal sie do wiary, co w tamtych czasach bylo zle widziane. Ja jednak sadze, ze powod byl inny i ze to jego charakter zawazyl.
Pod koniec zycia uczestniczyl z babcia w wojskowym pogrzebie jakiegos swojego kolegi i wtedy powiedzial jej, ze jego z pewnoscia tak nie pochowaja, bo jest juz emerytem. Tymczasem zaraz po smierci dziadka u babci pojawili sie dwaj pulkownicy i postawili do jej dyspozycji w sprawie pogrzebu. Miala do wyboru pogrzeb swiecki ze wszystkimi honorami, salwa albo katolicki, ale bez udzialu wojska. Kwatere na cmentarzu powazkowskim zalatwili bez wzgledu na decyzje babci. Wtedy przypomniala sobie o dziadkowych tesknotach i poprosila o wyprawienie mu pogrzebu wojskowego.
Dziadkowe powojenne ekscesy rzucily sie cieniem na zycie mojego ojca. Podczas studiow zapisal sie do aeroklubu, przemilczajac rzecz jasna grzechy ojca, bo to uniemozliwiloby mu oddanie sie pasji szybownictwa. Niestety zupa sie wylala, tato zostal wyrzucony z aeroklubu i grozila mu nawet relegacja ze studiow. Tylko dlatego, ze jego ojciec wrocil za pozno do Polski. Jakos dalo sie jednak te sprawe zalatwic i ojciec mogl dalej studiowac.
Tak patrze na zimno na te wszystkie zdjecia i dochodze do wniosku, ze on nawet nie byl przystojny, a te jego zacietosc widac wyraznie na kazdym zdjeciu. Co babcia w nim widziala?
Na poczatku zycia rodzice i dziadkowie sa dla nas calym swiatem, dziecko odbiera ich jako najpiekniejszych, najmadrzejszych i w ogole naj. Z uplywem czasu patrzy sie na nich inaczej, zauwaza wady, ale jeszcze gloryfikuje. No bo przeciez "matka jest tylko jedna", a dziadkow wprawdzie ma sie dwoch, no ale to dzieki nim jestesmy na tym swiecie, a z drugiej strony inni czlonkowie rodziny najczesciej tez milcza i kaza szanowac seniorow. Przybywajace krzyzyki i poznawanie rodzinnych tajemnic kaza nam weryfikowac rodzinne legendy, ktore czasem z hukiem spadaja z piedestalow.








poniedziałek, 28 maja 2018

O dziadku inaczej cz.1

Zdjecie daleko przedwojenne.
Troche juz o dziadku pisalam, TUTAJ na przyklad o tym, co pamietalam z jego kariery wojskowej, o czynach mniej lub bardziej bohaterskich, bo bez wzgledu na to, jakim byl czlowiekiem, zaslug wojennych nie mozna mu odmowic. Troche tez pisalam o nim TUTAJ i TUTAJ w zwiazku z historia przywiezionych przez niego po wojnie kufrow.
Dzisiaj bedzie inaczej, bardziej krytycznie, z punktu widzenia mnie jako doroslego czlowieka. Kiedy bylam mala, byl dla mnie jedynie dziadkiem, ale daleko mu bylo do wyidealizowanego obrazu cieplego i kochajacego bezwarunkowo dziadka. Dzisiaj mam wrazenie, ze on mnie jedynie tolerowal, bo czy kochal, to mam watpliwosci. Czy z jego dosc narcystycznym charakterem w ogole kochal kogokolwiek? Chyba nie. Ozenil sie, bo tak wypadalo, ale patrzac z perspektywy, sprawil babci piekielko w zyciu. Zaimponowal jej swoim oficerskim obyciem, manierami i umiejetnosciami, ale wtedy jedynym czlowiekiem, ktory poznal sie na nim, byl pradziadek Marcin. Bowiem mimo skonczonej
1948, po powrocie ze Szkocji, wyrzucony z wojska
przedwojennej szkoly oficerskiej, gladkich manier i aparycji, byl lekkoduchem i golodupcem. Pradziadek postawil wiec twarde warunki, kiedy dziadek prosil o reke jego corki i kazal sporzadzic u rejenta intercyze przedslubna. Jakby czul, ze to malzenstwo moze nie przetrwac, chcial jakos zabezpieczyc corke przed utrata posagowego majatku. Mialam okazje przeczytac te intercyze, pozniej gdzies sie zagubila. Napisana byla w typowym pompatycznym tonie, ze Leokadia z domu L. wnosi do malzenstwa co nastepuje i tu wymienione bylo doslownie wszystko, poczawszy od sypialni z takiego-to-a-takiego drewna, w sklad ktorej wchodzily loze podwojne, szafa, toaletka i cos-tam-jeszcze, umeblowania pokoju stolowego z jakiegos tam czarnego debu w skladzie..., salonu w skladzie... (wszystko dokladnie wyszczegolnione) oraz futer z takich-to-a-takich zwierzat, bizuterii w skladzie... - wszystko na taka
Schylek lat 50-tych, przywrocony do wojska i zrehabilitowany
nute. Dzisiaj podobnie sformulowane intercyzy smiesza, ale wtedy brano je bardzo powaznie. Pradziadek Marcin odetchnal wiec z ulga, majac czarno na bialym materialne zabezpieczenie corki. Na nic to sie zdalo w efekcie, bo kiedy babcia wiala przed ruskimi z przygranicznego garnizonu w Wilejce, gdzie spedzila z rodzina kilka lat przed wojna, a gdzie dziadek byl dowodca Korpusu Ochrony Pogranicza, nie bylo czasu na pakowanie dobytku. Zostawila tam wszystko, biorac na droge jedynie bizuterie, dokumenty i cenniejsze drobne przedmioty.
Po wojnie daremnie czekala na swojego bohaterskiego, choc wiarolomnego meza, choc o tym, ze byl wiarolomny, dowiedziala sie znacznie pozniej.

cdn...







poniedziałek, 21 maja 2018

Urywki wspomnien.

