Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zycie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 listopada 2020

Zaproszenie

 Zapraszam wszystkich chetnych do odwiedzin mojego nowego bloga:

Dezinformacje i Konfabulacje, ktory zmienil nazwe na Aureola z alufelgi.

 

 

 

 

 

wtorek, 4 sierpnia 2020

Ostatni post na tym blogu.

Wlasciwie mialam juz nie pisac wiecej, ale pomyslalam sobie, ze winna jestem pozegnanie wszystkim moim Czytelnikom.
Gdyby ktos jeszcze dwa miesiace temu zasugerowal mi, ze przestane blogowac, sama bym w to nie uwierzyla. Blog byl moja pasja, wkladalam w niego cale swoje serce, uwielbialam pisac od zawsze, a przez te 10 lat prowadzenia bloga jeszcze sie rozwinelam. Pamietacie zapewne, ze swego czasu pisalam codziennie, pozniej co drugi dzien. Pokazcie mi drugiego takiego zapalenca, ktory ciagnalby tak przez 10 lat. Ale ja to kochalam, chcialam i moglam, wiec realizowalam sie tym blogiem. Miewalam kryzysy i dolki psychiczne, ale przerwy nie trwaly dluzej niz tydzien-dwa. Zawsze wracalam, przyciagana Waszymi wezwaniami i slowami wsparcia.
Duzo postow opublikowalam, gorszych czy lepszych, powodujacych burze lub zaslodzonych komentarzami, zebralo sie tego blisko 2400 wpisow. Klikniec na bloga bylo sporo ponad milion.
Ale wszystko musi kiedys sie skonczyc. W moim poprzednim poscie poinformowalam Was, ze zawieszam dzialalnosc, byc moze na zawsze. Sama nie bardzo wierzylam, ze moglabym nie wrocic do mojej tfu!rczosci blogowej, ale wraz z uplywajacym czasem stwierdzilam, ze lepiej czuje sie bez bloga i blogowiska. Przejadlo mi sie i nie chce juz wracac. Przyslowiowa kropka na i czy tam kropla, ktora przelala miarke, byla zmiana interfejsu bloggera. Poczulam sie troche jak dziecko, ktoremu zabrano spranego misia bez oka, ktorego ukochalo ponad wszystko i bez ktorego nie moglo zasnac, a wzamian dano mu plastikowa bezduszna nowa lalke Barbie, drozsza, piekniejsza, ale niechciana. Sledze na fb grupe blogujacych w bloggerze, czytam o wielu niedorobkach, problemach z tym nowym interfejsem i wyjsc z podziwu nie moge, DLACZEGO cos, co bezblednie dzialalo przez tyle lat, wymienia sie na pelen usterek knot. Nie chce juz brac w tym udzialu, lubie, kiedy wszystko dziala bez zarzutu. Mam dosc zmartwien w zyciu realnym, zeby dokladac sobie problemy wirtualne. I wiem, ze predzej czy pozniej to nowe staloby sie rutynowe, usterki zostalyby usuniete, poprawione i wszystko chodziloby jak w zegarku. Pytanie tylko, czy ja tego chce. Odpowiedz brzmi NIE!
Trzeba wiedziec, kiedy ze sceny zejsc niepokonanym. Jak Greta Garbo, nie jak Fogg.
Chcialam wszystkim Wam podziekowac za te wspolne 10 lat.

Nie znikam z internetu, jestem na fb, tam pisze od czasu do czasu, choc juz nie tak obszernie jak na blogu, ale nadal bede zamieszczala zdjecia moich futrzastych dziewczynek. Gdybyscie chcieli zachowac kontakt ze mna, szukajcie mnie pod ANNA MARIA PANTERA, wyslijcie zaproszenie, a ja je przyjme. Musielibyscie jedynie zarejestrowac sie na facebooku i ze mna tam "zakolegowac". Moj profil jest dosc ukryty, nie wszystko, co zamieszczam,  pokazuje sie obcym, tzn. niezaakceptowanym przeze mnie.
Zdaje sobie sprawe, ze nie wszyscy zechca zalozyc konto na fb, wiec z tymi zegnam sie tutaj, zyczac wszystkiego najlepszego.





czwartek, 25 czerwca 2020

***

Z powodow rodzinnych zawieszam chwilowo dzialalnosc. Moze nawet nie chwilowo, tylko w ogole.
Musze sie wycofac.
Wybaczcie.  I nie dopytujcie.




środa, 17 czerwca 2020

Wpusc wiesniaka do biura...

To jest miejsce zdarzenia
... to podobno atrament wypije.
Ale jaaa? Przeciem swiatowa kobieta, z niejednego pieca chleby jadalam, az zeby zjadlam na przeroznych doswiadczeniach zyciowych. Mnie sie takie wtopy nie zdarzaja... tak myslalam.
Bedac u corki, pierwszego wieczoru, kiedy wrocilysmy z proby upicia jej wlasnej matki, chcialam juz tylko wziac prysznic i walnac sie do lozka, taka bylam zmordowana. Corka poszla jeszcze na ploty do kolegi mieszkajacego w tym samym domu, a ja wlazlam do lazienki. No i tu ogarnely mnie watpliwosci, JAK technicznie brac ten prysznic, nie bedac widziana z ulicy. Dziecko mieszka bowiem na parterze, lazienka ma okno, wprawdzie z szyba we wzorek, ale jesli zostawie w lazience zapalone swiatlo, to bedzie widac z ulicy moja naga sylwetke jak na dloni, a wolalam jednak uniknac zbiegowiska przed domem. Wpadlam zatem na genialny pomysl mycia sie po ciemku, w poswiacie latarni ulicznych.
Weszlam do kabiny, dodatkowo szczelnie ja pozamykalam, zeby nie zachlapac i rozejrzalam sie za jakims plynem pod prysznic. Zapomnialam to zrobic, kiedy jeszcze mialam swiatlo, wiec teraz szlo na macanego. Wymacalam cos, co wygladalo jak pianka do golenia czy tam inny depilator. Pomyslalam, ze nie wezme, bo jeszcze z przypadku sie pozbawie wlosow nie tam, gdzie trzeba.  Chwycilam wiec druga butelke, ta juz bardziej przypominala plyn do mycia. Nalalam troche tego plynu na myjke, a dodac musze, ze myjka jest ciemnogranatowa. Ladnie toto pachnialo, ladnie sie pienilo, stalam wiec sobie pod tym cieplym prysznicem i z niejaka luboscia zmywalam z siebie calodzienny kurz. W pewnej chwili spojrzalam w dol, gdzie nawet w tej poswiacie ulicznej widac bylo splywajaca ze mnie ciemna ciecz. Qrde! Co ja do tego mycia wzielam? No wystraszylam sie nie na zarty. Co ta moja latorosl nawystawiala w tej swojej lazience? Po ciemku nie mialam mozliwosci sprawdzic, co ja czarnego na siebie wylalam, ale lekkiego pietra nie moglam sie pozbyc. Szybko splukalam to z siebie, wylazlam na dywanik i piorunem sie powycieralam. Jeszcze szybciej wdzialam na grzbiet koszule nocna i wtedy zapalilam swiatlo w lazience.
To cos w metalowej aerozolowej butelce, co wzielam za srodek do depilacji, to byla pianka pod prysznic, a to, czym sie umylam...
... teraz macie niepowtarzalna okazje zgadywac, czego uzylam jako plynu pod prysznic. Rozwiazanie podam wieczorem. Zagladajcie.

