Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malvina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malvina. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 września 2018

Ki czort?

Kilka dni temu dzwoni do mnie dosc pozno spanikowana corka, ze wnuczke cos pogryzlo i co ja na to, co to moze byc. Byla z dziecmi na placu zabaw, przed wyjsciem mala przewijala i nic nie bylo, a po przyjsciu i po kapieli nagle cos takiego, na obu udkach, jakby ktos do malej strzelal srutem. Troche to wygladalo jak ukaszenia komarow, ale wrecz hurtowa ilosc tych babli wzbudzila moj sceptycyzm. Musialaby ja dopasc cala chmara naraz, a poza tym miala na sobie przewiewne, ale dlugie spodenki, a bable byly wylacznie na udkach. Zaczelam grzebac goraczkowo po internetach, jak wygladaja miejsca po ukaszeniu przez mrowki, pchly, tzw. pchly piaskowe - i nic mi nie pasowalo do zdjecia, ktore przeslala corka. Ona przez ten czas wyslala zdjecia poloznej, ktora opiekowala sie nia w domu po obydwu porodach. Tamta tez niczego nie wymyslila i polecila tylko obserwowac. Mnie w tym czasie wpadlo do glowy, ze moze corka uzyla jakiegos nowego proszku do prania albo plynu do kapieli i moze wystapila jakas reakcja alergiczna, ale nie, nic takiego nie mialo miejsca. Na tym zakonczylysmy rozmowe, stanelo na tym, ze bable beda obserwowane.


Mala poszla spac, ja tez szykowalam sie w strone lozka, kiedy corka zadzwonila po raz drugi i przeslala mi bardzo niepokojace kolejne zdjecie.


Wszystkie te drobne babelki zlaly sie w ciagu dwoch godzin w wiekszy twor. Ja zwatpilam, bo czegos podobnego jeszcze nie widzialam i polecilam corce zadzwonic do nocnej pomocy lekarskiej, czy mamy z dzieckiem przyjechac. Ale i oni kazali obserwowac i jesli nic sie nie zmieni albo dziecko dostanie goraczki, to nastepnego dnia do pediatry.
Rano od razu zadzwonilam do corki, a ona, ze po bablach nie zostal nawet slad. A przeciez gdyby byly to ugryzienia, nie zniknelyby w ciagu jednej nocy, jakies resztki sladow by pozostaly. Moze Wy macie jakis pomysl, co to moglo byc?




wtorek, 27 marca 2018

Chwile paniki.

