Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maluchy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maluchy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 sierpnia 2019

Na pozor tak niedawno...


... towarzyszylismy synowi naszego przyjaciela, Guciowi, w jego pierwszych krokach na szkolnej niwie. Wierzyc sie nie chce, ze od tamtego czasu minelo juz 7 lat i wczoraj jego mala siostra zostala czlonkinia szkolnej spolecznosci. Kiedy Gucio szedl do pierwszej klasy, ona byla jeszcze w brzuchu u mamy, teraz sama zostala uczennica. Przez ten czas wiele sie zmienilo, ich rodzina sie rozpadla, syn mieszka z ojcem, a corka zostala u mamy, ktora ma nowego partnera.
Ostatni raz widzialam Gucia hen przed wakacjami, wczoraj o malo nie padlam, kiedy go zobaczylam. Przerosl nawet swojego tate, tak smignal w gore przez wakacje. Niestety, jak to najczesciej bywa w jego wieku, Gucio zachowal sie jak rozciagnieta guma do zucia, tego, co poszlo mu we wzrost, zabraklo jakby w obwodzie, jest cieniutki jak niteczka.


Fajne dzieciaki, madre, dobrze wychowane, a ta mala jest wygadana za ich dwoje.
Ze wzruszeniem obserwowalismy wywolywane do nowych wychowawczyn dzieci, kazde strrrrasznie przejete, z ogromnymi tornistrami na drobnych pleckach. Jedne wystraszone i wycofane, inne pelne entuzjazmu w obliczu nowych wyzwan, ale smialo stawiajace im czola. Jedna dziewusia szla cala we lzach i to ona dostala najwiekszy aplauz od tlumu rodzicow, dziedkow, ciotek i wujkow towarzyszacych swoim pierwszakom. Moje corki wspominaly swoje pierwsze dni w szkolach, ja tez siegnelam pamiecia w najdalsze zakamarki wspomnien, jako ze moj pierwszy dzien szkoly mial miejsce w 1963 roku. Bylo inaczej, wszyscy bylismy poubierani w biale bluzeczki i granatowe spodniczki/spodnie, mielismy kwiaty dla nauczycieli, za to sami nie dostawalismy zadnych prezentow. Niemieckie dzieci dostaja tzw. Schultüte, taki rozek z tektury pelen slodyczy. Nasza bohaterka dnia dostala tych rozkow chyba z 6 sztuk, bo od taty i mamy osobne, od nas, od dziadkow i jednej babci oraz od zaproszonych znajomych. Moje dziewczyny strzelily focha, bo kazda z nich miala tylko po jednym rozku.
Teraz z roku na rok swietowanie jest coraz wieksze, dzieje sie podobnie jak z komuniami w Polsce. Nasze dziewczyny swietowaly tylko z nami w domu, podobnie Gucio jeszcze te 7 lat temu, a jego siostra po szkolnych uroczystosciach juz w lokalu. Jak to bywa w patchworkowych rodzinach, kazdy rozwiedziony rodzic mial swoje towarzystwo, niekoniecznie kochajace strone przeciwna, ale dla dobra dziecka trzeba bylo robic dobre miny do zlej gry. Mama byla z nowym partnerem i obaj panowie zmuszeni byli siedziec przy jednym stole, chyba po raz pierwszy od tamtych nieprzyjemnych wydarzen. Ale obaj kochaja te mala fryge, wiec dla jej dobra zakopali chwilowo topor wojenny. W sumie jakby ktos nie wiedzial, o co chodzi, nie zauwazylby niczego w zachowaniu gosci, wszystko odbylo sie w naprawde przyjemnej atmosferze.
Przy okazji dowiedzialam sie, ze w innej szkole miala uroczystosc coreczka corki naszej sasiadki, najpierw z poprzedniego domu, pozniej obie przeprowadzilysmy sie tutaj. Sara przychodzila do nas czesto, wtedy jako 3-letni berbec, bawila sie z naszymi corkami. Znamy ja "od zawsze", jej brat jest moim komputerowym guru. Teraz jej coreczka idzie do szkoly. Szalenstwo, jak ten czas szybko leci.
Ani sie obejrze, jak moja wnusia bedzie zbierala wlasne Schultüte...





piątek, 15 maja 2015

Bad Sooden-Allendorf.

W tym osmiotysiecznym miasteczku bylismy juz niejednokrotnie, ale jego urok przyciaga i chce sie wciaz tam wracac, zwlaszcza, ze polozone jest nie tak daleko, jakies 40 km od nas. To typowy przedstawiciel niemieckich badow i kurortow, wypieszczony, wydmuchany, zadbany i drogi. Pelen towarzystwa geriatrycznego i innej wzajemnej sanatoryjnej adoracji, aroganckich klenerow kazacych czekac na siebie godzinami i sklepow z kiczowatymi pamiatkami. A jednak jest piekny!
Lezy w Dolinie Wery, wokol gory, a pod spodem poklady soli i gorace zrodla. Samo zdrowie!

Dwa nagusy zapraszaja do term.
Bad Sooden slynie z olbrzymich tezni solankowych, zbudowanych w XVI wieku. Polazilismy w kolko, poinhalowalismy solanke, palnelismy Guciu przemowe dydaktyczna po niemiecku, bo Gucio nie chce rozumiec po polsku i podreptalismy na glowny deptako-plac, gdzie sie wszyscy lansuja.