Nawet w lazience uwazajcie na siebie i pozostancie w zdrowiu.





piątek, 29 maja 2020

Dzisiaj...

... rano udaje sie w krotka podroz, z ktorej zdam oczywiscie obszerne sprawozdanie po powrocie. Przez kilka dni mnie nie bedzie, wiec zebyscie sobie nie mysleli, ze cos mi sie zlego przydarzylo alboco.
Do zobaczenia w przyszlym tygodniu!






 Napawajcie sie tymczasem rododendronami.
I oczywiscie niezmiennie pozostawajcie w zdrowiu.


Znow mnie blogger usiluje wqrwic. Bylo dobrze, jest dobrze, to nie - musza grzebac i ulepszac. Po jakiego grzyba, sie pytam? Niech lepiej zajma sie usterkami przy wklejaniu zdjec na bloga (wlasnie w tej chwili chcialam wkleic zrzut i jest to niemozliwe). Jak zdjecia nie znikaja, to znow nie dziala funkcja sluzaca do wklejania ich do wpisu. Nic, qrna, nie dziala, a tym zachciewa sie nowych interfejsow, cokolwiek to znaczy, bo ja sie nie znam na tym ich zargonie.




Zeby nie bylo, zdjecia nie udalo mi sie wkleic klasyczna metoda, jakiej uzywam normalnie na blogu, bo ta nie dziala, tylko je skopiowalam i wkleilam, przez co nie mam kontroli nad wielkoscia zrzutu, jak zreszta widac.
To samo z fejsbukiem, od dluzszego czasu mamy problemy z komentarzami, nie pojawiaja sie w kolejnosci albo w ogole nie pojawiaja sie bez odswiezenia strony. Przy dyskusjach wielu uczestnikow grupy jest to sprawa wybitnie wqrwiajaca, ale Cukierberg bawi sie w nowy, jeszcze bardziej wqrwiajacy wyglad fejzbuka, zamiast zajac sie reperowaniem wqrwiajacych usterek. Dobrze chociaz, ze laskawie pozwolil na wybor miedzy starym a nowym wygladem, wczesniej nie bylo takiej opcji i trzeba bylo sie przyzwyczajac do poprzestawianych knefelkow.
Jak ja tego nie lubie!!!







środa, 27 maja 2020

Runaway train.

Dwa dni temu, 25 maja,  przypadl Miedzynarodowy Dzien Dziecka Zaginionego.  Ten dzien zostal ustanowiony dla uczczenia pamieci zaginionego 25 maja 1979 roku Ethana. Rocznie ginie ok. 20 tysiecy ludzi, w tym kilka tysiecy to osoby niepelnoletnie, ktore albo sa porywane przez jednego z rodzicow lub przez przestepcow, albo uciekaja same z domow. W USA drukuje sie ich zdjecia na opakowaniach mleka, by jak najwiecej osob moglo je widziec.

Zrodlo
Taki wlasnie kartonik z mlekiem stal sie natchnieniem  dla zespolu Soul Asylum, uzyli bowiem swojego teledysku jako swoistego kartonu z mlekiem i wizerunkami zaginionych dzieci. Chodzi o ten teledysk:


Historie tego teledysku mozecie przeczytac na fejsbuku na stronie HISTORIA PEWNEJ PIOSENKI. Oddaje im glos:
RUNAWAY TRAIN – SOUL ASYLUM [1993]
Był kwietniowy poranek 1990 roku. 17-letni wówczas Christopher Matthew Kerze powiedział swojej mamie, że boli go głowa. Kobieta nie widząc w tym nic niepokojącego, zgodziła się, aby syn w tym dniu został w domu, a sama poszła do pracy. Po powrocie zastała pusty dom i kartkę na stole: „Mamo, wypadło mi coś ważnego + czuję się nieco lepiej. Wrócę o 18.00 (chyba, że się zgubię). Kocham, Chris”. Słowo „zgubię” było dwukrotnie podkreślone. Kobieta zauważyła, że zniknęła furgonetka, a pies, który w ciągu dnia zawsze był zamknięty, biega wolno. Zniknęła również strzelba…
Trzy lata później Soul Asylum zaprezentował światu swój chyba najbardziej znany utwór – „Runaway Train”, który na liście Billboardu utrzymywał się przez ponad 40 tygodni, został wykonany na balu inauguracyjnym prezydenta USA, Billa Clintona oraz przyniósł zespołowi nagrodę Grammy.
Jest to piosenka o depresji, braku nadziei, poczuciu bezsensu, o ucieczce pociągiem, „który nigdy nie wraca”.
Pomysł na teledysk podsunął… karton mleka, na którym pokazano zaginionego nastolatka. Zespół, który wówczas był u szczytu sławy postanowił spełnić rolę takiego właśnie kartonu mleka i pokazać zdjęcia zaginionych nastolatków. W zależności od kraju emisji zmieniała się początkowa plansza informująca o rocznej liczbie zaginięć oraz zdjęcia zaginionych – była to młodzież zaginiona w danym kraju.
Na końcu klipu, wokalista, Dave Pirner, mówił: „Jeśli widziałeś jedno z tych dzieci, lub sam jesteś jednym z nich, proszę, zadzwoń pod ten numer” i pojawiała się plansza z numerem kontaktowym, jednakże MTV wycięła tę część, gdyż nie chciała aby teledysk był brany za kampanię społeczną.

W USA powstały trzy wersje teledysku, pokazujące łącznie 36 zaginionych osób. Po emisji teledysku podobno odnaleziono 26 spośród nich. Nie wszystkie historie skończyły się jednak dobrze…
Gitarzysta Dan Murphy w jednym z wywiadów powiedział: „spotkałem strażaka ze Wschodniego Wybrzeża, którego córka pojawiła się w końcówce teledysku. Walczył on z żoną o prawo do opieki nad nią. Okazało się, że dziewczyna wcale nie uciekła lecz została zabita przez własną matkę i pochowana na podwórku”.
Jakiś czas później pewna dziewczyna podeszła do zespołu po koncercie i powiedziała, ze zrujnowali jej życie, gdyż zobaczyła swoją twarz w nagraniu gdy mieszkała u chłopaka, co zmusiło ją do powrotu do domu, z którego uciekła przez „trudną sytuację”.

Brytyjska wersja teledysku pokazywała Vicky Hamilton i Dinah McNicol, które zaginęły w 1991 roku. Ich szczątki odnaleziono w 2007 roku w jednym z domów w Margate.
Mark Bartley, który zaginął w 1992 roku został rozpoznany przez sąsiada, który nie był świadomy, że chłopak wynajmujący mieszkanie w sąsiedztwie jest poszukiwany. Zanim jednak przyjechała policja, Mark i jego współlokator zniknęli i słuch po nich zaginął.
Curtis Huntzinger został znaleziony martwy w 2008 roku. Jego zabójca odsiaduje wyrok 11 lat pozbawienia wolności w Folsom State Prison.
Pokazany na samym końcu teledysku dwuletni Thomas Dean Gibson wciąż nie został odnaleziony. Jego ojciec, były zastępca szeryfa, został skazany za nieumyślne zastrzelenie syna podczas strzelania na podwórku do bezpańskiego kota, jednakże nie odnaleziono żadnych szczątków. Mężczyzna przez cały czas zaprzeczał zarzutom o zabójstwo syna, a po zwolnieniu z więzienia w 1996 roku wrócił do poszukiwań.
Australijska wersja klipu pokazywała wielu młodych turystów z plecakami, poszukiwanych przez rodziny. Okazało się, ze kilkoro z nich padło ofiarą Ivana Milata, seryjnego mordercy, który w latach 1989-1992 mordował turystów w lasach Belango, około 90 kilometrów od Sydney. Milat został skazany na siedmiokrotne dożywocie.