Jestem psychicznie wykonczona, bo nie ma nic gorszego od choroby dziecka. I nie chodzi w tym przypadku o jakies banalne przeziebienie, czy nawet grype z goraczka dochodzaca do 41°, jak to mialo miejsce dwa tygodnie temu. Malvina przeszla chorobe dosc dzielnie, tyle ze byla w tym czasie niezwykle marudna, co w przypadku mojej corki, ktora sama byla chora, bylo nie lada obciazeniem. Wszystko dobrze sie skonczylo, mala zdrowa, a zycie plynelo sobie dalej.
W niedziele po poludniu dzieciak znow goracy, dostala wiec czopek i corka polozyla ja spac. Nagle rozlegl sie placz malej, corka stwierdzila, ze Malvinka zwymiotowala i wziela ja na rece. I nagle stwierdzila, ze Malvina leci jej na prawa strone, nie moze utrzymac glowki, a prawa raczka zwisa bezwladnie. Kiedy ja posadzila, mala upadla na prawo, nie mogla siedziec. Chciala postawic ja na podlodze, ale czy to za sprawa goraczki i ogolnego oslabienia, czy tez tego... nie wiem jak to
nazwac... postepujacego jednostronnego paralizu, mala znow poleciala w bok. Akurat byla u niej kolezanka z samochodem, wiec juz po nas nie dzwonila, tylko z nia pojechaly, lamiac po drodze wszystkie przepisy drogowe, do kliniki. Wprawdzie ten prawostronny bezwlad zaczal powoli ustepowac, ale lekarze zadecydowali, ze obie zostana na noc, mala na obserwacji, duza jako osoba towarzyszaca.Jak widac na zdjeciu, matki maja do dyspozycji skladane lozko, niezbyt wygodne, jak twierdzi corka, ale da sie przezyc, bo o wyspaniu mowy nie ma, nie ze wzgledu na niewygode, ale na koniecznosc dogladania dziecka przez cala noc.
Wbili jej wenflon w te mikro-lapinke, pobrali chyba cala krew do badan, podlaczyli do kroplowki, a na duzy palec u nogi zalozyli taki klips z czujnikiem. A ta wiercipieta wciaz cos kombinowala, wiec co rusz rozlegaly sie dzwonki alarmowe i takie to bylo spanie, bo od razu w pokoju pojawial sie caly sztab ludzi sprawdzac, co sie dzieje. W poniedzialek mala miala zaordynowane EEG, jeszcze nie znamy wynikow. Kiedy bylam je odwiedzic, Malvina miala jeszcze troche goraczke, ale ogolnie zachowywala sie normalnie, nawet momentami byla dosc wesola. Tyle na razie moge Wam powiedziec, jak bedzie cos wiadomo, to uzupelnie.
Fajny ten dzieciecy oddzial, wesoly, kolorowy, z wewnetrznym placem zabaw, kontenerem wszelakich zabawek. To oddzial zamkniety i zadne dziecko nie wyjdzie stamtad, bo otwieracz drzwi jest ledwie dostepny dla doroslego czlowieka, tak wysoko go na scianie zawiesili. Przy ladej pogodzie mozna wyjsc do parku i na zewnetrzny plac zabaw, oddzial ma wozki dzieciece do dyspozycji, a male maluchy dostaja pieluchy i kosmetyki do doopek. Nie trzeba sie o nic klopotac i mozna skupic na opiece.
Jesli wyniki beda dobre, to pewnie dzisiaj w poludnie zostana zwolnione do domu. Jesli...? One BEDA DOBRE!

EDYTKA: EEG nie wykazalo zupelnie nic, zadnych zaklocen i nieprawidlowosci, analiza krwi i moczu wzorcowa. Lekarze nie sa w stanie dojsc, skad wziela sie ta goraczka, wymioty i bezwlad prawej strony, ktory na szczescie  dosc szybko minal. Wiec dziecko jest niby zdrowe, prawdopodobnie zostanie dzisiaj wypisane ze szpitala, a my nadal nic nie wiemy, a co najgorsze, nie wiemy, czy to moze sie powtorzyc.




niedziela, 11 marca 2018

Klinika.

W sobote kolo poludnia dzwoni do mnie corka, ze Malvina ma blisko 39° temperature, ze dzwonila juz do kliniki i kazali przyjechac. Ona sama tez ciezko przeziebiona, a jego rodzice rowniez oboje chorzy. Tata zostal z Gapciem w domu, a my pomknelysmy do kliniki. Dziecina byla wyjatkowo marudna, wciaz poplakiwala, a co najgorsze, w ogole nie chciala jesc i pic. Bez jedzenia nic by jej sie nie stalo, ale brak nawadniania przy takiej goraczce to juz niebezpieczne.
Wrocily wspomnienia sprzed dwudziestu kilku lat, kiedy to ja bywalam w tejze klinice na ostrych dyzurach z wlasnymi dziecmi, a najczesciej z Owsikiem na urazowce. Kiedy znalazlysmy sie juz na wlasciwym pietrze, nogi sie pode mna ugiely, bo poczekalnia byla pelna chorych dzieci z rodzicami. Zameldowalysmy sie w rejestracji i grzecznie usiadlysmy, zeby czekac. Corka mowi, ze tak jej sie pic chce i czy bym nie poszla czegos kupic. No to wzielam i poszlam, ale... nie uwierzycie! Chcialam pojsc na skroty do glownego wyjscia, bo tam byl sklepik i... pogubilam sie w labiryncie korytarzy. Az musialam zapytac o droge, bo w pewnej chwili nie wiedzialam, gdzie jestem. A skoro juz bylam przy wyjsciu, to pomyslalam sobie, ze skorzystam z okazji i wyjde sobie zapalic.
Wtem pacze ci ja, a tam rozgrzewa sie nasz klinikowy Christoph i bedzie zaraz startowal, no to wzielam i go dla Was nagralam. Nie wiem tylko, dlaczego mi sie tak lapy trzesly.

