Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Polnocne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Polnocne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 sierpnia 2013

Powrotna udreka.


Och, gdybym ja byla bogata...
Na pewno zostalabym dluzej nad tym morzem, to po pierwsze. Po drugie nie tluklabym sie samochodem w tloku i upale, tylko wsiadlabym sobie w wyczarterowany samolocik i w krotkim czasie znalazlabym sie w miejscu docelowym.
Gdybym... gdybym...
A przeciez powinnam byc zadowolona, ze w tym niemilosiernym skwarze mialam chociaz klimatyzacje w samochodzie. Kiedy tak stojac w korkach przygladalam sie innym uzytkownikom ruchu, jadacym z pootwieranymi oknami, czerwonym na twarzach, z mokrymi od potu wlosami, sponiewieranym i ledwie zywym, cieszylam sie jednak, ze sama moglam ich marnego losu uniknac.
Tylko ze czlowiekowi zawsze malo i majac jedno, chcialby miec wiecej.
Najpierw chcielismy wystartowac o 6.00 rano, bo podczas ekstremalnych upalow samochod moglby odmowic posluszenstwa, woda w chlodnicy moglaby sie zagotowac i lakier splynac z karoserii. Jednak prognoza pogody i zapowiadane ochlodzenie przytepily nasza czujnosc. A nalezalo wziac pod uwage nie tylko warunki pogodowe. Otoz dobiegaja konca ferie w Dolnej Saksonii, a w niedziele skonczyl sie tez Wacken Open Air. Trafilismy wiec na wzmozony ruch w kierunku poludniowym.
Dostalismy sie w 22-kilometrowy korek i nawet w radiu ostrzegali, zeby nie szukac objazdow, bo te sa rowniez zatkane do granic wytrzymalosci. Posuwalismy sie w slimaczym tempie, w otoczeniu zmeczonych uczestnikow festiwalu rockowego, latwo rozpoznawalnych poprzez naklejone na tylnych szybach litery W:O:A oraz rodzin z dziecmi w przeladowanych po sufit autach lub przyczep kempingowych z calei Europy. Na szczescie ciezarowki odpadly, bo w niedziele nie wolno im jezdzic, w przeciwnym razie podroz trwalaby jeszcze dluzej i byla znacznie bardziej meczaca.
Robilismy krotkie postoje na kawe i siusiu, ale na parkingach trudno bylo znalezc miejsce do parkowania, tak byly zatkane. Meza tak zamulila ta podroz, ze zaczal prawie zasypiac za kierownica, wiec zarzadzil: hop-siup, zmiana dup i kazal mi kierowac, na co w ogole nie mialam ochoty. Ale co bylo robic? Wolalam jeszcze pozyc zamiast zginac na skutek zasniecia kierowcy, wiec sie poswiecilam i dowiozlam nas do samego domu.
A w chalupie... sauna z odorkiem. Mieszkamy na parterze, wiec jesli opuszcza sie pielesze, trzeba szczelnie zamknac okna i tak zrobila corka, ktora mieszkala u nas przez te kilka dni naszej w domu nieobecnosci.
Normalnie, kiedy wchodze w drzwi, na powitanie biegnie Miecka. Tymczasem wchodzimy, a kota nie ma. Wolam, a bidulka wychodzi niesmialo spod lozka, zdziwiona, ze to nie ta smierdzaca innymi kotami OBCA, tylko wlasna mama! Jak ona zaczela cwierkac, doslownie jak wrobelek. Gadala do mnie bez przerwy, skarzyla sie, zesmy ja na tak dlugo zostawili, ze ona tak tesknila, ze nie wychodzila praktycznie spod lozka. Akurat! Miejsce, na ktorym ja spie, bylo az czarne od jej siersci. Tam sie zagniezdzila, bo mogla czuc moj zapach. Musialam odpalic odkurzacz, zeby sciagnac Mieckowe klaki z wlasnej poscieli oraz z serwety na stole, bo tam tez sie moscila. Wie cwaniara jedna, ze jej tego nie wolno robic, wiec bezlitosnie wykorzystala sytuacje, ze nikt jej stamtad nie spedzal psikawka od kwiatow. Corka mowila, ze kiedy byla u nas, Miecka chowala sie w najdalszy kat i nawet grzechotanie pudelkiem z jej kocimi cukiereczkami nie bylo w stanie jej wywabic. Corka zostawiala wiec cukiereczki, a te rano znikaly. Kilka razy, kiedy Miecka wylazla spod lozka, spogladala na nia wrogo, prychala, syczala i chciala drapac. Niewdziecznica jedna! Bez corki umarlaby z glodu i pragnienia, a kuweta zapelnilaby sie po sufit, a ta zolza nie pozwolila jej sie nawet pomiziac, tylko z mordem w oku chciala mi dziecko unicestwic. Tylko dlatego, ze pachnialo konkurencja. Z druga corka nie robi takich cyrkow, ale ona ma psa, wiec nie cuchnie obcymi kotami.
Taka to jest nasza Miecia.
Zaraz potem zaczela sie krzatanina, przygotowania do pracy, pranie i takie tam. Tylko... kiedy wyjrzalam przez okno, jakos brakowalo mi tych bezkresnych rownin polnocy, tego innego powietrza, tej urlopowej atmosfery. Zal sie zrobilo, ze to tak krotko, choc intensywnie, jakas tesknota zawladnela sercem. Ehhh...
Zostalo nam teraz tylko telefonowanie...