Z nastolatków pokazanych w teledysku, do 2016 roku wciąż nie odnaleziono Christophera Kerze, Marthy Dunn, Andrei Durham oraz Byrona Erica Page’a.
Powinnam zamiescic ten post dwa dni temu, ale przegapilam te date.

Pozostancie w zdrowiu i obyscie zawsze odnalezli droge do domow.




poniedziałek, 25 maja 2020

Nie jestem...

... cialopozytywna i juz. Nienawidze swojego ciala, nie akceptuje go. O ile na przyklad zmarszczki na gebie zupelnie mnie nie ruszaja i maja moja pelna akceptacje, bo naleza do procesu starzenia i sama je sobie latami wyrabialam, pracowalam na nie, o tyle nie moge sie pogodzic z tym, co dzieje sie ze mna po rzuceniu palenia. Czasem nawet mam ochote wrocic do nalogu i nie dlatego, ze ciagnie mnie nikotyna czy tez chce mi sie dymka, ale jednak palenie mialo wplyw na hamowanie apetytu i znacznie lepszy metabolizm. W pierwszym roku jakos to szlo, ale teraz, mimo ze prowadze dosc aktywne zycie, nie moge zapanowac nad "wyrastaniem z ciuchow". W moim wieku w ogole jest ciezko schudnac, za to tycie nie sprawia zadnych trudnosci. Mam z tego powodu mase zahamowan i kompleksow, mam do swojego ciala stosunek absolutnie negatywny, a do siebie samej pogardliwy, ze nie potrafie sie zdyscyplinowac i czegos z tym zrobic. Nienawidze sie!
Mam tez w ostatnim czasie, w ostatnich latach, niemaly problem z dogadaniem sie z wlasnym mezem. Mam wrazenie, ze on przez cale zycie nie dorosl i zatrzymal sie mentalnie w okresie dojrzewania, kiedy to psocenie i niewielkie zlosliwosci sprawialy najwieksza frajde. I nie byloby w tym nic zlego, gdyby nie przekladalo sie to na krzywde robiona psu. Juz w przypadku Kiry przekarmial ja i doprowadzil do lekkiej nadwagi, co w jej wieku i zaczatkach choroby stawow zaczelo byc problemem. Kiedy nastala u nas Toya, powzielam mocne postanowienie, ze do tego nie dopuszcze. Psy wielkosci Kiry/Toyi powinny trzymac wage 20kg, najgorsze jest jednak to, ze majac psa na codzien, niepredko zauwaza sie zmiany w figurze. Kiedy jednak podczas siadania zaczely jej sie robic walki na brzuchu, postanowilam ja zwazyc. Na wage wchodzi slubny, wazy sie netto, potem brutto z Toya na rekach, a tara to ciezar psa. Wyszlo 23,5, niby niewiele te 3,5 kilo, ale u czlowieka o wadze np. 60 kilo, bo u 20-kilogramowego psa to juz problem. Jak wiadomo Toya jest bardzo aktywnym psem, oboje duzo z nia chodzimy, z tym, ze ona pokonuje zawsze znacznie wieksze dystanse od nas, jak to pies. Gdyby byla mniej aktywna, juz wazylaby znacznie wiecej.
W poradach weterynaryjnych wyczytalam, ze pies jej wielkosci powinien jesc dziennie 450 gramow karmy, a poniewaz kupujemy jej 800-gramowe puszki, ktore sa na dwa dni, to rano miala dostawac 50 gramow karmy suchej. Kiedy ja wychodze do pracy, oni jeszcze spia, wiec to slubny obslugiwal ja sniadaniowo. Kilkakrotnie widzialam, ze dawal jej wiecej, zwrocilam uwage i myslalam naiwnie, ze dotarlo. Nie bralam w ogole pod uwage codziennej kostki dentystycznej Dentalstick, a ona tez swoj ciezar ma, no i tego, ze moj maz uznal, ze skoro pies zjada te wieksza porcje, to znaczy, ze jest glodny i tyle potrzebuje. To trwalo trzy lata, odkad pies jest u nas, ale ja zauwazylam te faldy na brzuchu dopiero teraz. Po zwazeniu psa zarzadzilam, ze poranna porcje trzeba drastycznie zredukowac, bo dodatkowo przeciez dostaje te kostke na zeby. Pokazalam slubnemu, jak ma wygladac porcja sniadaniowa i uznalam, ze zrozumial. Nie tylko bowiem trzeba bylo wrocic do zaplanowanych dla jej wielkosci tych 450 gramow, ale i to zredukowac, zeby mogla chudnac. Proces bylby dlugotrwaly, ale do wykonania. No sami powiedzcie, czy jesli rozmawia sie z dorosla osoba, podajac jej argumenty zdrowotne psa, to chyba mozna miec pewnosc, ze zrozumiala, prawda? No i niby na sniadanie dostawala tyle tych klockow, ile zarzadzilam, ale ktoregos dnia przypadkiem zobaczylam, co dostaje wieczorem. Otoz na porcji 400 gramow mokrej karmy z puszki spoczywala garsc (jego meska garsc) suchych klockow. Nie wierzylam wlasnym oczom!!! Gdyby nie przypadek, nie dowiedzialabym sie, ze on ja wieczorem przekarmia. Rece mi opadly i z wielkim trudem pohamowalam sie, zeby go nie zabic na miejscu. Najpierw spokojnie zapytalam, co to ma byc i od jak dawna miesza jej wieczorne mokre zarcie z klockami. No od dawna, bo ona wciaz glodna. Juz troche mniej spokojnie zaczelam nawijac od poczatku o jej nadwadze, o stawach, chorobach zwiazanych z otyloscia, o trudzie odchudzania zwierzecia i takie tam pierdy. A ten, z mina psotnego Dyzia, ze mu psa szkoda, bo glodny. I caly ucieszony, ze tak dlugo udawalo mu sie mnie oszukiwac, bo skoro zabralam psu polowe porcji sniadaniowej, to on dolozyl jej dwa razy tyle na kolacje.
Ja wiem, ze moge sama dawac jej jedzenie i pilnowac, zeby porcje sie zgadzaly, ale co w czasie, kiedy mnie w domu nie ma? Jak sami widzicie, rzeczowe argumenty nie przemawiaja i nie mam pewnosci, ze nie bedzie sie dzielil z psem wlasnym sniadaniem albo dawal jej jakies inne produkty. On ma jakas malpia radosc z robienia mi na zlosc i nie dociera, ze mnie tym nie wzruszy, za to wyrzadzi krzywde psu. Naprawde nie wiem, jak mam zyc dalej z czlowiekiem, ktory nie dojrzal.

Pozostancie w zdrowiu.




sobota, 23 maja 2020

Jak kamfora.