Wrocilam z ta woda mineralna, tym razem juz okrezna droga, ktora znalam i tam bym na pewno nie zabladzila. Tymczasem przez ten czas Malvina zrobila sie goraca jak piec i zaczela leciec przez rece, wiec poprosilam pielegniarke o zmierzenie jej temperatury, miala 41°, wiec natychmiast zaordynowano lekarstwo na jej zbicie, bo tak wysoka goraczka mogla juz zagrazac jej zyciu. Bylo nielatwo podac lekarstwo, bo dzieciakiem szarpal odruch wymiotny, ale jakos na raty dalysmy rade.
Siedzialysmy w tej poczekalni pod takim oto obrazkiem o bardzo znajomej tematyce:


No musialam go sfotografowac! Corka spogladala na mnie z niemalym zdziwieniem, czy juz mi odbilo, ze fotografuje te kury i czy powinna zawezwac psychiatre, czy moze jeszcze poczekac. W koncu i mnie sie pic zachcialo od tego czekania, a nie chcialam korzystac z butelki corki, bo mi zycie mile, choc niewykluczone, ze po pobycie w tej ciezkiej od zarazkow poczekalni pediatrycznej, i mnie w koncu dopadnie jakis plucny syfilis. Nie chcialo mi sie latac taki kawal do sklepiku, wiec poszukalam blizej automatu z napojami, a przy okazji znow wylazlam zapalic, tym razem blizszym wyjsciem od klinicznej du***y strony.



Minuty zmienialy sie w kwadranse, godziny, my czekalysmy, Malvina zapadala w niespokojny sen, by po 5 minutach obudzic sie z takim podrygiem, jakby ja ktos z tylu gwozdziem uklul. I w placz! I tak przez caly czas. W koncu zauwazylysmy, ze zaczyna spogladac przytomniej, a nawet sie do nas usmiechac. Kiedy zmierzono jej cieplote po wejsciu do gabinetu lekarskiego, miala juz tylko 38,5°. Ufff...
Pediatra zdiagnozowal u niej grype prawdziwa, dokladnie tak ja nazwal i zlecil leczenie objawowe, bo na grype nie ma lekarstwa. Malvina dostala wiec czopki przeciwgoraczkowe i kropelki do nosa. Zalecil rowniez, ze jesli do wtorku nie przejdzie, trzeba bedzie pojsc do jej pediatry. Mam jednak nadzieje, ze do tego czasu bedzie fit.
Pol dnia spedzilysmy w tej przekletej klinice, glownie siedzac pod kurami, a do domu wrocilam tak zmeczona, jakbym maraton przebiegla. Temperatura w dzien wzrosla do 17°, co jeszcze bardziej przytlaczalo, zbyt gwaltowny skok temperatury i zmiana cisnienia.




wtorek, 26 grudnia 2017

Ich pierwsze X-masy.

Dla naszej wnusi byly to najpierwsze swieta i na te okolicznosc dostala odpowiedni stroj w postaci eleganckiego body z napisem na piersiach My first Christmas, do tego czerwona spodniczka z tiulu i opaska na glowke z czerwona roza. Te ostatnia uparcie sciagala, widocznie mocno musiala jej przeszkadzac. Ledwie zdolalismy w biegu zrobic kilka zdjec ku pamieci.


