Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Posty goscinne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Posty goscinne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 stycznia 2018

Gosia z Jelcza goscinnie.

Ciesze sie, ze Gosia przyjela moje zaproszenie do umieszczenia na tym blogu wlasnego wpisu. Nie wszyscy maja zaciecie do prowadzenia bloga, ale czasem chca sie podzielic z innymi czastka swojego zycia, radosciami i dramatami. Oddaje glos Gosi:

Dzień dobry Aniu Pantero!                                                                                                                                             Dziękuje Tobie, że mogę u Ciebie grzecznościowo podzielić się swoim bólem po utracie Luny[husky] i radością bo mam Lunę w innym futerku. Luna odeszła od nas 22 listopada 2017 roku.W ciągu niecałych dwóch dni zabrało mi psa.Wydawało się, że zdrowego. Chorowała na padaczkę. Brała leki. Dwa miesiące przed śmiercią miała robione wszystkie wyniki. U neurologa była przebadana od czubka nosa do ogona. Wyniki miała jak dwuletni pies. A kiedy zmarła miała siedem lat. W poniedziałek zaczęła zwracać. Poszliśmy do weta. Dostała antybiotyk i leki przeciwwymiotne. W nocy dalej zwracała, więc pojechaliśmy do innego weterynarza. Zrobili jej wyniki i prześwietlenie, które niczego nie wykazało. Dostała znów leki i kroplówkę. Do domu dostałam dwie strzykawki kontrastu. Ucieszyłam się, ze nie zwróciła. Rano miała dostać kroplówkę. O 14 miały być wyniki i mieliśmy jechać z tym podanym kontrastem na prześwietlenie. Luna nie dożyła. Rano odeszła przy mnie. Serce mi pękło. Zrobiliśmy sekcję. Musieliśmy wiedzieć, co w niecałe dwa dni zabrało nam Lunę. Wyniki mnie zszokowały. Ostre zapalenie trzustki na skutek pękniętej przepony w dwóch miejscach. Zebraliśmy się w domu. Kiedy to się mogło stać. Dwa miesiące przed śmiercią Luna zapolowała lub goniła naszą kotkę Pusie, z którą żyła prawie siedem lat. Wskoczyła na blat kuchenny, który pękł. Nie od kotki,  która waży trzy kilo. Poślizgnęła się o kuchenkę [była na niej sierść Luny], zwaliła szklanki, talerze i czajnik. I na niego musiała spaść. Ważyła prawie trzydzieści kilogramów. I wtedy musiała jej ta przepona pęknąć. Luna nie pokazała nic, że jej coś jest. Jadła, piła, biegała, bawiła się z ulubionym psem. Kupy miała normalne [zbieram]. Patolog potwierdził, że tak było. Na pocieszenie powiedział mi, że była szczęśliwym pieskiem. Nawet moja weterynarz płakała. Luna była ze schroniska. Biegała, zanim się przeprowadziliśmy, w zaprzęgach. Syn stwierdził, mamo musisz mieć psa, bo ból ciebie wykończy. Wiedział, co mówi. Bo przed Luną miałam dalmatyńczyka. Odszedł w wieku dwunastu lat na niewydolność nerek. A teraz mamy Lunę. Ma dziś osiem tygodni. Urodziła się parę dni po śmierci Luny. Mama husky, tatuś nieznany.                                                                    
Dziękuję za wysłuchanie.              Gosia                                                                                                                                               
To ja Ci dziekuje, ze zechcialas sie z nami podzielic swoim dramatem. Trudno uwierzyc w tak tragiczny zbieg okolicznosci. Niech to bedzie ostrzezeniem dla nas wszystkich, ktorzy mamy w rodzinie pieski, ze zwierzak moze sie zabic przy zwyklej zabawie. To straszne!
Gosia przyslala nam zdjecia Luny Pierwszej...
 


 
 ... i Luny Obecnej




Mala Lunka musi byc podobna do taty, oczka ma ciemne, nie huskowe. Slodki z niej bobas i ma bardzo oryginalne umaszczenie. Moze dzieki jej obecnosci choc troche mniej bedzie bolala strata Duzej Luny. Sciskam, Gosiu, i dziekuje za Twoj wpis. Mam nadzieje, ze podzielisz sie jeszcze kiedys z nami postepami swojej malej czworonoznej coreczki.






czwartek, 1 stycznia 2015

Jääisiä lyhtyjä - czy ktos to wymowi?