Ja nawet nie wiem, w jakim wieku zaczyna sie pamietac wlasne zycie tak na dobre. To, co kolacze mi sie w osrodku pamieci, to raczej zamglone strzepki, nic szczegolnie konkretnego. Pamietam np. rozklad mieszkania dziadkow w Krakowie, a przeciez pomieszkiwalam tam majac okolo trzech lat. Pamietam nawet ustawienie pewnych mebli, nie wszystkich, ale niektorych. Wiecej wiem z opowiadan babci albo rodzicow, ale przeciez nie opowiadali mi nigdy, jak mieszkanie wygladalo, wiec to musza byc moje wlasne wspomnienia.

Po prawej prababcia Tekla, po lewej jej corka a moja babcia Leokadia, z tylu mama, w srodku ja

Z babcia mieszkali jej rodzice, moi pradziadkowie, Marcin i Tekla. Pradziadek byl postawnym mezczyzna i byl lysy jak kolano. Prababcia miala siwe wlosy i codzien plotla warkocz, ktory owijala wokol glowy w tzw. korone. Jak kazda kobieta w tamtych czasach, umiala wszystko z zakresu prac domowych. Szyla dla mojej lalki Balbiny piekne stroje, uszyla tez posciel do jej wozka. Wszystko bylo takie dopracowane, z koronkami, falbankami. Nie pamietam juz, ale chyba szyla recznie, bo babcia przeciez nie miala maszyny. Marcin zas mi spiewal, a mnie pozostaly w pamieci fragmenty piosenki na melodie poloneza Oginskiego Pozegnanie ojczyzny. Musial bardzo lubic te piosenke i spiewac ja na tyle czesto, ze te urywki wryly mi sie w pamiec i nawet dzisiaj wychodza z zakamarkow, choc nie w calosci. Tak to jakos szlo: Raz, pamietam, na Marcina zebrala sie gosci chmara, gospodarz nie szczedzil wina, az ze lbow buchala para. Tu mam luke w pamieci, wiem tylko, ze goscie pojechali do kosciola, gdzie najpijanszy byl pan Michal, kosciol z nim sie wkolo krecil, bil sie w piersi, mocno wzdychal, az nosem lawki dotykal. I juz zupelnie nic wiecej, a piosenka byla dluzsza. Probowalam szukac po internetach, ale nie udalo mi sie niczego znalezc, pewnie ta piosenka byla czyjegos domoroslego autorstwa, kogos z otoczenia pradziadkow.

Po lewej pradziadek Marcin, jego ziec a moj dziadek Waclaw trzyma mnie na kolanach, z tylu tato

Z warszawskiego zycia juz calkiem dobrze pamietam pierwsze mieszkanie dziadkow przy Grojeckiej, gdzie przeprowadzili sie jeszcze z pradziadkami, kiedy dziadka wojsko wezwalo do stolicy. Smierci pradziadka nie pamietam, choc zmarl w domu. Wiem ze slyszenia, ze wciaz wlazilam do pokoju, gdzie lezal, probowalam otwierac mu oczy i prosilam, zeby wstal i mi zaspiewal. Nie mogli mnie stamtad przegonic. Mialam cztery lata.
Dwa lata pozniej zmarla w szpitalu prababcia, a ja dobrze pamietam telefon ze szpitala, ktory zwiastowal te tragiczna wiadomosc. Wtedy juz zdawalam sobie sprawe, ze smierc jest nieodwolalna i wiem, ze bardzo plakalam, ale na pogrzeb nie pozwolono mi pojsc, zostalam u kogos.
Pamietam, ze czesto stalysmy z prababcia w oknie albo na balkonie i ogladalysmy ruch uliczny, malowniczy zwlaszcza po zmroku. Na samochodowe swiatelka Tekla mowila kocie oczka i znow ten zwrot bardzo utkwil mi w pamieci.
Nie moge sobie przypomniec, czy rodzice zabrali mnie z powrotem do Lodzi jeszcze z Grojeckiej, bo ulecialo mi, w jakim miesiacu dziadkowie przeprowadzili sie na Pulawska, ale to byl ostatni rok, kiedy mieszkalam u babci, pozniej juz tylko do niej jezdzilam podczas ferii i wakacji. To byl rok 1963.
Skad mi sie wziely takie tematy? Anabell mnie natchnela wlasnym postem, przeczytalam go, obudzily sie moje demony wspomnieniowe i tak od reki machnelam ten poscik.





czwartek, 8 lutego 2018

Jak przygoda to tylko...