Przez ten coronavirus wszystko sie dokladnie poplatalo, a najgorsze, ze zaginal nasz ludozerca. No bo tak, na poczatku kwietnia przypadl termin szczepienia Toyki. Nauczona denerwujacym doswiadczeniem z roku poprzedniego, kiedy to pojechalam szczepic psa i pocalowalam klamke, bo wet byl na urlopie, tym razem najpierw zadzwonilam. I, jak sie okazalo, dobrze zrobilam, bo na sekretarce nagrane bylo, ze wlasnie ma urlop i bedzie z powrotem 11 maja. No coz, te 5 czy 6 tygodni czekania nas nie zbawi, a do duzej kliniki nie pojade, bo oni tam zdzieraja. Raz dalam sie nabrac i za szczepienie Toyi zaplacilam ponad 80 euro, podczas gdy u ludozercy place cos ponad 50, razem z tabletkami na robaki.
Minal kwiecien, zaczal sie maj, wreszcie nadszedl oczekiwany niecierpliwie 11 dzien miesiaca. Nie dzwonilam juz, tylko od razu pojechalam. A tu ZONK! Gabinet zamkniety, wisi kartka, ze do 11 maja jest urlop. Pomyslalam, ze dziwne to, ale moze mialo byc do 11-go wlacznie. Wrocilysmy do domu i ponownie pojechalysmy 13-go. Gabinet zamkniety, a kartka dalej informuje o 11-tym. Przez caly nastepny tydzien probowalam telefonicznie, ale nic sie nie zmienilo, jak gadal o 11 maja, tak gada do dzisiaj. Zaczelam sie niepokoic, ale pomyslalam, ze moze capneli go na kwarantanne, w koncu spedzal ten urlop jak co roku w ojczyznie i nie pytajcie mnie, gdzie dokladnie, bo nie wiem, ale wypytam go przy okazji. W kazdym razie domniemywam Afryke.
No ale widac nie tylko ja zamartwialam sie, co dzieje sie z naszym ludozerca, wiecej osob przebieralo niecierpliwie nogami, w koncu ktos przytomnie zapytal na naszej miejskiej stronie na fb, czy nie wiadomo, co sie z nim dzieje. Jedna z osob odpowiedziala, ze nie moze wydostac sie ze swojej ojczyzny i nie ma jak wrocic, bo samoloty nie lataja. No niby Niemcy sciagali swoich obywateli z roznych zakatkow kuli ziemskiej i ulatwiali czy wrecz umozliwiali powrot do domu. Czy on jest na takim zadupiu, ze nie oplacalo sie wysylac samolotu po niego jednego, czy nie chcial wracac wczesniej w nadziei, ze jakos to bedzie, no i utknal na dobre.
Zrobilam szybko termin do innego weta i w koncu Burek zostal zaszczepiony, bo nie wiem, jak dlugo musialabym czekac na powrot jej lekarza rodzinnego. Cena tez byla akceptowalna, choc nieco wyzsza niz u naszego. No i psina cierpiala podwojnie, bo nie pozwolono mi stac przy niej i pocieszac, jak to zwykle mialo miejsce, tylko kazano trzymac odstep. Musialam oczywiscie nosic ten szmaciany kaganiec i w ogole wszystko bylo jakies strasznie meczace. No ale mamy z glowy do nastepnego roku.
Kupilam juz sobie bilety kolejowe na wyjazd we wrzesniu nad morze, jade sama, bo ktos musi zajmowac sie kotami. Zreszta odpoczynek od slubnego tez mi sie nalezy, co nie?

Dbajcie o siebie i pozostancie w zdrowiu.





wtorek, 19 maja 2020

I jak to zdefiniowac?

Chwilowym odmózdzeniem? Kompletnym zignorowaniem zasad BHP? Bo nazwanie tego lekkomyslnoscia byloby grubym niedopowiedzeniem.
Ktoregos dnia dzwoni do mnie znajoma i jakims takim dziwnym glosem pyta, czy nie moglabym przyjechac jej pomoc. Ma domek z ogrodkiem, wiec pomyslalam, ze moze o niego chodzi. Czesto, kiedy wpadalam do niej na ploty, cos tam przy okazji grzebalysmy w ziemi, a kiedy szlam do domu, zawsze dostawalam jakies kfiotki do wazonu albo owocki z krzaka czy drzewa. Aha, i mam sie pospieszyc, dopowiedziala. No to sie pospieszylam.
Nie dzwonilam, weszlam od strony ogrodu, nie bylo jej na zewnatrz, wiec weszlam przez drzwi tarasowe. Siedziala w kuchni, trzymajac reke owinieta w recznik, ktory juz sie zabarwial na czerwono. Poczulam, ze mi zoladek podchodzi coraz wyzej, a nogi robia sie miekkie.
- Co sie stalo? - krzyknelam.
- Musimy jechac do szpitala, a ja sama nie moge prowadzic.
Zraniona miala prawa reke, wiec majstrowanie przy dzwigni zmiany biegow bylo raczej niemozliwe. Balam sie, ze nie zdola dojsc do samochodu, byla blada jak sciana. Doszla jednak, a po drodze opowiedziala mi o wlasnej glupocie.
Wlasnie kosila trawe w ogrodzie, kiedy znienacka odpadlo jedno kolko od kosiareczki spalinowej. Kazdy normalny czlowiek wylaczylby maszyne i zabral sie za mocowanie kolka. Kazdy normalny, ale nie ona. Bo przeciez "potem tak trudno od nowa zastartowac ten cieply silnik", wiec nie chciala go w ogole wylaczac.
Przy krecacych sie ostrzach kosiarki zaczela probowac osadzic kolko na piascie. Efekt byl do przewidzenia, ciachnelo ja po palcu, a krwi bylo tyle, ze nawet nie bardzo wiedziala, co dokladnie sie stalo i jakie sa straty.
Do dzisiaj nie wiem, czy stracila kawalek palca, czy udalo sie lekarzom go przyszyc i czy sie "przyjal". Wszystko okaze sie w praniu, na razie ma opatrunek grubosci kija bejsbolowego, przepisane antybiotyki, szczepienie przeciwtezcowe w bonusie.
Myslalam, ze babe zabije za tak bezmierna glupote. Jest mniej wiecej w moim wieku, a zachowuje sie czasem jak durna gimbaza.

Uwazajcie na siebie i pozostancie w zdrowiu.





piątek, 10 kwietnia 2020

U dochtórki.