Pod jednym z moich poprzednich postow Echo napisala:
... Ale mi rece zmarzly od odsniezania drozki do drzwi Jeden szerszy zamach miotla i swieczka w lampionie lodowym zgasla. Lampiony jak te wyroby kroscienskie z lodu na miare wiaderka bez skazy z zatopionymi babelkami powietrza. Aby powstaly i sluzyly jako ochrona niklego plomyczka swiec od wiatru wymagaja duzego mrozu. Teraz i tu najbardziej sa odpowiednie warunki. Trwaj zimo choc jeszcze kilka chwil. Taka modlitwa do zimy a moze tylko ... oda?
Uznalam, ze to bardzo ciekawy temat i zaraz poprosilam Echo o jego rozwiniecie. Oddaje Jej glos:

Zima mimo sniegu jest ciemna, tak do gory od tego sniegu na powierzchni az do nieba. Swieta zimowe sa swietami swiatel. Swiatla i swiatelka moga byc rozne; od sztucznych ledowych gotowcow poprzez zywy ogien zamkniety w roznego rodzaju lampach, lampionach z drewna-metalu-szkla lub w naturalnym materiale: snieg, lod, naciety pien drzewny. Mnie sie
podobaja takie latarenki powstale z kul sniegowych ukladanych jak scianki w igloo ale wtedy potrzeba mokrego sniegu. W mrozne dni mozna wykonac samemu lodowe lampiony/latarenki. One przetrwaja nawet troche cieplejsze dni a na mrozie to calkiem dlugo pelnia swoje zadanie

Jak to zrobic?
        -  Potrzebny jest mroz conajmniej minus 10 stopni i kazdy minus to plus dla lampionu.
        -  Potrzebne wiadro lub kilka. Wiadro napelnia sie woda zostawiajac kilka centymetrow bez wody. Wiadro wystawia sie na mroz na cala noc a czasem i dzien (przy 10 litrach starczy dzien powyzej (a moze ponizej ) 10 stopni mrozu, najlepiej zostawic po poludniu na noc i rano sprawdzic)

          - Sprawdzic czy brzegi i gora sa zamarzniete a w srodku jest jeszcze woda. Chwycic w lape siekierke, dlutko lub wiertlo i zrobic dziurke na powierzchni lodu, (na powierzchni zamarznietej wody w wiaderku). Wylac przez nia zawartosc niezamarznietej wody (wode najlepiej zlewac do wiadra aby przy pierwszej nieudanej probie, miec juz zimna wode na nastepna noc i przy okazji nie urzadzic sobie lodowiska przed drzwiami.
         -  Na chwile (tak na oko kilka do kilkanastu minut, nawet i pol godziny w zaleznosci od ciepla lazienki) zabrac zamarzniete wiaderka bez wody do lazienki i pozwolic aby scianki wiaderka sie lekko ogrzaly, zrobily sie sliskie i aby mozna bylo wyjac lod z wiaderka. Nie klac jak wyleci i sie rozbije w lazience. To tylko woda w stanie 'twardym'.
          - Wyniesc na zewnatrz jeszcze w wiaderku, odwrocic ostroznie wiadro i uwolnic lod. To co bylo dnem w wiaderku bedzie u gory i nalezy jakims ostrym narzedziem, ostroznie ale zdecydowanie wyciac/wystukac dziure wielkosci reki i swieczki.
         - Zapalic swieczke i umiescic na srodku lodowego lampionu albo wlozyc swieczke i starac sie ja dlugim zapalkiem zapalic. Lampion powinien stac rowno aby swieczka sie nie przesunela i nie stopila scianki.
          - Cieszyc sie jak dziecko, ze sie udalo i ogladac przez szybke caly chocby wieczor trzymajac w zziebnietych rekach goracy kubek, z goracym napojem … wysluchawszy ze stoickim spokojem narzekania na zalana lazienke innych wspolmieszkancow.
Mozna tez przy dojsciu do wprawy z lodowymi lampionami (jääisiä lyhtyjä; jää=lod, lyhty=lampion) starac sie je upiekszyc np galazkami swierku czy nawet kwiatkami. Nie jest to jednak latwe bo nalezy przewidziec, zeby zostaly te ozdoby wlasnie zamrozone na kilka centymetrow w sciankach i do gory nogami.
Wode mozna tez zabarwiac. Mnie sie nigdy nie udalo. Np woda z buraczkow i tak byla przezroczysta a drobinki czerwone sadowily sie na dnie, ktore potem sie i tak w wiekszosci usuwa. No ale moze jakis domorosly chemik sobie z tym poradzi.
Zaleta jest pewnego rodzaju ekologia, lod sam sie na wiosne rozpusci i nie zabiera tez miejsca magazynowania przez wiekszosc roku obudowy. Jedynym zgrzytem sa swieczki ale mozna na zewnatrz palic te podarowane, ktorych ze wzgledu na koty, nie mozna palic w domu. Uwaga na wasy kotow, ktore z ciekawoscia zagladaja do lampiona, im mniejsza dziurka, tym miejsza mozliwosc utraty wasow przez kota.