Do napisania tego posta zainspirowala mnie Anabell swoim postem o Warszawie. Ja tez mialam niewielki warszawski epizod i dopoki babcia tam mieszkaka, bywalam u niej czesto, kiedy tylko mialam wolny czas. To byly lata 60-te do 80-tych. Dziadek zostal przeniesiony sluzbowo z Krakowa do Warszawy w 1960 (chyba) roku, gdzie dostal mieszkanie na ul. Grojeckiej przy (wtedy) Wery
Kostrzewy, o ile dobrze pamietam,  a obecnie Bitwy Warszawskiej 1920. Bylo to duze mieszkanie, bo z dziadkami mieszkali jeszcze rodzice babci. Sporo juz stamtad pamietam, a najbardziej to, ze tam praktycznie konczyla sie Warszawa, z balkonu widac bylo bezkresne pola. Kiedy kilka lat temu jechalam tamtedy, prawie nie poznalam tego miejsca, miasto ciagnie sie dalej kilometrami.
Po smierci pradziadkow dziadkowie przeniesli sie do mniejszego mieszkania, za to o znacznie lepszym standarcie i w lepszej dzielnicy, bo na ulicy
Pulawskiej, z widokiem na kino Moskwa i pieknie utrzymany skwer obok. Na zdjeciu widac nawet okna babci. Stamtad mam znacznie wyrazniejsze wspomnienia, nie tylko dlatego, ze bylam starsza, ale tam bywalam do czasu wyjazdu do Niemiec, tam spedzilam ostatnia noc w Polsce, pozniej lotnisko i bye Poland.
Tamte okolice zdazylam dosc dobrze poznac, bardzo czesto chodzilam do Lazienek, ktore pokochalam miloscia bezwarunkowa. Zakupy robilysmy najczesciej w Supersamie i na ryneczku na Polnej. No i obowiazkowo Zielona Budka, ktora byla po drodze, wiec grzechem byloby mijac ja, niczego nie kupujac. Do dzisiaj pamietam ten niepowtarzalny smak lodow, ktore tam wtedy sprzedawano. Kiedy podroslam, zaczelam sobie jezdzic sama do miasta, do Domow Towarowych na scianie wschodniej albo u prywaciarzy na Rutkowskiego (dzisiaj chyba Chmielna?).
Kiedy bylam juz w Niemczech, zaczeto rujnowac moja Warszawe, kino Moskwa zrownano z ziemia, a na tym miejscu postawiono jakis horror, ktory kompletnie zaslonil widok z okien.Tak to teraz wyglada i moim zdaniem jest paskudne.  Supersam tez mi rozwalili, jak wiekszosc tzw. reliktow nieslusznego ustroju. Niech ich szlag! Do kompletu brakuje jeszcze zburzenia Palacu Kultury, na co te msciwe gady juz sobie ostrza pazury.
Kiedy bylam mala, babcia czesto zabierala mnie na ruchome schody przy trasie W-Z, to byla wtedy dla mnie ogromna atrakcja, pierwsze ruchome schody w zyciu! Czesto bywalysmy na Starym Miescie, wtedy jeszcze Zamek Krolewski skladal sie z jednej ocalalej sciany, pozniej dopiero zaczela sie odbudowa. Cala Polska skladala sie na odbudowe zamku, zbieralismy jakies drobniaki w szkole i z duma wysylalismy te cegielki.
Pamietam moj zachwyt MDM-em, dzisiaj mam inny gust, ale wtedy bylam oczarowana tym miejscem, rzezbami na domach, kandelabrami i calym tym socrealistycznym wygladem.
Lubilam tamta Warszawe, zawsze bardzo chetnie odwiedzalam to miasto. Ostatni raz bylam w Warszawie jakos na poczatku lat 2000 i przerazil mnie ten moloch, nic nie pozostalo z tamtej atmosfery, jest glosno, tloczno, arogancko. Niby wielka nowoczesna metropolia, ale tamta byla fajniejsza, taka bardziej moja.






czwartek, 4 stycznia 2018

Prawo jazdy i jezdzenie.