                                     Elu,



za wspaniala goscine i za to, ze jestes...

czwartek, 15 sierpnia 2013

No i mam go!

Ostatnia szansa na morski zachod slonca byla w sobote wieczorem. I tak mielismy ochote wyjsc z domu, wiec czy na spacer w pole, czy nad morze, nie odgrywalo wiekszej roli. Tym razem pojechalismy odpowiednio wczesniej, zeby miec czas na znalezienie wlasciwej drogi, bo nie chcielismy znow wyladowac na tamie. Slonce stalo jeszcze relatywnie wysoko, ale bylo widac, ze zachod bedzie naprawde piekny.



Znow byl odplyw i wielu turystow maszerowalo wglab morza w tej przedwieczornej godzinie, wypatrujac w szlamie muszli.



W lewo od kapieliska wchodzil w morze na kilkaset metrow ulozony z kamieni pomost (falochron?), ktorego  z pewnoscia nie widac podczas przyplywu, bo zakrywa go woda. Postanowilismy przejsc sie na jego kraniec. Po drodze fotografowalam tereny wattowe, widoczne wylacznie podczas odplywu.



Pomost porastaja rosliny, ktorym nie straszna zalewajaca je dwa razy dziennie slona woda.



Straszny kawal drogi zawedrowalismy od brzegu, a konca pomostu nie bylo widac, za to zmienila sie jego struktura i Ela z Kira wrocily na brzeg. Ela miala nieodpowiednie buty, a w przypadku Kiry zachodzilo niebezpieczenstwo, ze lapka zeslizgnie jej sie miedzy kamienie i zrobi sobie sunia krzywde. Oprocz roslin przypominajacych zwykle trawy, wokol pomostu sporo bylo wodorostow, czekajacych na kolejny przyplyw.



Wreszcie dobrnelismy, nie bez strachu o nasze konczyny, na sam skraj falochronu, dalej bylo juz tylko otwarte morze. Na brzegu widac las elektrowni wiatrowych, ktorych tam, na polnocy jest zatrzesienie. Nic dziwnego, skoro wciaz tam wieje.



W oddali widac bylo masywna budowle Eidersperrwerk, a ludziska nadal snuli sie po blocie w nadziei na wyrzucone przez wode muszle. Podobno nawet samo chodzenie po tym szlamie jest bardzo zdrowe.



Powoli kolory dnia zaczynaly blaknac, mglic sie i zmieniac odcien.



Stadko dzikich gesi udawalo sie zapewne z powrotem do miejsca gniazdowania.



Wial nieludzki wiatr, zaczynalo robic sie chlodno, choc w dzien bylo goraco. Siedzielismy na lawce i w milczeniu przygladalismy sie przedstawieniu, jakie wystawiala dla nas natura.



















Ojcowie z dziecmi wykorzystywali porywy wiatru, by puszczac latawce, a kolejne gesi spieszyly do gniazd.



Kolory otoczenia zmienialy sie z minuty na minute, czlowiek nie mogl sie dosyc napatrzec na to piekno. Nawet uderzenia wiatru chlaszczace w twarz, nie byly w stanie przeszkodzic i zaklocic uwagi skoncentrowanej na tym nieziemskim spektaklu.




A slonce chylilo sie coraz nizej i nizej, jakby szukalo ochlody w zimnych wodach morza.



Jeszcze tylko malenka iskierka na horyzoncie i... koniec. Czlowiek bez mala instynktownie oczekiwal syku wody, ktora pochlonela te goraca kule, ale slyszalny byl tylko gwizd wiatru. Niebo pozostalo nadal rozpalone blaskiem, rozowo-zolte. Choc ze zdjec zdaje sie przemawiac spokoj i cisza, to jednak jest to wrazenie mylace. Silny wiatr bylo slychac i czuc jego uderzenia, wdzieral sie wszedzie.