Mloda przemieszcza sie na czterech z predkoscia fretki w zalotach i wlasnie znajduje sie w apogeum okresu szkodnikowego (czytaj: sciagania wszystkiego, co znajdzie sie w zasiegu lapek i pchania do otworu gebowego). Trzeba miec oczy dokola glowy i refleks polujacego drapieznika, zeby w pore zapobiegac nieszczesciom. Wigilie spedzalismy wiec zajmujac sie zamiennie malym szkodnikiem, kolejno dyzurujac, zeby ciekawski maly odkrywca nie zrobil krzywdy sobie ani wyposazeniu mieszkania. Szczegolna atencja cieszyla sie chujanka i dyndajace bombki, ale jakos obylo sie bez strat na mieniu. Lezace pod drzewkiem prezenty budzily wielka ciekawosc, a pysio usilowalo zjadac papier, w ktore byly opakowane.
Dobrze, ze ta iskierka ma dwie mlode ciotki, ktore za nia lataly i pilnowaly, zeby w szkode nie weszla, ja juz jestem za stara i refleks nie ten, a plecy bolo od chodzenia w polzgieciu. Na szczescie mloda szybko padla po dniu pelnym wrazen i reszte wieczoru moglismy spedzic spokojniej. Ufff...
Dla naszego adoptowanego dziecka byly to juz drugie swieta w zyciu, ale pierwsze w nowym zyciu, czyli w naszej rodzinie jako jej pelnoprawny czlonek. Troche byla niespokojna, z racji obecnosci Placzka, nie moze mu zapomniec "serdecznego" powitania z udzialem zebow i po prostu sie go boi, choc Placzek teraz juz zachowuje sie jak prawdziwy dzentelmen. No prawie, po prostu ja ignoruje, stare marudne dziadzisko, a ona i tak przechodzi obok niego bardzo szerokim lukiem.
Czworonozne dzieci dostaly troche smakolykow wigilijnych, ale nie chcialy przemawiac ludzkim glosem, nie wiedziec czemu. Nie szkodzi, przeciez gadaja przez caly rok jak najete, a ja czasem to spisuje. Nie musza wiec wysilac sie akurat w wigilie, co nie?







poniedziałek, 6 lutego 2017

Swiat sie zmienia.