środa, 24 września 2014

Mgla nie mgla przez dym.

W tygodniu udalo mi sie 'zalapac'  na wycieczke calodniowa w 'gory' ale i nad jezioro. Miejsce jest mi bardzo dobrze znane i lubiane. Kilka razy do roku tam zagladamy. Tym razem sceneria juz jesienna. Jeszcze zielono ale przebarwienia na lisciach juz zauwazalne. Wszystko jakby troche zmeczone susza i latem. Grzybow bylo duzo, rowniez przy drodze, ludzi juz na szczescie mniej. Tym razem udalo nam sie zasmakowac przyrody. No i ajbardziej nam smakowalo pieczenie kielbasek nad woda w cudnym otoczeniu lesnego parku narodowego, w jedynym mozliwym do tego miejscu. Zwykle przy ognisku spotykaja sie turysci z roznych stron swiata. Tym razem cisze urozmaical jezyk francuski na przemian z angielskim. Tubylcy jak zwykle milczaco przygotowywali swoje kielbaski do pieczenia, piekli w milczeniu, i w milczeniu pogryzali (...'bo gdy sie milczy, milczy, to apetyt ma sie wilczy...). 
Jedziemy 100 km, potem wyznaczonymi drozkami, schodkami, kladkami, wedrujemy kilka godzin (trasy do wyboru od 3 do 11 km) unikajac spadajacych na glowe 'much losiowych' (jesienia tego talatajstwa jest duzo), przesiakamy dymem z ogniska na cale tygodnie, aby zezrec ze dwie kielbaski upieczone na ogniu z musztarda, jak jej nie zapomnimy zabrac ze soba. Ale warto, nie tylko ze wzgledu na kielbaski. Czujemy ducha natury (to ognisko pachnie dymem), te miliony lat, ktore nie zmienily w znaczny sposob ani jeziora, ani wielkich skal nad nim, ani wielkiego wawozu, ktory jest wlasciwie celem tych wycieczek. Mowi sie o tym zakatku jako o krajobrazie z Kalewali.
Dla zainteresowanych - mozna poogladac zdjecia wpisujac Helvetinkolu lub Helvetinjärvi. Milego ogladania zyczy Echo.

Skoro swit w droge

Jadacemu to i slonko w oczy przez mgle

Cos majaczy we mgle

I tu noga z gazu

Dziekujemy naturze, ze mgly uniosly sie w gore

Szukamy miejsca zamglonego

Kubki nie zaparuja jak szklanki

Ktos wlasnie zostawil smuge mgielnego dymu za soba

Jest nadzieja na mgielny dym

Dym sie mgli i dymi

A tu dym po oczach, oczy sie zalzawily, dym sie stal przezroczysty

Zamglimy sobie flaki, aby nas tylko nie zem(g)dlilo

Nastepny ranek tez mglisty

Wracamy do rzeczywistosci za miesiac

*** Helvetinkolu - znajduje sie na terenie Parku Narodowego Jeziora Helveti (Helvetinjärven kansallispuisto) Jezioro i otoczenie jeziora powstalo okolo 150 - 200 milionow lat temu. Najbardziej znany (i ogladany od 1800 roku) jest wawoz/rozpadlina/('kanion') miedzy dwoma brylami skal (dlugosc 40 metrow, szerokosc 2-2,5 metra, wysokosc skal 38 metrow). Prowadzi ze szczytu skaly do jeziora spadzista, kamienista drozka, doskonala do wspinaczki.