Czesto sie zdarza, ze w malzenstwach najpierw to on ma prawo jazdy i w pelni rzadzi skarbem, jakim w niektorych rodzinach bywa samochod. Pozniej laskawca, zmeczony niepiciem na wszystkich imprezach, decyduje, ze polowica tez powinna miec, to bedzie go odwozic do domu, kiedy zdarzy mu sie byc pod wplywem. Ale tylko to, bo poza tym to baby nie umieja ani jezdzic, ani tym bardziej parkowac, wiec jeszcze by zniszczyly te drogocennosc.
Taki byl moj tato, wprawdzie odstawal od standartu, bo nie pil, a jesli szli gdzies na przyjecie, to nie bral samochodu, ale tez nie byl wyrywny dawac mamie jezdzic samej. Inna rzecz, ze i ona nie rwala sie do kierownicy i z trudem dawala sie namowic ojcu, zeby poprowadzic kilkanascie kilometrow gdzies za miastem. A wszystko to za sprawa wypadku, jaki spowodowala na dzien przed egzaminem na prawko. Wiejska droga, nawet nie asfaltowka i jedno jedyne drzewo w promieniu dziesiatek kilometrow, a mama jak po nitce wali w to drzewo Syrenka, kupiona na raty i nie splacona. Wali rowniez twarza w kierownice (pasow wtedy nie bylo) i z siniakami idzie nastepnego dnia na egzamin, ktory zdaje bez problemu. Nigdy przenigdy nie wsiadla do auta sama, zawsze wozil ja tato i czasem dawal poprowadzic gdzies na bocznych drogach.
Ja zrobilam prawko majac 16 lat, ale moglam zapomniec o samochodzie, czasem wolno mi bylo poprowadzic przy nim, czego nie znosilam, bo sie na mnie wydzieral, ze niszcze samochod, bo w pore biegu nie zmienilam i takie tam. Po osmiu latach mialam malucha, ale nie bardzo umialam jezdzic, bo zrobienie prawa jazdy to tylko licencja do dalszej samodzielnej juz nauki jazdy i zdobywania doswiadczen. A ja przez ten czas nie zdobywalam zadnej nowej wiedzy, musialam wiec jakos ja odswiezyc i nabrac pewnosci w ruchu drogowym. Pomogl mi znajomy, uzyczajac swojego maluszka i jezdzac ze mna po miescie. Pozniej dopiero przesiadlam sie do wlasnego.
Bylam w tej komfortowej sytuacji, ze to ja wnioslam samochod do malzenstwa, wiec nawet, gdyby moj slubny mial mentalnosc mojego ojca, moglby mi tylko naskoczyc. Ale nie mial na szczescie. Nie mial tez w tamtym czasie prawa jazdy, bo jak normalnie nie pije, tak raz sie napil i zaraz go zlapali, wiec prawko przepadlo i musial robic od nowa. Bylam wiec nie tylko posiadaczka autka, ale i jedynym kierowca w rodzinie, co zalatwilo sprawe na zawsze. Jezdzimy na zmiane, chociaz jesli razem, to prawie zawsze on prowadzi, bo ja nie lubie kierowac. A kiedy zdarza mi sie siedziec za kolkiem, nigdy nie slysze zadnych uwag od niego. To raczej ja czesto gdacze, kiedy on prowadzi.





poniedziałek, 16 października 2017

Gladbeck 1988.

 Kliknij, a potem przeczytaj =>

W sierpniu 1988 roku przyjechalam do Niemiec odwiedzic wlasnego chlopa. Rodzice byli tak dobrzy, ze przez ten miesiac zajeli sie dwiema bestiami i psem, zebym mogla sobie odpoczac. No to odpoczywalam, korzystajac z danego mi wolnego od codziennych obowiazkow, napawalam sie byciem we dwoje po ponad rocznej nieobecnosci chlopa w domu oraz rozgladalam sie wokol po kraju, do ktorego mialam docelowo emigrowac.

<= Po lewej trasa ucieczki bandytow-porywaczy (Zrodlo Wikipedia)
Gdzies tak w polowie pobytu, a dokladnie 16 sierpnia Niemcami wstrzasnal napad na bank w
Gladbeck. Dwoch uzbrojonych bandziorow wzielo zakladnikow, byly ofiary smiertelne. Przez dwa dni bandyci trzymali w stanie gotowosci cala niemiecka policje, przemieszczajac sie nie tylko po terenie Niemiec, ale rowniez zahaczajac o Holandie, a po drodze udzielajac wywiadow goniacym za sensacja dziennikarzom. Sprawcami byli dwaj absolwenci szkoly specjalnej, 31-letni Rösner (w tym czasie na ucieczce z wiezienia, gdzie przesiedzial 11 lat) i 32-letni Degowski (nie Polak, choc nazwisko wskazywaloby na polskie korzenie).
Ktos widzial napad, zawiadomil policje, wiec bandyci, po zrabowaniu 120 tys. marek,  wzieli jako zakladnikow dwoch pracownikow banku. Zazadali samochodu do ucieczki i okupu. Godzinami trwaly negocjacje, wreszcie bandyci otrzymali to, czego chcieli, samochod i 300 tys. marek. Odjechali z miejsca napadu, sledzeni przez policje za pomoca  nadajnika umieszczonego w aucie. Mezczyzni zmieniali samochody podczas ucieczki kilka razy i zanim opuscili Gladbeck, do auta dosiadla sie dziewczyna Rösnera, Löblich (tez zreszta kolezanka ze szkoly specjalnej).
W Bremen, kiedy policja zbyt blisko zaczela im deptac po pietach, bandyci porwali miejski autobus
Rösner w porwanym autobusie
wraz z 32 pasazerami. Zanim odjechali autobusem, wypuscili 5 osob, a pozniej wymienili pracownikow banku na dwoch dziennikarzy. Na Raststätte Grundbergsee Löblich zostala zatrzymana przez policje, co obu mezczyzn wprawilo we wscieklosc, postawili wiec ultimatum i zagrozili zabijaniem co 5 minut jednego zakladnika, jesli policja jej nie wypusci. Jednak ta byla juz w drodze radiowozem i zanim policja wszystko odkrecila i pozwolila Löblich wrocic do autobusu, uplynelo pierwsze 5 minut i 15-letni Wloch stracil zycie.
Autobus z cala zawartoscia udal sie w strone Holandii. Podczas poscigu doszlo do kolizji busa z radiowozem, podczas ktorej zginal mlody policjant. Holenderska policja wynegocjowala wypuszczenie dwoch kobiet i trojga dzieci, zanim oddala bandytom do dyspozycji nowy samochod do dalszej jazdy. Podczas przesiadki Löblich zostala ranna, ale w dalsza droge udali sie wszyscy troje, z dwiema pasazerkami autobusu jako zakladniczkami.
Degowski i Bischoff
Skierowali sie do Kolonii, gdzie przedarli sie do nich zadni sensacji dziennikarze i gdzie powstalo to zdjecie, pokazywane w mediach setki tysiecy razy. Jest na nim Degowski trzymajacy na muszce Silke Bischoff, jedna z zakladniczek i udzielajacy wywiadu dziennikarzom.
Bandyci pojechali dalej w strone Bad Honnefer, jednak  na A3 policja postanowila dzialac. Wjechali pancernym autem w samochod porywaczy, wywiazala sie strzelanina, w ktorej zginela 18-letnia Silke. Druga zakladniczka wyskoczyla z auta i uratowala zycie. Cala trojka przestepcow zostala aresztowana.
O ile akcja napadu, wziecia zakladnikow i objezdzania z nimi roznych miejscowosci trwala tylko dwa dni, do konca mojego pobytu media huczaly i nie przestawaly analizowac jej przebiegu, a takze krytykowac dzialan policji, bo trzy ofiary smiertelne to o trzy za duzo.
Rösner na rozprawie w 2009, kiedy znaleziono u niego narkotyki