Nie bardzo mam czas podrapac sie po tym czy tamtym, bo ostatnio mam prace na trzy etaty. Prosto z fabryki gnam do moich dziewczyn, zalatwiajac po drodze setki roznych drobnych spraw, jak zakupy, urzedy, apteki i inne takie. Legendarna niemiecka biurokracja daje nam wszystkim do wiwatu, bo nie wystarczy wypelnic wniosek i go oddac. Urzednicy, po wnikliwym jego przeanalizowaniu, obcinaja sie, ze brakuje jeszcze pierdylion drobnych zaswiadczen, dowodow na costam i dokumencikow. No i lata czlowiek, uzupelnia i donosi. Tak we dwojke latamy z ojcem dziecka, a wciaz i od nowa wyskakuje cus, jak ten diabel z pudelka, a dodatkowo rozne urzedy rozsiane sa po calym miescie, jakby nie mogly wszystkie zmiescic sie w jednym ratuszu. No i wszedzie trzeba odsiedziec.
W dzieckowej chalupie cos tam posprzatam, ugotuje, pokrece sie, polulam niemowlaka, zeby corka mogla w tym czasie wziac prysznic albo sie zdrzemnac. I tak schodzi mi do wieczora, a i we wlasnym pueblo tez trzeba sie pokrecic. Calkiem wieczorem poczytam pobieznie, coscie napisali i juz oczy mi sie kleja. No ale tak to jest, kiedy dzieci nie spiesza sie z prokreacja i babcia zostaje sie w wieku podeszlym, kiedy sil zaczyna brakowac. Czasem uda mi sie zajrzec w telefon w czasie dnia, ale maly ekranik i oczy bola, choc w okularach.
Ale ja nie o tym chcialam. Tak przygladam sie, jak to teraz z noworodkami trza sie obchodzic. Za moich czasow juz na porodowce kapano malego delikwenta i ubierano. A tu nie. Dziecku zaklada sie tylko pampersa i takie gole jak swiety turecki ma grzac sie przez 24 godziny na matczynym memlonie. Oczywiscie z zewnatrz noworodek przykryty jest jakimis kordelkami, ale od srodka... kladziony jest nacisk na bezposredni kontakt cielesny matki z dzieckiem przez dobe. Znaczy matka tez ma zadrzec bluzke i grzac. Noworodkow sie nie kapie, bo te wszystkie mazie ponoc dobrze dzialaja na skore dziecka, wiec ma w tym tkwic, jak dlugo mozna (czyli chyba poki nie zacznie wydzielac odorku?). Faldki skory przeciera sie tylko wilgotna sciereczka i to cala toaleta.
Najlepsze jest jednak karmienie! Do rzadkosci nalezy, ze matka od razu produkuje pokarm. Moje dzieci byly zatem rutynowo dokarmiane z butelki. Ale karmienie z butelki moze poskutkowac niechecia do wymagajacego nieco wysilku ssania z piersi. Zeby jednak noworodek z glodu nie umarl, to sie go oszukuje, dajac do jedzenia gotowe mieszanki mleczne, ale w sposob, ktory zmusza go do pewnego wysilku. Mianowicie: na palec zaklada sie gumowa rekawiczke i do niej przykleja plastrem cieniutka sonde (rureczke), ktorej jeden koniec zanurzony jest w naczynku z mlekiem. Zeby cos polecialo, dziecko musi porzadnie ssac palec, bo naczynko jest umieszczone ponizej i samo nic nie leci. Niby noworodek, a swoj rozumek ma! Kojarzy bowiem juz od samego poczatku, ze bez pracy nie ma kolaczy, ze trzeba sie wysilic, zeby jedzonko pocieklo. A przez ten czas u matki pokarm ma czas sie wytworzyc. Ale nie ma tak latwo! Zeby ten pokarm zechcial sie jak najszybciej pojawic, trza cycki stymulowac, regularnie co 2-3 godziny. Dziecko stymulowac nie ma ochoty, bo nic nie leci, do gry wchodzi wiec dojarka elektryczna. Sprzet wypozycza sie z apteki za kaucja 50€, reszta, czyli przewody, butelki, smoczki, nakladki, kapturki nasutkowe - na recepte. No i doilo sie to moje biedne dziecko, karmilo swoje dziecko palcem z sonda, dopoki sprawa karmienia piersia nie uregulowala sie sama. Teraz wszystko gra i buczy, a mloda rzuca sie na cycka jak jaka pirania i ssie az milo. No ale wymagalo to jednak pewnego wysilku i czasu.
Polozna przychodzi mniej wiecej co drugi-trzeci dzien. Tutaj organizuje sie polozna  jeszcze sporo przed porodem, juz wtedy obejmuje ona opieka przyszla matke, a po porodzie oboje z dzieckiem. Corka miala dosc silne bole plecow, wiec polozna stosowala u niej wielokrotnie akupunkture. I pomagalo! Te polozne przed- i poporodowe to samodzielne jednoosobowe firmy, zajmuja sie jedynie opieka pozaszpitalna, a porody odbieraja polozne zatrudnione na etacie w szpitalach.
Tak sobie na to wszystko patrze i porownuje, jak bardzo zmienilo sie spojrzenie na cale to okoloporodowe zagadnienie. Teraz i w Polsce jest inaczej, ale kiedy ja rodzilam, zabierano matkom dzieci i przynoszono kilka razy dziennie na karmienie, a potem i tak dawano butelke, zeby dzieci sie nie darly. Kto by sie przejmowal, ze pozniej trudno bylo dzieciaka przekonac do piersi? Potem polozna srodowiskowa przyszla ze dwa razy sprawdzic, co i jak w domu. I tyle bylo opieki. No a sam porod, w jednej wielkiej sali poprzedzielanej tylko parawanami. Przymus lezenia od poczatku, kiedy mozna byloby jeszcze pochodzic, ale na lozku nie trzeba bylo pacjentki pilnowac, wiec wygodniej dla personelu medycznego.
Kiedy tak sobie obserwuje zmiany, jakie zaszly od tamtych czasow, zaluje, ze juz nie moge miec dzieci...