czwartek, 7 sierpnia 2014

Zmiana kolorow – czerwone raki mojego zycia – kolory (2)

Raki juz i tylko czerwone
Wszystko sie podobno zmienia. Podobno…
Raki mozna jesc. Jeden rak nie ma zbyt wiele miesa do jedzenia, ale w pieciu rakach, dziesieciu … to juz mieska sporo.
Konsumpca rakow w koncowce lata i poczatkach jesieni to rowniez rytual finskiego smakosza (i jak na ironie zwane ’swietem rakow’ – ”rapujuhlat”) *
*Podaje nazwe finska gdyby ktos chcial szukac w necie wiedzy. (rapu= rak, ravut=raki)

Jak zwykle w podobnych przykladach, mozna mowic o roznych szkolach. Ja je nazywam; szkola wycofywania sie rakiem przed uczta i szkola oddawania szacunku czerwonej, prawdziwej ozdobie stolu… szkoly jak szkoly, ktoras nalezy przejsc w zyciu.
Wystarczy 8-12 minut, aby z brazowego, wasatego, ze szczypcami i odwlokiem raka czystych wod slodkich uzyskac cudo kulinarne, jednoczace towarzystwo przy stole na kilka godzin. Obrobka termiczna wywabia barwniki niebieskie, brazowe czy zielone ze skorupy a wzmacnia pomaranczowy i czerwony. Powloka a szczegolnie szczypce pozostaja twarde i na stole obok rakow na polmisku i zwyklych nakryc, pojawiaja sie specjalne nozyki, szczypce/cazki do rakow. Mozna tez zabezpieczyc ubranie czyms na podobe ’sliniaczka’.  Przyprawami nieodzownymi sa: sol do gotowania, koper i cytryna. Mozna tez przygotowac sterty serwetek czy naczynie z woda do plukania palcow. Reszta zalezy od umiejetnosci kulinarnych gospodarza i umiejetnosci artystycznych polaczonych z wyczuciem estetyki dekoracyjnej. To w domu. Mozna tez udac sie na taka uroczystosc swietowania rakow do lokalu. Celebrowanie spotkania mozna rozszerzyc o wspolne wykonanie tematycznych spiewek (trudno to nazwac piosenkami), wykazac sie sprawnoscia manualna rak jak i sprawnym okiem (przynajmniej raz nalezy trafic sasiada w jego oko w ramach grzecznosci, jakas czastka z odwloka i  umknac w pore przed latajaca kropla soku ostrej cytryny do wlasnego oka, zapachnic swoja najlepsza bluzke tego wieczoru ciecza koperkowa i zostawic tlusty slad na krawacie siedzacego na przeciwko pana, a wszystko to mimo tych ochraniaczy pod broda…) Czyli zabawa na calego. Niektorzy siorbia i wysysaja zawartosc kleszczy i odnozy raka. (brrr)

Ponizej zdjecia moich subiektywnie pojmowanych uczt rakowych we dwoje (plus 24 rakow). Wszystko z przeszloscia.

Rak

Raki i koper

Raki i cytryna
Ps.
Ja nie zmienialam kolorow rakow, kupowalam gotowe czerwone, ugotowane, zamrozone :). Cazkami (nie do rakow) usuwalam nadlamane podczas zmagan z odwlokiem raka resztki paznokci . Mam tez szczoteczke, ktora caly tydzien od pamietnego rakowieczoru szorowalam nierowne paznokcie, palce, cale dlonie aby sie pozbyc zapachu koperku i rakow. Rok bylam na proszkach wspomagajacych zmywanie moralnych sprzecznosci: czy raki sa mi konieczne do zycia? Po roku znow w pelni rozumu dawalam sie zaprosic lub sama zapraszalam na wieczor rakow aby tradycyjnie zakonczyc piekne finskie lato. Obecnie jestem na odwyku: zakaz spozywania skorupiakow! I basta.






piątek, 1 sierpnia 2014

Pierwsze spotkanie Echa z Finlandia – skala, kamienie i kolory (1).