W marcu 1991 roku zapadl wyrok: dla Löblich 9 lat odsiadki za wspoludzial, a dla obydwu mezczyzn dozywocie, z tym ze dla Rösnera dodatkowo, jako dla ciezkiego przestepcy, specjalna izolacje. Bo dozywocie w Niemczech jest tylko z nazwy i skazani w koncu wychodza na wolnosc, stad dla szczegolnie niebezpiecznych przestepcow stosuje sie powyrokowa izolacje, czyli doslowne dozywocie. Rösner zdaje sobie z tego sprawe, nie chce brac udzialu w wieziennej terapii, nie sklada tez podan o wczesniejsze zwolnienie. Degowski odwrotnie, juz od 2009 roku ponawia prosby o ulaskawienie, a ostatnie ekspertyzy zdaja sie zblizac go ku wolnosci.
Degowski na przepustce
Skad u mnie nagle powrot do tamtych dni? Sad Landowy Arnsberg  11.10. zadecydowal o zakonczeniu kary wiezienia dla Degowskiego po blisko 30 latach odsiadki. Ma dostac on nowa tozsamosc i w wieku 60 lat probowac rozpoczac nowe zycie. Z poczatku bedzie podlegal programowi dla uwolnionych dlugotrwalych wiezniow i pozostanie w scislym kontakcie z kuratorem.
Na razie jednak decyzja sadu nie jest prawomocna.


Wszystkie zdjecia z internetu.




wtorek, 19 września 2017

Wszyscy odchodza...