wtorek, 31 stycznia 2017

Ledwie zyje.

Nie mam na nic sily ani czasu. Wkleje tylko dla zainteresowanych zdjecia z powitania Malviny w domu przez Placzka, ktory na chrzcie dostal imie Massimo (to wiadomosc dla Rybenki), a Placzek to jego ksywka, bo mocno lamentowal, kiedy na poczatku corka zostawila go u nas na przechowanie.
Zawiozlam go do domu, a sama pojechalam odebrac obie dziewczyny ze szpitala. W drodze do domu musialysmy jeszcze pozalatwiac kilka spraw, na szczescie mloda spala w samochodzie, wiec wszystko poszlo dosc sprawnie.
Placzek rzucil sie obwachiwac nosidelko, bardzo byl zaciekawiony, co to tam w srodku sie rusza.





Dzisiaj tez jade po robocie do corki, bo sama na razie nie ogarnia wszystkiego i trzeba ja wesprzec, zanim sie  nie wdrozy nie nie zorganizuje. Zreszta jest jeszcze troche slaba. Matka jej partnera tez dzielnie ja wspiera i pomaga, ile moze, ale oni mieszkaja poza Getynga, wiec sila rzeczy bywa rzadziej, bo ona nie ma prawa jazdy, wiec musi zdawac sie na meza.
Wybaczcie, ze nie odpowiadam na komentarze, ale naprawde nie mam sily.





poniedziałek, 30 stycznia 2017

My tu gadu gadu...

... o wnukach, a przeciez ja mam jeszcze jednego, ponad 8-letniego i nie mozemy tu o nim zapominac. Placzus przeciez to tez w koncu moj wnusio, bylo nie bylo. ;) Jak to ze starszym rodzenstwem bywa, w tym calym zamieszaniu zostal troche zaniedbany. Corka trafila do szpitala juz w nocy, jej chlop latal jak kot ze spyrka w te i nazad, tak podekscytowany swoim ojcostwem, ze calkiem zapomnial o Placzku. Dopiero moj slubny, gdzies ok. 11.00 w poludnie uwolnil przebierajacego nogami psa. Dzielny chlopak wytrzymal, ale kiedy znalazl sie na zewnatrz, nie mogl przestac sie wyprozniac. Teraz jest u nas na kilka dni, zanim corka nie wroci do domu. Bo oczywiscie na powitanie swojej malej siostrzyczki Placzek musi byc z powrotem. Jest pelnoprawnym czlonkiem rodziny i nie bedzie odsuwany na bok, albo przetrzymywany gdzie indziej (czyt: u nas), bo urodzilo sie dziecko. Powita je w domu jak wszyscy inni.
W sobote siedzialam w tym szpitalu do popoludnia, a kiedy wrocilam do domu, zmeczona fizycznie i wypluta emocjonalnie, marzaca jedynie o drzemce, przywitaly mnie jego madre oczyska i jeden wielki znak zapytania, w jaki zmienil sie caly pies: no jak tam z naszym wyjsciem? Rada nie rada, powloklam sie z wnusiem, bo taka rola bapci, co nie? :)
Tez bylo ladnie, tez bylo mrozno, ale ruszalam sie zwawym krokiem, wiec nawet troche sie spocilam.