1
Najwazniejsze jest kilka pierwszych sekund, potem pierwszych minut, pierwszych godzin, pierwszych dni, pierwszych miesiecy, pierwszych lat … w spotkaniu z nowym. (2, 3 i 4)

2

3

4












Dla mnie nastapilo w drodze  do Turku, z gornego pokladu promu, latem roku … nie jest chyba wazny rok. Turku przywitalo mnie sloncem, niebieskim niebem i skalami, scianami skal. Nigdy potem nie widzialam tych skal w takiej ilosci, choc Turku darze sympatia i spotykamy sie od czasu do czasu. Wtedy tak. Potem droga ladem i znow kaniony skalne, nie wysokie ale robiace wrazenie i niebieskosci na niebie i w odbiciach lustrzanych jezior. Przy drogach duzo czystego koloru rozowego na tle zieleni pol i lasow lub szarosci skal. Zaskoczyla mnie wtedy wielka nasza przyjazn trwajaca do dzisiejszego dnia. Przyjazn z ”HORSMA” a wlasciwie z ”maitohorsma” (Chamerian angustifolium) czyli wierzbowka kiprzyca (Chamaenerion angustifolium) lub wierzbownica kiprzyca (Epilobium angustifolium L.). Roslina rosnaca na wysokosc od 0,5 do 1,5 metra. Trudno ja podeptac czy przejsc obok bez kontaktu chocby wzrokowego. (5 i 6)

5

6
Wszyscy tubylcy, bo to narod lesny, polny i jeziorny, dobrze znaja te rosline od dziecka. Kwitnienie na wyciagniecie reki jak i na linii horyzontu przypada na urlopy, na okres dojrzalego lata. Ten gatunek tworzy 17 odmian. Ta, moja, jest jednak najbardziej okazala i najpowszechniej wystepujaca. Rosnie wszedzie: na brzegach lasow i jezior, na obrzezach drog, pod drzewami, przy budynkach, na polach i na podworkach. Roslina wolna i dzika.(7 i 8)
Roslina ma wiele nazw. Mnie sie podoba nazwa Rentun Ruusu (powstal tez o tej nazwie popularny film), mowi sie o niej jak o ’rozy pijaczka’ (takiego zapoznionego w powrocie do domu wesolka, ktory nie mial czasu na zakup bukietu roz dla zony a wie dobrze, ze ta czeka na niego, wiec nieudolnie zbiera narecze wierzbowki i … tydzien nie musi rozmawiac ze swoja kobieta).
Maitohorsma, ta moja horsma, tlumaczy sie
7

8
jako ’wierzbowka mlekowa’. Nazwa wywodzi sie z dawnych wierzen, ze ona zapewnia mlecznosc u krow, dlatego dodawano ja do paszy rogacizny. Jest ona tez dzikim ziolem, ktore z powodzeniem zdobi stoly nie tylko we flakonie ale i na talerzu. Niektorzy smakosze gotuja lodygi  na sposob szparagow a suszone kwiatki dodaja do ciast i salatek. Zawiera duzo witaminy C.
Ale co tam co zawiera, ja jej nie jem, ja na nia patrze, podziwiam, ciesze zmysly… przyjaznie sie z Nia. (9)

9
                                                                
















(zdjecia mozna ogladac w wiekszym formacie po kliknieciu)










wtorek, 22 lipca 2014

Echa wycieczki wycieczki Echa.

Ile razy tam bylismy? Wiele razy. Zwykle w innej roli niz uczestnicy obrzadku koscielnego, bo i sam ”kosciol” jest czyms wiecej niz miejscem odbywania sie mszy. Niezliczone koncerty (Chopin najczesciej ale nie tylko) dla Polonii w dni rocznicowe. Zawsze, gdy mamy czas lub jestesmy w poblizu, gdy mamy gosci z zagranicy (z Polski i nie tylko), wstepujemy choc na chwile. Ostatnio 'pare' dni temu (10.07.2014). Wtedy rozbawili mnie japonscy turysci.