Jak wiecie, ostatnio cus kostucha mi pod oknami spaceruje, ciekawie do mieszkania zaglada i podpytuje, czy juz nie pora.
- Pora - odpowiadam - ale nie jest tak latwo, jak ci sie wydaje, Kostucho, a ty pomoc nie chcesz.
Skrzywi usta w ironicznym usmieszku i powedruje dalej zagladac w inne okna. A ja zostaje i musze sie meczyc.
Po tym piatkowym omdleniu, do ktorego w normalnych okolicznosciach slubny wezwalby pogotowie, bo taki dostal ode mnie nakaz, a dostal, bo nie ma zartow wokolosercowych. Przedtem cucil mnie, wlokl do lozka, przykrywal kolderka i zostawial w spokoju, a mnie po dlugotrwalym spaniu jakos samo przechodzilo. Teraz juz mnie nie zawlecze, bo jak wiecie, po rzuceniu palenia dupa mi urosla, a slubny tez juz nie mlodzik, wiec nie moge wymagac, bo jeszcze przedwczesnie gdowom bym sie ostala. A kiedys... kiedys to nosil mnie na rekach i to nie tylko przez prog po slubie. Ale wracajmy do meritum, bo zaczynam dywagowac niepotrzebnie i sentymentolic po proznicy. No wiec po tym omdleniu slubny strachliwie spytal, czy wzywac karetke, wiec go malo wzrokiem nie zabilam. Karetke z korona?
- Chcesz sie mnie przedwczesnie pozbyc?
Pewnie, ze nie chcial, przeciez on zginalby marnie beze mnie i on o tym wie, wiec chyba tylko dlatego pytal o te karetke zamiast ja od razu wezwac. Do lozka doczolgalam sie na czterech, majac na uwadze, ze gdybym znow padla, to daleko nie polece. Kiedys wstalam, zeby dojsc do lozka i o malo zebow nie stracilam, kiedy pocalowalam sie z podloga. I na tym bym poprzestala, bo juz w sobote dobrze sie poczulam, a kiedy mi strach przechodzi, to nie po drodze mi do lekarza, zreszta w dobie pandemii isc dobrowolnie w to gniazdo zarazkow...  Ale nadeszla niedziela, a mnie dopadl w pewnej chwili taki czestoskurcz, ze myslalam, ze koniec moj nadszedl. Wprawdzie jeszcze nie pobilam tamtego rekordu pulsu 180 i cisnienia 200/100, po ktorym zamkneli mnie w szpitalu, ale mialam 150 przy dosc normalnym cisnieniu. No ale wystraszylo mnie, wiec w poniedzialek potuptalam swinskim truchcikiem do rodzinnej.
Jeszcze siedzac w aucie, opancerzylam sie, nawleklam gumowe kondomy pieciopalczaste na rece oraz maseczke na fizys i wkroczylam do jaskini koronawirusa (pozniej dowiedzialam sie, ze nie mieli jeszcze zadnego przypadku). Kiedys rejestracja byla otwarta, teraz zaslaniala ja gruba plexi-szyba z maniunim okieneczkiem, z poczekalni zniknelo co drugie krzaslo, ludzie jakos tak spode lba zerkaja, pracownice w maskach i rekawiczkach, doktórka tez. Siedzimy skurczeni jak kurczaczki, zeby zmniejszyc wlasne gabaryty i tym samym zwiekszyc odleglosci, az tu nagle wchodzi taka jedna i najspokojniej staje mi nad glowa! Myslalam, ze zatrzymala sie na chwile, zeby kogos przepuscic, a ta nie, stoi jak dziwka w parku Moniuszki w miescie Uc i przeglada telefon. A miejsca dosyc, nie zeby nie miala gdzie. Jak nie szurne baby slownie, to odskoczyla tak szybko, ze malo dziury w scianie nie wybila. Mozna? Mozna!
Zrobili mi ekg, najlepsze nie bylo, ale zyc bede, tym razem nie mialam takich ozdobnych koronek na wykresie, jak poprzednio. Dostalam leki "na wypadek", nie do codziennego zazywania, a zazywac mam te co mam. Spytalam tak calkiem przy okazji, czy robia testy na wirusa, owszem, robia na zyczenie, a kosztuje ta przyjemnosc 130 euro. Za darmoche tylko w przypadku kontaktu z osoba chora lub zarazona. Tak wiec w bajki mozna wlozyc te cukierkowe pochwaly rzadu Merkel, ktory testuje na zyczenie, rozdaje pieniadze malym przedsiebiorcom, a duzym to juz w ogole daje setki tysiecy, osobom na kwarantannie placi za siedzenie w domu 850 euro i finansuje dostawy zarcia z restauracji trzy razy dziennie (przeczytalam na fejsuniu), no i w ogole szasta pieniedzmi, a Kaczynski nie. Nie wiem, kto takie bajki wymysla i kto w to w ogole wierzy.
No ale wystraszylo mnie mocniej niz poprzednio, wiec jeszcze dodatkowo zrobilam sobie termin do kardiologa, mam na 23 czerwca, bo ja chcialam do jednego konkretnego kardiologa, a poza tym moge tylko po poludniu.

Pozostancie w zdrowiu!

Dzisiaj 10 rocznica tragedii smolenskiej, bardzo zal mi zmarlych wtedy ludzi lewicy i zalogi, reszta zginela z winy i na zyczenie tego, ktory po ich truchlach wspial sie na wyzyny, wprowadzil w Polsce dyktature, rozkradl ze swoimi kolesiami wszystko, co sie dalo. A mogl poleciec z tamtymi... Szkoda.







poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Jak zarobic...

... kilka stówek eurasków nie ruszajac sie z domu. Ani nawt palcem.
Ktoregos dnia wyszlam rano do samochodu, a tu kartka za wycieraczka, opakowana w folie, zeby nie zamokla o tresci mniej wiecej takiej:
Nazywam sie XY i wczoraj przy parkowaniu chyba zawadzilam o pani samochod. Gdyby pani znalazla jakies uszkodzenia, prosze sie ze mna skontaktowac pod numerem telefonu...
I tu juz mialo miejsce  pierwsze  wykroczenie, mianowicie "ucieczka z miejsca wypadku", bo w Niemczech tak jest, ze nie wolno zostawiac kartki za wycieraczka, bo moze ona zaginac albo ktos ja zlosliwie wyjmie albo nie wiem co jeszcze. Trzeba czekac na wlasciciela pojazdu, niewazne jak dlugo albo powiadomic policje. Dziwne, ze ta kobieta nie zglosila sie do nas bezposrednio, bo wiedziala, gdzie mieszkamy. To byla sasiadka z naszej ulicy.
Nie mialam czasu rano zajmowac sie ogladaniem szkod, ale kiedy wrocilam, razem ze slubnym wszczelismy ekspertyze. Z trudem znalezlismy jakies ryski na zderzaku.