Postanowilismy wracac. Na walach sztormowych pracowaly flegmatycznie czworonozne kosiarki do trawy. Jeszcze ostatni rzut oka ze szczytu walu, ale nie... juz wszystko sie skonczylo, jakby jeszcze przed chwila nie plonelo cale niebo. Szybko zaczela zapadac ciemnosc...
A jutro rano czeka nas przeciez wyjazd, czas wracac.

środa, 14 sierpnia 2013

Nad Eider.

W sobote bylo juz troche chlodniej i przyjemniej, wiec wybralismy sie na spacer nad rzeke Eider. Wedrowalismy polami, a slynny nadmorski wiatr dawal nam sie troche we znaki.



Szlezwik-Holsztyn to land glownie rolniczy, plaskie pola ciagna sie kilometrami, co rusz spotyka sie jakis zywy inwentarz. Drogi dojazdowe wsrod pol uzywane sa tez jako sciezki rowerowe, nie brakuje wiec lawek, a obok kazdej stoi smietnik. Porzadek musi byc! Kira miala bezkresne dystanse do pobiegania, z czego skrzetnie korzystala.




Drzew jest w okolicy niewiele, glownie jako otoczenie domow, bo malo ktore oprze sie potedze wiatrow, szczegolnie podczas listopadowych sztormow. Czasem jednak trafi sie jakis powykrecany samotnik, ale to prawdziwa rzadkosc. Pobocza drog polnych zarastaja trzciny, co rozni polnocny krajobraz od naszego i swiadczy o bagnistosci gleby.

















Mucki zupelnie nie przejmuja sie nasza obecnoscia i nie zaszczycaja nas nawet jednym spojrzeniem swoich pieknych oczu. Rowy melioracyjne, o ktore bardzo sie dba i nie zasypuje, jak w Polsce, pelne sa wody, bo jest akurat przyplyw. A przyplyw nie dotyczy jedynie wod morskich, poziom rzek doplywowych i rowow rowniez znacznie sie podnosi.



Krowiny pasa sie po jednej stronie walow powodziowych, a owce po drugiej i tutaj pelnia role naturalnych ekologicznych kosiarek do trawy. Woda w Eider osiagnela bardzo wysoki poziom, bo jak wspomnialam, jest wlasnie przyplyw.



I one, podobnie jak krowy, nie przejmuja sie za bardzo obiektywem skierowanym w ich strone, zajete sa swoimi obowiazkami, ktorych pozostaloscia sa wszechobecne owcze bobki.



Tu sie rozdzielilismy, ja zostalam na wale, a reszta wycieczki wrocila na polna droge. Kira byla niespokojna, bo ona lubi miec nas wszystkich razem w poblizu. Chciala biegac miedzy nami, ale na drodze stal jej niewysoki plotek z drutu kolczastego.





Robiac zdjecia bylam bez okularow, wiec motylki troche niewyrazne. Caly wal porosniety jest ostami, pieknie kwitna, a po przekwitnieniu sypia wokol nasionami jak klebki waty.



Nawet nie zauwazylismy, kiedy Kira przedostala sie za plotek i znalazla przy mnie. Pozniej chciala znow wrocic do taty i cioci, wiec zostala troskliwie przeniesiona, zeby sie nie pokaleczyla. Pewnie sama dalaby rade pokonac ten plotek, ale po co ryzykowac jej kontakt z drutem kolczastym?



Z jednej strony walu brazowiejace pole rzepaku, z drugiej male kapielisko na rzece.



Podczas odplywu Eider jest co najmniej o polowe wezsza, teraz prezentuje sie imponujaco i wyglada prawie jak jezioro. Na zdjeciu obok kolejny wypelniony woda przyplywowa row melioracyjny.
Ela wprawdzie lubi spacerowac, ale brak Jej zylki odkrywcy, wiec dopiero dzieki nam poznala nowa trase spacerowo-rowerowa, bo sama bala sie zapedzac tak daleko, a jesli juz, to wracala zawsze ta sama droga, my natomiast namowilismy Ja na przejscie naokolo. Zawsze tak mamy, czasem kosztuje nas to podwojnie dlugim wedrowaniem, bo zdarza sie, ze drogi naokolo nie ma i musimy sie cofac. Ale ile mamy radochy przy odkrywaniu nowych przejsc, nieznanych zakamarkow czy zapierajacych dech w piersiach widokow.
Pogoda zaczela sie poprawiac, wiec postanowilismy wieczorem znow pojechac nad morze w nadziei, ze tym razem uda sie z zachodem slonca.