Helsinki Cathedral czyli duze jest piekne, znane, zauwazalne

Rozproszyla mnie ale jednoczesnie skupila moja uwage scenka z … ’czapeczka’. Japonski turysta tak sie rozentuzjazmowal, rozekscytowal tym co zobaczyl, ze zapomnial o prosbie zdejmowania nakrycia glow przez mezczyzn. W bialym (jasnym) kapelusiku biegal wiec tu i tam z predkoscia blyskawicy
Helsinki, troche ukryte ale odnalezione pozostaje na dlugo w pamieci
pstrykajac zdjecia, pozujac do nich, wychylajac sie z balkoniku, przysiadajac w laweczkach i krzeselkach z zamknietymi oczkami aby je znow otworzyc i przyjrzec sie plonacym swiecom we wnece bocznej, skalnej sciany Do czasu… Inny turysta (pomyslalo mi sie, ze moze tu sa nasi tez na wycieczce) biegal za nim lapiac sie za glowe. Nareszcie przyskrzynil tego turyste w kapeluszu i zaczal sie klepac po glowie jak ’postrzelony’ i wywijac tymi rekami tak dlugo az nieszczesnik zrozumial (i ja tez :) – ”Panowie czapki z glow!” Potem oniemialy turysta dlugo stal tak z kapelusikiem w rekach … az inna turystka z grupy (moze przewodniczka) odebrala mu ten kapelusz jak malemu chlopcu i oboje pobiegli do wyjscia :D… Ciekawe czy bylo dzielenie kuksancow bo chyba nie ... miecz w brzuch.
Turysci przed wejsciem (prawda, ze to wejscie nie jest wcale okazale?)
Jakis inny turysta (tez na japonskiego z wygladu) wdrapal sie po schodkach na balkon i rozpoczal akcje nadawania znakow niemych, rekami: ”Do mnie, stad widac cala okazalosc obiektu!” Nikt jednak nie zareagowal, wiec zaczal klaskac w dlonie. Kilka osob sie do niego dolaczylo bo wlasnie pianista skonczyl swoj kolejny utwor. Ostatnia probe podjal wykorzystujac cisze w przerwie. Zwrocenie na siebie uwagi zaowocowalo … gwizdem … Wtedy wszystkie glowy miedzynarodowe zwrocily sie ku niemu. Bynajmniej nie wyrazaly serdecznego usmiechu. Biedny salwowal sie ucieczka w cien, w glab. Zaprzestal ostatecznie swojej dzialalnosci. Na szczescie. Znow mozna sie bylo skupic … chocby na sluchaniu z luboscia dalszego ciagu koncertu lub gierek slonca.
Byl tez polski akcent. A jakze!  Jakas pani, po polsku, teatralnym szeptem do drugiej pani (ach ta akustyka): - Prosze sie odwrocic, zrobie zdjecie. – Co? Tylem do oltarza?  :D
Kapelusik
PO przeczytaniu o usmiechach Japonczykow i o tym, ze usmiech nic nie kosztuje, to tez zem sie guuuuupio usmiechala do zuuuupelnie obcych mi turystow. O dziwo! Tylko jedna ”japonka” odusmiechnela sie do mnie, inni czmychali  wzrokiem przed moim usmiechem. Wyciagnelam nastepujace wnioski. Moze nie bylam w ich typie.  Moze uzurpowali sobie pierszenstwo usmiechu bo przeciez ”typowym Skandynawom” o twarzach kamiennych jak cale to miejsce daleko do ’japonskiego, ba, azjatyckiego usmiechu’.  Moze ”te turysty som”na urlopie … od obowiazku usmiechania sie. Moze oni sie nie usmiechaja ale smieja sie (tak jak ja)? Moze usmiech ma jednak cene, cene wycieczki?  No, szok. 
Jeszcze troche faktow.
Organy
Obiekt, kosciol ”wydlubany” w kamieniu, w skale znajduje sie w Helsinkach na samym koncu ulicy Fredrikinkatu. zadziwiajaca budowla rozniaca sie architektonicznie od innych budowli sakralnych. Niepozorna z zewnatrz, zaskakujaca odwiedzajacego wnetrzem.  Obiekt od oddania do uzytku w roku 1969 (budowe planowano juz w 1932, potem w 1936 ale lata wojny pokrzyzowaly plany) stal sie jednym z niepowtarzalnych obiektow ”koniecznych do zobaczenia” w stalicy Finlandii. Otoczony normalnymi kamienicamie mieszkalnymi i jakby na ich wewnetrznym podworku wznosi sie szklano-betonowo-miedziana kopula. Na skalach opieraja sie zelbetonowe wsporniki, ktore podtrzymuja sklepienie ’uplecione’ ze zwojow miedzianych. Juz od rana, w dzien pogodny, slonce zaglada do srodka, rzuca cienie na surowy, prosty oltarz i surowe, kamienne sciany o wysokosci od 5 do 9 metrow. Kopula ma 24 metry srednicy i w najwyzszsym punkcie siega wysokosci 13 metrow od podlogi ze szlifowanego betonu. Oltarz wykonano z ganitu cietego, sciany to naturalne kolory, faktura skaky. Lawy wykonane z brzozy. Kolory: czerwien, niebieskosci i szarosci w odcieniach, mieszankach. Akustyka doskonala (dzieki zwojom miedzianym w kopule). Po lewo wyraznie zaznaczaja sie organy o 43 glosach. Rowniez na stale ”stoi” fortepian i znajdzie sie miejsce dla pojedynczych artystow jak i calego choru. To scena wystepow nie tylko podczas obrzadku religijnego. To nalezy zobaczyc samemu, to polaczenie natury, geometrii, impresji. Projektantami byli przeciez bracia Timo i Tuomo Suomalainen (czyli ”bracia finscy” :).