Zadzwonilam do tej kobiety, zaraz zeszla na ulice, pokazalam jej te uszkodzenia i udalismy sie do nas do domu na ustalanie co dalej. Docenilam jej uczciwosc, bo w koncu nie musiala zostawiac tej kartki, a my z pewnoscia nie zauwazylibysmy tych minimalnych rysek. Dodalam jednak, ze popelnila wykroczenie, bo nie powinna byla zostawiac kartki, a przyjsc bezposrednio do nas.
Ja wiedzialam, ze idac droga oficjalna, czyli zalatwiajac szkode za posrednictwem jej ubezpieczalni, dostane wieksze odszkodowanie, ale... no wlasnie. Ta kobieta to chyba Niemka z Kazachstanu sadzac po akcencie, cala jej twarz to jedna wielka blizna, jakby ja ktos kwasem oblal albo ulegla ciezkim poparzeniom, za bogata tez pewnie nie byla, bo nie czarujmy sie, nasza dzielnica nie jest najlepsza w miescie, a po samochodzie i ubraniu tez widac bylo, ze nie ma za duzo na zbyciu. Ja zas wiedzialam, ze i tak samochodu nie bede reperowac, bo sie nie oplaca. Zaproponowalam jej, zeby dala nam stówe i sprawa bedzie zalatwiona i myslalam, ze przyjmie propozycje z radoscia. Za spowodowanie uszkodzenia cudzego auta bowiem pojdzie w gore w procentach w swojej ubezpieczalni, a to bedzie ja kosztowalo znacznie wiecej. A ta, ze nie! Bedziemy zalatwiac przez ubezpieczalnie i koniec, nie ma innej opcji. Aaa no to prosze uprzejmnie, jak sobie zyczy.
Przez ten czas, kiedy ona meldowala szkode, ja udalam sie po kosztorys do naszego mechanika i malo nie padlam, kiedy wyniosl ponad 1000 euro. W takim przypadku mam dwa wyjscia:
1. albo auto reperuje i dostaje od ubezpieczalni cala sume
2. albo nie reperuje i dostaje sume pomniejszona o VAT (tu Mehrwertsteuer) w wysokosci 19% i jeszcze jakies drobne potracenie.
Nasz przyjaciel, ktory sam jest agentem ubezpieczeniowym, dokladnie nas o wszystkim poinstruowal, jak rowniez o tym, ze tamta ubezpieczelnia bedzie probowala stosowac pewne triki i zeby sie na to nie dac zlapac. Ich trikiem miala byc propozycja, zebym zadzwonila, to zalatwianie bedzie nieformalne i sie dogadamy. A ja nie mialam zamiaru dzwonic, wyslalam do nich od razu pismo z zadaniem (rzondaniem) zaplaty, kosztorys, zdjecia i numer konta, po czym zyczylam milego dnia i przesylalam serdeczne pozdrowienia, ktore byly tozsame z "pocalujta mnie tam, gdzie pan prezes" czy jakos tak. Po czym zalozylam raczki i czekalam spokojnie, a bylam nawet przygotowana na szarpanine sadowa, ale mam to adwokackie ubezpieczenie, wiec moge sobie z nimi leciec przez wszystkie instancje i nic mnie to nie kosztuje. Juz korzystalam, to naprawde bezcenne.
No i w sobote dostalam pisemko, ze pieniadze juz plyna na konto. Przadadza sie na pewno.
I nadal nie moge zrozumiec, dlaczego ta kobieta nie przyjela naszej propozycji, moze myslala, ze reperacja bedzie tansza, a ja chce na niej zarobic? Moze nie wiedziala, ze skladki beda z pewnoscia drozsze niz o te stowe? Ja bymbrala z pocalowaniem w tylek, ale jak kto nie chce, to nie zmusze. Ja stracilabym na tym znacznie wiecej, wiec moze i dobrze sie stalo.

Pozostancie w zdrowiu.






sobota, 4 kwietnia 2020

Wyjasnienie.

Na pewno wielu z Was zdziwilo sie, ze znow tak dziwnie zniknelam. Mnie tez to zdziwilo i to dosc dosadnie, ni stad ni zowad dopadlo mnie jakies zdrowotne nieszczescie.
Jak wiecie, od lata ubieglego roku biore tabletki na obnizenie cisnienia, dlugi czas kontrolowalam, ale potem przestalam, bo sie ustabilizowalo. Jak pamietacie, jeszcze duzo wczesniej miewalam jakies gwaltowne spadki cisnienia, skutkujace utrata przytomnosci, ale od lat nic takiego mi sie nie przytrafialo. Az do wczoraj.
Noc mialam nienajlepsza, bo budzily mnie nieprzyjemne skurcze zoladka, ale pomyslalam sobie, ze pewnie zezarlam cos, co nie bylo calkiem swieze.  Rano wstalam, podreptalam na poranne siusiu i dopadlo mnie, kiedy na szczescie juz siedzialam na kibelku, wiec obylo sie bez strat na ciele. Slubny zmierzyl mi cisnienie, juz po odzyskaniu przytomnosci mialam 100/50. Pozniej przez caly dzien spalam, doslownie. Znacie moje uzaleznienie od fejsunia, zreszta ukazal sie moj nowy post, a ja nie mialam sily  ani ochoty na nic, tylko spac! Kiedy po poludniu znow wstalam na toalete, przez caly czas musial mnie slubny podtrzymywac i pilnowac, bo prawie ustac nie moglam. Na zoladek kupil mi krople i jakos to chociaz przeszlo. Pod wieczor troche oprzytomnialam i pomyslalam, ze noc bede miala z glowy, skoro spalam przez caly dzien. Przeczytalam kilka stron ksiazki i... zasnelam tak spokojnym i glebokim snem, jak malo kiedy. Ani razu sie nie obudzilam i spalam do 7.30. Reasumujac, spalam prawie 36 godzin, z przerwa na omdlenie, fajnie, co nie?
Slubny kupil mi wprawdzie sucharki, ale wczoraj nie jadlam zupelnie nic, a dzisiaj tez niespecjalnie mam apetyt. No ale tym akurat sie malo martwie, bo mam z czego chudnac. Tabletek na obnizenie cisnienia nie biore, dzisiaj mialam 120/60. Powinnam skonsultowac sie z lekarzem, ale jak tu isc bez strachu do jakiegokolwiek medyka w dobie pandemii. Zaczelam sie tez zastanawiac, czy nie dotknal mnie wirus, bo do jego nietypowych objawow naleza m.in. problemy jelitowe, z tym, ze ja nie mialam biegunki ani wymiotow. Innym objawem moze byc nienormalne zmeczenie. Niby niespecjalnie zgodne z moimi, ale mozna naciagnac. No i tak to ze mna bylo.
Dzisiaj czuje sie o niebo lepiej, chociaz jestem strasznie oslabiona. Dziekuje wszystkim za pamiec i dobre slowo, jak widac pomoglo.
A teraz lece odpowiadac na wczorajsze Wasze komentarze.




środa, 1 kwietnia 2020

Niedogodnosci zarazy.

Bardzo sie ostatnio czesto wzruszam, ten wirus sprawia, ze mam oczy na mokrym miejscu, takie dzialanie uboczne, niewydolnosc oczna, by nie nazywac rzeczy po imieniu wzorem pisiorow. Wzruszylam sie zatem do imentu, nawet lze uronilam, przyczytawszy skargi gromady tzw. celebrytek, ale nie tylko, bo niektore "normalne" tez miewaja po dwie lewe rece. Bo otoz mamy drugi czy tam trzeci tydzien odosobnienia, a co gorsze, pozamykanych zakladow uslug urodowych, a juz rozlega sie lament, ze celebrytkom brwi zarastaja na czolo, ze widac odrosty na lbie, ze paznokcie niepolakierowane, ze na pietach rzepe siac mozna, a w owlosieniu lydek moga konkurowac z orangutanem. Noszszsz...! A nie laska wziac do lapy pensete i poskubac brewki, kupic w drogerii farbe i zlikwidowac odrosty przy pomocy meza, wziac cazki, pilnik i lakier i jakos te pazury doprowadzic do ladu, a pozniej jednorazowa maszynka czy tam innym kremem
wydepilowac nogi,  pumeksem wyszlifowac piety, a na koniec pomalowac nozne pazury? Jasnie-qrna-panie, ktore niczego same nie potrafia i kiedy im zamkna przybytek, zaczynaja byc podobne do malpy. No tak sie zwruszam czytajac te skargi i zastanawia mnie, jak taka jedna z druga poradzi sobie podczas  takiego rzetelnego, prawdziwego kryzysu, kiedy nie bedzie popytu na celebryctwo, a jedynym klopotem bedzie zdobycie miski ryzu na codzien. Skoncza sie sponsorujacy reklamodawcy, skonczy sie zainteresowanie gimnastyka wyszczuplajaca, bo zycie wyszczupli wszystkich za darmo.
Nastepnym problemem, juz nie celebrytek, ale matek i zon, jest stala obecnosc ich mezow i dzieci w domach. A jeszcze nie tak dawno wszystkie plakaly, ze ta pogon za pieniadzem uniemozliwia zycie rodzinne, ze kiedy chlop wraca, to dzieci dawno juz spia i nie moga spedzac razem czasu, ze zawias
drzwiczek od szafki kuchennej nie zreperowany, a salon az prosi sie o remont. Tymczasem chlop siedzi w chalupie, nawet sie nie ubierze i nie ogoli, bo "prowadzi biuro" przez lapka, wciaz warczy, bo nudzace sie dzieciary zaczepiaja jasnie pana, zadnej pomocy i tylko stres. Zycia rodzinnego jak nie bylo, tak nie ma, wyjsc nie wolno i wszystko jest nie do wytrzymania.
Chyba oduczylismy sie zyc razem, jakos jeszcze organizujemy zycie w biegu, ogarniamy sporadyczne przekazywanie sobie wiadomosci i polecen, przyzwyczailismy sie do dwoch wspolnych dni w tygodniu, a wlasciwie tylko niedzieli, bo sobote przeznaczamy najczesciej na sprawy domowo-techniczne. Co sie z tymi ludzmi porobilo? Zanikla umiejetnosc rozmowy czy zabawy z dziecmi, ktorych pokoje zawalone sa po sufit zabawkami, a one sie nudza. A my? Nagle mamy wiecej czasu, ktory mozna byloby spozytkowac na odbudowanie wiezi rodzinnych, a tymczasem slyszy sie o nalogowym Netflixie, czytaniu, szydelkowaniu i denerwujacym mezu i dzieciach.
Chyba nie tedy droga...