Kiedy wprowadzilismy sie do tego mieszkania w 2009 roku, na pierwszym pietrze mieszkali jeszcze bardzo sympatyczni panstwo, starsi od nas, rowniez z Polski, a konkretnie z Wroclawia, pani Wisia i pan Jurek. Mieli bialego kota, juz nawet nie pamietem, jak ta ich kotka miala na imie, bo moj slubny zawsze nazywal ja Potwor, zreszta adekwatnie do jej zachowania i stosunku do nas. Dla niej istnial tylko jej ukochany Jurus, byla jego oczkiem w glowie i calym swiatem, Wisie ledwie tolerowala w mieszkaniu. Jurek juz wtedy bardzo chorowal i jego zona sprawowala nad nim opieke. Ktoregos dnia upadla tak nieszczesliwie, ze bardzo skomplikowanie polamala sobie reke w barku, wiec nie tylko nie mogla pielegnowac Jurka, ale sama wymagala opieki i pomocy w najprostszych czynnosciach. Wtedy bardzo im pomagalismy, przychodzily tez opiekunki srodowiskowe. Pamietam, jak kiedys mylam u nich okna, a Potwor lezal rozwalony na parapecie i ani myslal zejsc, bronil dostepu, syczal na mnie i byl gotow do ataku. Musialam sie bronic i siknelam na nia plynem do szyb, chyba pobila rekord swiata w biegu na te kilkanascie metrow, jakie dzielily ja od szafy, gdzie znalazla azyl.
Wisia, po kilku operacjach, zostala w koncu poskladana na tyle, ze mogla jako tako funkcjonowac, natomiast Jurek z dnia na dzien coraz bardziej podupadal na zdrowiu i ktoregos ranka wpadla do nas zaplakana Wisia, ze wlasnie owdowiala. Zostal jej kot, bo jakos w tym samym czasie jeden z jej synow, ktory od lat mieszkal w Niemczech, zdecydowal sie wrocic z zona do Polski. Ich dzieci zostaly tutaj, ale porozjezdzaly sie na studia do innych miast. Wisia wyprowadzila sie z tego mieszkania, zamieniajac je na mniejsze, ale nadal mieszkala w poblizu i czesto korzystala z naszego auta z kierowca, kiedy trzeba bylo podwiezc Potwora na szczepienie albo przewiezc jej cos ciezszego. Miala tez zryw na powrot do Polski, gdzie zyli obaj jej synowie, ale po czterech miesiacach wrocila (przez ten czas na szczescie trzymala jeszcze mieszkanie) i orzekla, ze tam nie da sie zyc, ze ludzie tak sie pozmieniali, ze na wizyty lekarskie czeka sie za dlugo, ze nic zalatwic nie idzie i ze lepiej tutaj samej, a w okolicznosciach normalnych (to bylo jeszcze przed zalewem tych straumatyzowanych). Niedlugo potem zostal zamordowany jej "polski" syn, a z tym "niemieckim" nie miala specjalnie dobrych relacji, zwlaszcza z jego zona. Zyla wiec sobie spokojnie pod jednym dachem z Potworem, ktory ja w koncu jakos zaakceptowal i pokochal, a dla niej stal sie calym swiatem i najblizsza rodzina.
W ubieglym roku moj slubny byl juz umowiony na jazde na szczepienie, kiedy nagle musielismy sami jechac do Polski w zwiazku ze smiercia ojca, ale Wisia jakos zalatwila sobie, ze wet przyjechal do niej do domu i zaszczepil Potwora. W tym roku, gdzies miesiac temu znow zadzwonila, zeby umowic sie ze slubnym i dluzsza chwile rozmawialysmy. Skarzyla sie, ze Potwor, chyba juz pelnoletni, bardzo podupada na zdrowiu i co ona zrobi, jak przyjdzie co do czego. Pocieszalam jak moglam, ale wiadomo... Kotka zostala zaszczepiona, przy okazji zrobili jej porzadek w paszczy, stracila kolejne zabki, ale po powrocie do domu jadla z wielkim apetytem, bo juz ja w pyszczku nie bolalo i wydawalo sie, ze najgorsze zostalo zazegnane. Tymczasem kilka dni temu znow zadzwonila, bo stan kici mocno sie pogorszyl, krecila sie w kolko, obijala o meble, plakala chyba z bolu. Pojechali ze slubnym do weta, ktory dal jakis zastrzyk, kazal obserwowac, czy sie polepszy, ale przygotowal ja na najgorsze, bo podejrzewal nowotwor, ktory prawdopodobnie zaatakowal mozg. Nastepnego dnia nie pozostalo Wisi nic innego, jak pozwolic kotce godnie odejsc, stan jej byl beznadziejny. Zostala zupelnie sama...
Zadzwonilam do niej, oferujac wszelka pomoc i probujac podtrzymac na duchu, ale sama wiem, jak to jest, kiedy trzeba podjac te najciezsza w zyciu decyzje i pozniej, kiedy wszystko w domu przypomina o nieobecnosci zwierzaka, ktorego nie tylko bardzo sie kochalo, ale ktory byl jedynym towarzyszem, rodzina wlasciwie. Wisia poprosila nas jeszcze, zebysmy wzieli od niej zapas zwirku i kociego jedzenia, ktorego tyle zostalo i szkoda wyrzucac. Wzielismy...



... i polozylismy w pokoju goscinnym, dokad zaraz wtargnely ciekawskie koty i Toyka. O ile jednak Toyka i Bulka poprzestaly na obwachaniu i poszly sobie w swoja strone, tak Miecka zostala przy trofeach na dluzej. Wachala, ogladala i nagle jak nie zacznie prychac, syczec i warczec! Wyczula obcego. Zamknelam pokoj na glucho, bo co ma sie kot niepotrzebnie denerwowac. A zdobyczami podziele sie z corka, bo moje tego nie przejedza. Miecka w ogole nie jada mokrego, a to wszystko to mokra karma, wiec byloby tylko dla Bulki, a jest tam tego jedzenia chyba na dwa miesiace plus koci zwirek, co do ktorego nie jestem pewna, czy moje go zaakceptuja, zwlaszcza Bulka i czy nie zacznie na znak protestu sikac gdzie indziej.






poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Tragedia na jeziorze Gardno.