Dla Lidii zlapalam ICE w locie, ale za plotem, wiec widac go w polowie :)


A w nocy spac nie moglam, choc wydawaloby sie, ze bylam zmeczona emocjami i wyspacerowana z Placzkiem... Moze za duzo tego wszystkiego bylo...

Apdejt. Dziewczyny juz dzisiaj wychodza ze szpitala. Ja po pracy zawioze Placzka do jego domu, tam go zostawie i dopiero pojade do szpitala odbierac  corke i wnuczke. Potem pewnie spedze jeszcze jakis czas z nimi, cos tam pomoge, a do domu splyne dopiero wieczorem. Tak ze tego... nie bedzie mnie troche.




niedziela, 29 stycznia 2017

Trzy i pól kilo szczescia.

Blogowisko nam sie rozrasta, nadchodza kolejne pokolenia. Pierwsza byla Opakowana bez bloga, ale z Krasnalami, potem zameldowala sie Gosianka z wnuczka Zuzia, kilka dni temu swoje babciostwo oglosila Errata, przedstawiajac nam wnuka Stasia, a Nietypowa Matka Polka podala do wiadomosci, ze jest przy nadziei. A Kasia Brujita to juz w ogole poszla na calosc i od razu zafundowala sobie parke uroczych corek.
Ja jeszcze milczalam, choc juz wiedzialam, ze niedlugo i ja dolacze do grona swiezo upieczonych babc. Czekalam, az sie dokona, ale teraz juz moge wszem i wobec oglosic z wielka radoscia, ze

28 stycznia 2017 roku o godzinie 9.22 na swiat przyszla moja pierwsza wnuczka Malvina.
3.570 kg i 55 cm, zdrowa jak rydz i najpiekniejsza na swiecie.

Oto dowod:

Tu ma juz 3 godziny.

Bylam przy jej przyjsciu na swiat, meczylam sie i parlam razem z corka, a kiedy wnusia sie urodzila, przecielam pepowine, a potem ze wzruszenia plakalam i plakalam.
Kasia Brujita przygotowala na moja prosbe piekna kartke, ale z tych emocji zapomnialam ja sfotografowac, a potem zapomnialam wziac ze soba do szpitala, ale maz dowiozl i kartka wzbudzila niemala sensacje, taka jest piekna. Ooo, na szczescie Kasia zdazyla zrobic dokumentacje swojej pracy, wiec moge Wam pokazac. Figurka obok nie nalezy do kartki, stoi tylko tak, do zdjecia. Ta grzechotka na karcie wypelniona jest cekinami i czyms tam jeszcze, jest trojwymiarowa, przykryta taka szybka i naprawde grzechocze.

Zdjecie Kasi Brujity
Serdecznie wszystkim polecam przepiekne wyroby Kasi, mozna zamawiac calkiem indywidualne kartki lub pudelka na kazda okazje. To wyjatkowa pamiatka dla kazdego. Klik Strona, blog i fb. Juz raz korzystalam z Kasinego talentu, przy okazji 60 rocznicy slubu rodzicow.
Wczoraj oglosilam juz to radosne wydarzenie na fejsuniu, ale poniewaz nie wszyscy sie tam udzielaja, wiec raz jeszcze oglaszam tutaj, zeby cale blogowisko moglo sie cieszyc razem ze mna.
Chyba sie rozpekne z tych emocji i babciowej dumy.

PS. Mam teraz troche wiecej do roboty, wiec mam nadzieje, ze wybaczycie mi brak komentarzy na Waszych blogach, bo z ledwoscia ogarniam ich przeczytanie. Nie tylko bowiem moj swiat kreci sie wokol noworodka i wszystkich spraw z nim zwiazanych, to jeszcze mam na kilka dni w opiece starsze dziecko corki, czyli Placzka.