Pozostancie w zdrowiu!





poniedziałek, 30 marca 2020

Milosc w czasach zarazy.

Ostatnio slyszalam w radiu, ze bardzo wzrosla liczba zamowien w ksiegarniach internetowych, a najczesciej poszukiwana jest nomen omen "Milosc w czasach zarazy" Gabriela Garcii Marqueza. Mozna sobie sciagnac do posluchania:

Wszyscy powoli maja dosc ograniczen, przymusowej laby, budzacych groze wiesci medialnych o liczbie nowych zakazen i przypadkow smiertelnych, ktore nie robia juz tak duzego wrazenia jak na poczatku pandemii. Ludzie uodparniaja sie na smierc, kiedy wystepuje w takiej masie, zaczyna ich obchodzic jedynie bezpieczenstwo rodziny, przyjaciol i wlasne. Cieszy sie, ze zyje, ze jeszcze go nie dopadlo, zastanawia sie, co bedzie dalej. Bo wirus kiedys tam zostanie zwyciezony, jak nie poprzez nabranie odpornosci przez wiekszosc populacji, to za sprawa szczepionki, ktora z pewnoscia ktos niedlugo wymysli. Kiedys... nie wiadomo kiedy, nawet w mglistym przyblizeniu. Wiadomo jednakze, ze na ofiarach w ludziach sie nie skonczy, znacznie powazniejsze straty czekaja  godpodarki   wszystkich krajow dotknietych pandemia. Straty i wielki kryzys, ktory z nich wyniknie, moze byc znacznie gorszy od smierci. Wstarczy sobie przypomniec wielki kryzys w latach 30-tych ubieglego wieku i ludzi umierajacych z glodu lub odbierajacych sobie w desperacji zycie.  To budzi moja wieksza obawe niz sam wirus, bo jest od niego znacznie gorsze.
Tymczasem bywam regularnie na swiezym powietrzu, bo pogoda sprzyjala aktywnosciom psio-ludzkim, az do niedzieli, bo tego dnia gwaltownie sie ochlodzilo, sieklo deszczem, a wiatr uniemozliwial chodzenie i powodowal lzawienie oczu. Szybko wrocilismy sponiewierani do domu, bo taki spacer nie sprawial zadnej przyjemnosci. Dla tych bez fejsbunia kilka naszych spacerowych migawek.



















      


Pozostancie w zdrowiu!







wtorek, 24 marca 2020

Prasówka.

Mozna powiekszyc klikiem Zrodlo
Nie ma tego zlego... Z jednej strony kryzys wirusowy w Niemczech i 30 tysiecy zakazen wirusem oraz sporo ponad setka zgonow, a z drugiej... samoloty stoja na ziemi, samochody jezdza bardzo rzadko, fabryki nie pracuja, przez co emisja CO2 drastycznie spadla, nawet ludzie siedza w domach i nie wydychaja z siebie ludzkich spalin, wiec praktycznie juz Niemcy osiagnely tegoroczny cel klimatyczny. Po necie kraza zdjecia czysciutkiej wody w kanalach Wenecji i lawice malenkich rybek. Albo zdjecie z Krakowa, smogowej stolicy Polski, gdzie Tatry widac tak wyraznie, jak malo kiedy. Ewidentnie widac, ze tzw. normalne zycie bardzo naszej ziemi szkodzi. Wystarczylo kilka tygodni stanu wyjatkowego i planeta zaczyna sie w widoczny sposob regenerowac, niech wiec przeciwnicy grinpisow i ekologow racza jeszcze raz pomyslec, czy jednak nie maja oni racji. Natura nie potrzebuje czlowieka do istnienia, przeciwnie, bez niego radzi sobie znacznie lepiej. Wszystko to dowodzi, jak bardzo ja niszczymy.

Zwatpilam w  ludzi, naprawde. Wydarzylo sie cos niewyobrazalnego, cos strasznego, co niestety zahacza rowniez o moja rodzine, choc na szczescie obeszlo sie bez bezposredniego zagrozenia zycia. Jak wiecie, ja jezdze sobie do dentysty na wioche, ale moje dzieci, kiedy jeszcze nie mialy wlasnych aut, a juz byly pelnoletnie, zmienily dentyste na latwiej dostepnego w Getyndze. Jego pacjentami sa rowniez nasz przyjaciel z synem i jego rozwiedziona zona z corka. Kiedys dawniej w jego gabinecie pracowal z nim jego brat, a po jego smierci wskoczyl na wakat syn, kiedy ukonczyl studia. Drugi syn pracuje jako technik dentystyczny w laboratorium, razem z nim ok. 30 osob. Taki dlugi wstep, ale to wazne. Tenze dentysta (wiek ok. 60-tki) i obaj jego synowie pojechali sobie na zimowy urlop narciarski do Austrii, pech chcial, ze do strefy zagrozenia, podobno juz wtedy bylo wiadomo, ze tam jechac nie powinni, ale urlop byl wazniejszy. Po przyjezdzie nikomu nie zameldowali o mozliwosci zarazenia wirusem, nie zrobili testow, tylko przystapili do pracy (!!!) Pracowali tak sobie ze dwa tygodnie do czasu, kiedy u ojca wystapily pierwsze objawy choroby. Ale i wtedy dr W. nie zglosil sie do lekarza, tylko probowal sam leczyc sie w domu. Do momentu az dostal kollapsu i karetka odwiozla go na oddzial zakazny, gdzie nadal przebywa w stanie krytycznym. Jak sie okazuje, synowie tez zachorowali, ale ich stan jest nieco lepszy od ojca. I teraz najlepsze! Nie wiadomo przez kogo, ale sprawa miala zostac zamieciona cichcem pod dywan. Nie zarekwirowano kart pacjentow, ktorzy po powrocie z Austrii byli przez niego, a raczej przez nich obslugiwani, wydzial do spraw zdrowia (Gesundheitsamt - cos jak polski Sanepid), ktory bylby wladny nadzorowac sledztwo po tym skandalu, nie tylko milczal, ale zabronil lokalnym gazetom cokolwiek na ten temat napisac. Jego gabinet oczywiscie zamkniety, personel na kwarantannie, laboratorium, gdzie pracowal drugi syn, rowniez, a caly personel i jego rodziny w domach pod obserwacja. Prasa miejscowa nadal milczy, a dowiedzielismy sie o tym z jakiejs gazety wydawanej w bylych DDRach (tu LINKA). Spanikowana dzwonilam po wszystkich moich dzieciach, ale okazalo sie na szczescie, ze wszystkie, jak rowniez nasz przyjaciel, jego eks i ich dzieci - byli u doktorow W. jeszcze w ubieglym roku. Wiecie co? Nigdy wczesniej tak sie nie balam, zanim sprawa sie wyjasnila, ze nikt z moich najblizszych i znajomych nie byl obslugiwany przez niego/nich w wiadomym czasie.
Nie nadazam za ich tokiem myslenia, wprawdzie to dentysci, ale i dentysta jest przeciez lekarzem.