Przy okazji niedawnej smierci dwoch harcerek z Lodzi podczas niespotykanie gwaltownej nocnej burzy w Suszku, chcialam przypomniec o ogromnej tragedii, jaka wydarzyla sie w lipcu 1948 roku. I tym razem ofiarami byly lodzkie harcerki, tyle ze ofiar bylo znacznie wiecej.
Tego lipcowego dnia harcerki z 15 Lodzkiej Druzyny Harcerskiej, przebywajace na obozie w Gardnie Wielkiej oczekiwala wielka atrakcja, mialy poplynac lodzia na druga strone jeziora Gardno. Dla dziewczynek nie majacych na codzien do czynienia z woda, bylo to wielkie wydarzenie, z trudem mogly doczekac wyplyniecia. Bylo ich za duzo, by zmiescily sie w kutrze i holowanej przez niego lodzi plaskodennej, wiec podzielono je na dwie grupy. Jedna z nich miala plynac do Rowow lodziami, druga droga ladowa na wozach, a wracac mialy odwrotnie.
W grupie, ktora jechala wozami byla miedzy innymi harcerkami 16-letnia druhna Zosia. Wozy ruszyly, a grupa lodkowa czekala z powodu jakichs problemow technicznych. Niestety ktos nie zastanowil sie w pore, jakie niebezpieczenstwo niesie ze soba przeladowanie lodzi, na ktorych bylo maksymalnie miejsca dla 20 osob, a do ktorych scisnieto ponad dwa razy tyle, bo 42 osoby. Byla wsrod nich nauczycielka Eugenia Leszewska i jej dwie bratanice nazywane przez harcerki Muchomorkami z racji noszonych przez nie czerwonych czapeczek w kropki.
Na srodku jeziora jedna z lodzi zaczela przeciekac, zaczeto wiec przenosic pasazerki na te druga, ktora niestety nie wytrzymala przeciazenia i tez sie wywrocila. Wtedy nie zawracano sobie glowy kamizelkami ratunkowymi czy jakimkolwiek innym zabezpieczeniem dla nie umiejacych plywac harcerek, byly to lata powojenne, brakowalo wszystkiego. Rozpetalo sie pieklo i te dzieci, ktore albo plywac umialy, albo jakos trzymaly sie na powierzchni, zostawaly wciagane pod wode przez inne, ktore walczyly o zycie. Mieszkancy okolicznych wsi, glownie rybacy, ruszyli na pomoc tonacym, wyciagali je z wody, ale kto wtedy slyszal o reanimacji. Wiele dzieci mozna bylo tym sposobem wyrwac smierci, nie udalo sie. Wiecej o katastrofie mozna przeczytac TUTAJ.
Zrodlo
Zosia i inne dziewczynki, ktore jechaly na wozach, byly w ciezkim szoku. Jakos zawiadomiono rodzicow, ale bez szczegolow, ktore dzieci nie zyja, a ktore ocalaly. Matka Zosi i zapewne wiele innych matek odchodzily od zmyslow, zanim nie upewnily sie, ze ich dzieci pozostaly przy zyciu.
Nie bylo psychologow na zawolanie, panowal ogolny chaos i niewyobrazalna zaloba. Niedlugo pozniej odbyl sie wspolny pogrzeb wiekszosci zmarlych harcerek. Spoczywaja jedna obok drugiej na Starym Cmentarzu w Lodzi. Juz jako dziecko czesto chodzilam z mama na ich groby i z pierwszej reki sluchalam o tej niewyobrazalnej tragedii. Bo druhna Zosia to nikt inny jak moja mama.
Miala naprawde wielkie szczescie, ze trafila do tej wozowej grupy, w przeciwnym razie z pewnoscia bym sie nie urodzila...

Dziennik Lodzki z 1948 roku

Wszystkie zdjecia mozna powiekszyc kliknieciem.





piątek, 18 sierpnia 2017

Krepdeszyny i milanezy.

Jako dziecko lubilam sluchac wspomnien mojej chrzestnej matki, siostry mojej babci, z ktora przez dluzszy czas dzielilismy mieszkanie. Jej ojciec, a moj pradziadek,  byl na tyle zamozny, ze stac go bylo na finansowanie szkol dla wszystkich corek i syna. Ciocia opowiadala, ze do matury nie wolno bylo dziewczetom sie malowac i ubierac jak dorosla kobieta, byly mundurki codzienne, galowe, letnie i zimowe, bawelniane ponczochy w prazki, beretka na warkoczykach i nic wiecej. Dopiero po maturze odbywalo sie uroczyste wkraczanie w doroslosc. I o tym chcialam wlasnie napisac.
Panna byla obkupywana przez matke w "dorosla" bielizne (ciocia mowila na to kombinacja, nie wiedziec czemu) z... i tu zaczelo sie wymienianie cudacznych nazw przeroznych materialow, nazw uzywanych jeszcze przez starsze pokolenie, a mnie zupelnie nieznanych. Jakies szermezy 1), milanezy 2), gaza 3) (co mnie natychmiast skojarzylo sie ze srodkiem opatrunkowym i zrozumiec nie moglam, jak mozna bylo to nosic). Mloda dama dostawala gazowe ponczochy, a ja, wtedy kilkuletnia, zastanawialam sie, jakim to gazem te nogi byly otulone. Pelnoletnia panna wyposazana byla w nowe sukienki, na codzien, na wyjscie, na rozne rodzaje przyjec (tu tez nazewnictwo powalalo, nie sposob bylo spamietac), rauty, fajwy, kolacje i co tam jeszcze, a kazde wymagalo innego dreskodu. Do tego kapelusze i dziesiatki rekawiczek z giemzowej 4) skory, szylkretowe 5) grzebienie do wlosow, jakies fiszbiny 6) w gorsetach - slowem nazwy, jakich nawet nie wypadalo uzywac w przasnej rzeczywostosci tamtych czasow. Ukoronowaniem byly suknie na wielkie przyjecia i bale, przybierane egretami 7), strasami 8), pawimi czy strusimi piorami. I znow ciocia rzucala nazwami materialow, o ktorych nigdy nie slyszalam, tafta, krepa, muslin, organdyna, tiul, ryps, lama i mora. Do tego oczywiscie komplet bizuterii, w tym koniecznie perly. A na codzienne ubrania jakies krepdeszyny 9), gabardyny, adrie, popeliny - kto dzisiaj uzywa takich nazw? No i koniecznie futro.
Moze cos pominelam, gdyby Wam sie przypomnialo...