Niech Was nie zmyli bialo-czerwona flaga przy wejsciu do tezni, nie wciagneli jej na maszt z naszego powodu (a szkoda!). To tylko tradycyjne barwy rodowe jakiegos tam typka, ktory sie miastu przysluzyl. Ma ulice nazwana swoim imieniem i sanatorium. Nie pomne juz nazwiska, a szukac mi sie nie chce.
Na deptak przeszlismy pod Brama Solna sluzaca za punkt kontrolny handlarzy soli, ktora niegdys byla drogim towarem i podlegala surowej konroli.


I znow flagi w polskich narodowych barwach, tylko na odwyrtke, jak z Monaco.
Promenada pelna jest boskich starenkich, ale odremontowanych domow, ciekawostek zwiazanych z historia miasteczka, fontann, rzezb i kwiatow. Po przeciwnej stronie parku tkwi dosc nowoczesny dom zdrojowy i kompleks kulturalno-oswiatowy.




















Pamietalam z poprzednich bytnosci przeuroczy kosciol na wzgorzu i bardzo chcialam go tym razem sfotografowac. Choc Hesja uchodzi za land katolicki, nie brakuje w niej rowniez kosciolow ewangelickich, jak wspomniany St. Marien. Bardzo w moim guscie jest prostota kosciolow ewangelickich, bez tego bizantyjskiego a kiczowatego przepychu cechujacego swiatynie katolickie.


















Po zwiedzeniu przybytku religijnego, postalismy pod juz wystawiona na zewnatrz palma, zastanawiajac sie, co robic dalej z tak mile rozpoczetym dniem, az Gucio wpadl na pomysl, zebysmy gdzies usiedli zjesc lody, czemu przyklasnelam z entuzjazmem.



Pochlonelam ten milion kalorii z niejakim trudem, bo choc bardzo lubie lody, podana porcja przerosla moje oczekiwania. Ale co tam, warto bylo! Pychota!
W zasadzie po takiej orgii mialam ochote juz tylko sie polozyc i umrzec z rozkoszy, ale w koncu nie po to pojechalismy zwiedzac i wdychac lecznicze powietrze, zeby tracic czas na umieranie. Podreptalismy wiec na druga strone rzeki, zeby zwiedzic czesc Allendorf. Przeszlismy przez w sumie trzy mosty, bo Wera jest tam jakos dziwnie rozgaleziona i wyglada, jakby byly tam co najmniej trzy rzeki, a nie jedna.





Nie dotarlismy jednak na drugi brzeg, bo Gucia bolaly nogi. Popatrzylismy tylko na sylwetke kosciola, tym razem katolickiego i pozachwycalismy sie schodzacymi nad sam brzeg rzeki ogrodkami, wprost do parkujacych na wodzie lodek.
W drodze na parking raz jeszcze weszlismy na teznie, zeby nawdychac sie do pelnego upojenia. Moj slubny wyjal kanapke, a Kira probowala go zahipnotyzowac wzrokiem. Oplula sie przy tym tak mocno, ze po naszym odejsciu pozostaly mokre deski. Gucio natomiast pracowicie skubal sol z tezni, zeby miec czym obiad posolic.



W sumie zrobilam okolo setki zdjec. Gdybyscie chcieli obejrzec wiecej, mozna kliknac TUTAJ.





sobota, 2 maja 2015

Ale jestem padnieta!

Na majowke wybralismy sie z Guciem i jego tata do parku rozrywki niedaleko Getyngi. Chodzilo o to, zeby wszyscy cos z tego mieli, a glownie mlody czlowiek. Najmniej zadowolona byla Kirunia, bo przez caly czas musiala chodzic na uwiezi.
Park jest cudnie polozony, juz w Hesji, wokol niewielkie pagorki - calkiem sielskie okolicznosci.




Park Ziegenhagen to raj dla dzieciakow, jest tam troche ustrojstw wszelakich rodem z lunaparku. Sa zwierzatka, ktore mozna karmic, jest muzeum roznosci wszelakich i osobne pojazdow mocno starych i nieco nowszych, ktore i tak sa juz dawno oldtimerami. Spedzilismy sporo godzin na swiezym powietrzu, nalazilismy sie co niemiara. Nawet my, starzy, wsiadalismy od czasu do czasu na jakies przyrzady dla dzieci i bawilismy sie przednio.






Robilam sobie zdjecia w krzywych zwierciadlach, a na jednym jest Kira w charakterze jamnika wyjatkowo krotkonogiego. Ja zreszta tez mam zajefajne proporcje!



Calosc to jeden wielki kicz, ale przynajmniej bylo zabawnie.











Pogoda dopisala, choc przed poludniem slonce czasem znikalo i bylo dosc chlodno, ale moze to i lepiej, przynajmniej sie nie pocilismy. Za to po poludniu sciagalismy ciuchy, bo chmury poznikaly i zrobilo sie calkiem cieplo.
Zrobilam prawie 300 zdjec, wiec po powrocie do domu ich obrobka i sortowanie zajely mi sporo czasu, a jeszcze chcialam na goraco napisac post. Jutro bedzie sprawozdanie ze zwiedzania muzeum, a teraz lece spac, bo juz na oczy nie widze.





poniedziałek, 19 stycznia 2015

Dwie lale i kocia gimnastyka.

Mloda odwiedzila nas z tatusiem, skasowala prezent urodzinowy, ale zawziela sie i nie chciala podziekowac. Jej prawo w koncu, bo co, od dziekowania jest tata, a nie ona. ;)





Podczas gdy Mloda tulila swoja lale-imienniczke, bo zaraz ja ochrzcila (bylam matkom kszesnom), Miecka zabrala sie za trening i rzezbienie ciala, nic sobie nie robiac z obecnosci gosci.









I tak oto zeszla nam niedziela... Szkoda, ze sie skonczyl weekend...