Kiedy spotyka sie teraz kogos znajomego, rozmawia sie w ewidentnie wiekszej odleglosci od siebie niz jeszcze w ubieglym tygodniu. Na dowidzenia mowi sie POZOSTAN W ZDROWIU. Mile to i wzruszajace. Jakos tak czlowiek zdaje sobie sprawe, ze kazde takie spotkanie moze byc ostatnim.





poniedziałek, 16 marca 2020

Dziwnie jakos...

Chyba nie ma czlowieka, ktory nie myslalby o tym, co sie ostatnio dzieje. No bo niby zyc trzeba dalej, jesc, wydalac, a niektorzy chodzic do pracy. Niby wszystko jak przedtem, co najmniej u mnie, ktora nie bywa w restauracjach, wiec ich zamkniecie mnie nie obchodzi. Ktora nie ma dzieci w wieku szkolnym, wiec nie klopocze sie o opieke czy organizowanie dzieciom zajecia przez caly dzien, zwazywszy, ze znane i lubiane czynnosci na swiezym powietrzu musza zostac drastycznie ograniczone, podobnie jak odwiedziny u znajomych czy rodziny. Juz wspolczuje zestresowanym rodzicom, ktorzy musza jeszcze wymyslac zabawy nie mniej zestresowanym pociechom. Bo niby zdrowe, a na plac zabaw czy do rowiesnikow to juz nie wolno.
W Niemczech ma byc zorganizowana opieka swietlicowa, zeby rodzice mogli dalej pracowac, ale dla mnie to troche nielogiczne, bo skoro dzieciom nie wolno przebywac w budynku szkolnym na zajeciach, to jakim cudem wolno w swietlicy? Tam sie nie zaraza?
Wielu ludzi nagle zaczyna pracowac z domu, obecna technika umozliwia wiele i chwala jej za to. A tu rozkapryszone i nudzace sie potomstwo uniemozliwia skupienie. Zona tez probuje wykorzystac rzadka obecnosc malzonka w domu i juz szykuje liste rzeczy do naprawienia.
Inni nie maja tyle szczescia, nie pracuja, nie zarabiaja, wykorzystuja urlopy, zeby nie zostac bez grosza. Czesc nie ma nawet takiej opcji do wyboru. Nie pracuja, nie zarabiaja, szybko traca plynnosc finansowa, nie placa rachunkow, groza im nieobliczalne konsekwencje, z bezdomnoscia wlacznie.
Bo nie wiadomo, jak dlugo potrwa ten chaos, dezorganizacja, dezinformacja. Nie ma madrego, ktory by przewidzial choc przyblizona date konca tych ograniczen, ktore z czasem beda coraz wieksze i drastyczniejsze.
Malo kto chyba zdaje sobie w pelni sprawe z powagi sytuacji, bo nikt z nas nigdy dotad nie zyl w czasach pandemii, nikt nie chce sobie nawet wyobrazac, na co jestesmy wszyscy narazeni. Pocieszamy sie nawzajem wysmiewajac i bagatelizujac zagrozenie, opowiadajac jak to my sie niczym nie przejmujemy, nie robimy zapasow, a kiedy braklo srajtasmy, to bedziemy sie wycierac gazetami, bo jakies glupki wykupily caly zapas. Zewszad slyszy sie chichotki i wyrazy pogardy dla tych, ktorzy nie to, ze sie boja czy sieja panike, ale co najmniej stosuja sie do wymogow sztabow kryzysowych i np. siedza w domach i nie daja sie zaprosic do kogos, wychodzenie ograniczaja do minimum, nosza maski. Dla wesolkow sa pajacami i panikarzami.
Moj dobry znajomy pochwalil mi sie wczoraj, ze byl z dziecmi na basenie i cieszyl sie, ze bylo tak pusto i mieli duzo miejsca dla siebie. A mialam go za czlowieka rozumnego. Przeciez obiekt basenowy sam w sobie, bez szalejacej wokol zarazy, ma wielki potencjal na wylegarnie wszelkiego rodzaju bakterii, wirusow czy grzybow, jest cieplo, wilgotno i nie wiadomo, kto z korzystajacych na co choruje. Malo tego, ten moj znajomy byl oburzony, ze odwolano urodziny jednej z kolezanek jego corki, bo rodzice bali sie puscic swoje pociechy na taki sped. On by corke puscil. Teraz jego najwiekszym zmartwieniem sa spadajace notowania akcji na gieldach. Rece opadaja...
Jestem jak najdalsza od panikowania, zamkniecia sie w domu i zlecenia dostarczania sobie jedzenia dronem, ale do cholery, trzeba czasem myslec. To nie jest jakies bagatelne przeziebienie, nawet nie grozna w skutkach grypa, na ktora umiera statystycznie wiecej osob rocznie niz na corone, ale to swinstwo nie tylko jest bardzo zarazliwe, ale i podstepne, bo zarazaja juz osoby, u ktorych jeszcze nie wystapily zadne symptomy (i byc moze nawet nie wystapia), ci ludzie calkiem nieswiadomie niosa wielkie niebezpieczenstwo. A moze ich byc wszedzie pelno. Wystarczy o tym nie zapominac i nie ma to nic wspolnego z sianiem paniki. Natomiast ci wszyscy, ktorzy lekcewaza zalecenia, kozakuja i przechwalaja sie w mediach publicznych, ze ich to wcale nie dotyczy, ze zaraza to gdzies, komus sie przydarza, im z pewnoscia nigdy. Oni beda najzalosniej potem plakac i obwiniac wszystkich wokolo.
Zdrowego rozsadku i ostroznosci nigdy za wiele.
I nie, nie mozna mowic, ze sie zyje i zyc bedzie jak wczesniej. Nic juz nie bedzie jak wczesniej. Mozna narzucic sobie samemu pewne ograniczenia, mozna tez czekac az zrobi to rzad i sztab kryzysowy, jak w Hiszpanii, gdzie drastycznie ograniczono swobode poruszania sie i wychodzenia z domow. I nie chodzi tu o ludzi na kwarantannach, to dotyczy wszystkich, wlacznie z turystami, ktorzy maja pecha przebywac tam teraz.

 Znalazlam na fejsbuniu.