Podreczny slowniczek:
1) szermeza - cienka miekka tkanina jedwabna
2) milanez - gesta elastyczna dzianina jedwabna
3) gaza - cieniutka tkanina bawelniana, ale gazowe ponczochy byly z perlonu
4) giemza - kozia skorka
5) szylkret - material z rogowych plytek zolwia
6) fiszbiny - plyty rogowe z podniebienia wieloryba
7) egreta - pek pior lub imitacja pior czapli bialej
8) stras - syntetyczna imitacja diamentu
9) krepdeszyn - chinska krepa





środa, 5 lipca 2017

Ciag dalszy.

Pamietacie moje DWA KUFRY, ktorych historie spisalam na prosbe Gosianki? Spisalam jak umialam,  ile zapamietalam i ile podpowiedziala mi mama. Osoby, do ktorej one nalezaly, czyli mojego dziadka, juz dawno nie ma wsrod zywych, zmarl w 1975 roku.
Dzisiaj siedze i zachodze w glowe, dlaczego wtedy, kiedy dziadek zyl i mialam go na wyciagniecie reki, nie wypytywalam o rzeczy, ktore dzisiaj tak bardzo mnie interesuja. Czlowiek mlody byl i nie zdawal sobie sprawy, jak bardzo ulotne jest zycie i jak szybko moze sie skonczyc. Ma sie wrazenie, ze na wszystko jeszcze jest czas, ze zdazy sie zapytac w innym terminie, kiedys... Kiedy jest sie mlodym, wydaje sie, ze bliscy beda zyc wiecznie, a ich wspomnienia jawia sie wtedy jak jakies malo wazne gledzenie. Mysli sie o czyms zupelnie innym, nie ma sie czasu ani ochoty usiasc i posluchac, moze nawet spisac, bo wlasna pamiec tez bywa zawodna.
Nauczona doswiadczeniem, kiedy bylam u rodzicow, gdy tato jeszcze zyl, wypytywalam go o wszystko, co mi sie tylko przypomnialo. Wtedy tez dowiedzialam sie ciekawej rodzinnej tajemnicy. Pytalam tate, kim byli rodzice jego ojca, a mojego dziadka (tego od kufrow) i dowiedzialam sie, ze ojciec dziadka popelnil samobojstwo, bo zostal oszukany na dosc pokazne pieniadze. Osoba, ktora pozyczyla od niego duza sume, a potem nie tylko "zapomniala" oddac, ale czynila dziwne zwody, byl nie kto inny jak Reymont. Nie moglam uwierzyc. TEN Reymont? Tak, ten sam. Caly ten kant kosztowal pradziadka zycie, a ja stracilam dotychczasowy zachwyt nad tworczoscia Reymonta. Dzisiaj wydaje sie nam, ze tamtejsi tworcy byli postaciami pozbawionymi ludzkich wad,  bez mala posagowymi (posongowymi), a przeciez nie brakowalo wsrod nich alkoholikow, narkomanow, oszustow, demonow seksu czy innych zboczencow. W koncu i moj dziadek tez nie byl tak krysztalowy, jak mi sie wydawalo, kiedy bylam dzieckiem. Kazdy z nas ma jakies wady czy odpaly.
Dzis wiem, ze tych pytan powinno byc wiecej, miedzy innymi na przyklad o te kufry. Ja moglabym Wam przekazac szersze spojrzenie na temat ich historii. Tyle, ze o nich zapomnialam, bo lezaly od lat zamkniete w kanciapie, a wiadomo, ze co z oczu, to i z serca. Troche wypytalam mame, ale ona niewiele mogla mi na ich temat przekazac. To byly dwie stare zdezelowane walizy i tak byly traktowane, nikomu nie przyszlo do glowy zaglebiac sie w ich historie. Dzisiaj staly sie cenna pamiatka rodzinna, bo ich ostatniego wlasciciela dawno juz nie ma.
Dlaczego znow do nich powracam? Bo obecna wlascicielka jednego z nich, Marija,  poswiecila mu post na swoim blogu, nieco go zreanimowala, ozdobila i postawila na honorowym miejscu w salonie. Szczerze mowiac bylam pewna, ze kufer zostanie pomalowany, zeby zniknal adres napisany na jego wieku, bo ani on ladny, ani potrzebny. Tymczasem Marija zostawila go, bo stanowi on wazna czesc jego bogatej historii. A mnie od razu jakos oczy zrobily sie podmokle. Calosc posta Mariji  TUTAJ.
Dla przypomnienia: drugi kufer trafil do synowej Gosianki.
Nadal nie zaluje, ze nie mam tych kufrow, u mnie nie bylo dla nich miejsca w mieszkaniu, mam jednak pewnosc, ze trafily w naprawde dobre rece, w rece osob, ktore umieja docenic ich, teraz juz historyczna wartosc.



APDEJT Z NAJOSTATNIEJSZEJ CHWILI: Rozmawialam wczoraj, jak codzien, z mama przez telefon. Zakomunikowala mi, ze przyszla polecona przesylka skierowana do nas obydwu, choc na jej adres, a nadawca jest Marija. Byla tam wroclawska kartka z milym podziekowaniem za kufer oraz broszka i wisiorek. Mama mowila, ze bardzo ladne.
Oj, Marija, Marija, naprawde nie musialas, ale bardzo dziekujemy za ten mily gest. Bede miala okazje zobaczyc wszystko dopiero we wrzesniu, kiedy odwiedze mame.