Gra cieni

No i jak Wam sie podoba? Ja sie tym kosciolem zachwycilam. Ja! Uwierzycie? Chyba tylko dlatego, ze brak w nim baroku kapiacego zlotem i klechy, ktory przepedza turystow, jesli nie zaplaca.
Dziekuje jednoczesnie Echu za ciekawy post i prosze o wiecej.
Prosimy wszyscy, prawda?






niedziela, 2 czerwca 2013

Wyprawa Jarka w szuwary cz,4

Dni 6 do 8 czyli powrót w skrócie.
Po niesamowitych wręcz upałach jakimi przywitał nas Malbork powrót urozmaiciła nam nagła zmiana pogody...


Po przepłynięciu Nogatu i kawałka Szkarpawy zatrzymaliśmy się w naszej ulubionej stanicy w Oslonce. I poszliśmy na spacer walami. Paradoksalnie zaczęło się rozpogadzać, chociaz nadal wisiały groźne chmury
Na drugi dzień pogoda się nieco poprawiła i ruszyliśmy w górę rzeki. Tym razem postanowiliśmy zatrzymać się przy pomoście obok mostu w Drewnicy i tam poczekać na uspokojenie się fali na Zatoce.
A poniżej widoki z tej drogi.



Dla miłośników przyrody ptactwo...

... i inne zwierzęta wodne ;p
I tak dotarliśmy do Drewicy cumując opodal zwodzonego mostu. Majc trochę czasu przeszliśmy się po tej malej miejscowości. niewątpliwą atrakcją był obiad w gospodzie jakby żywcem zachowanej z lat 70. ubiegłego wieku. Klasyczny późny GS. Ciotki Zenobii nie było więc łańcuchami nikt nas nie pogonił. Schabowy był też jak z PRL. Z kością, z kapustką... Mniam...
Wieczorem czekała nas niespodzianka. Na przeciwnym brzegu zacumowała barka.

Z samego rana barka ruszyła przez most, a ny za nią.

Już na Przekopie Wisły przed samym ujściem przy starej stacji ratownictwa spotkaliśmy zacumowane rybackie kutry...
Po chwili pożegnaliśmy śródlądzie udając się na Zatokę. Ostatnie spojrzenie za rufę na Wisłę...
I to w sumie KONIEC.

Chcialabym Ci, Jarku, podziekowac za zajmujaca wycieczke i za mozliwosc obejrzenia pewnych miejsc z niedostepnego na codzien punktu widzenia.