- Mama, zobacz, cala rodzina! Tata-sarenka, mama-sarenka, babcia Zosia-sarenka i curecki-sarenki.
Stojacy obok ludzie zwijali sie ze smiechu, szczegolnie z tej babci Zosi (to imie mojej mamy). Dlugo pozniej, juz kiedy osiedlismy w Niemczech i mieszkalismy w miejscu prawie nad brzegiem Leine, gdzie obecnie zbudowano wielgachny gmach dla policji, czesto chodzilismy na spacery nad Kiessee. Wtedy jeszcze nie bylam swiadoma, ze ptakom nie wolno dawac chleba, siekalam wiec drobno wszystkie resztki pieczywa i dzieciaki mialy radoche w karmieniu kaczek i labedzi.
Czesto po drodze spotykalismy stadko owiec wypasanych na terenach zalewowych Leine (Leineaue), łączce miedzy rzeka a walem powodziowym, niespecjalnie szerokiej, za to dlugasnej, wiec te ekologiczne kosiarki mialy co robic. Towarzyszyl im zawsze pasterz. Bywalo na wiosne, ze owce kocily sie na tej trawie, pasterz bral jagnie, zarzucal sobie na szyje i szli dalej. Oczywiscie moje curecki zgodnym chorem krzyczaly zachwycone:
- Mama, pacz, ile curecek!
I nie pytajcie mnie, dlaczego moje pociechy nie braly pod uwage, ze to mogly byc synki, pewnie wychodzily z zalozenia, ze skoro u nas w rodzinie same krolewny, to i u owiec curecki.
Kilka lat trwalo to wypasanie, a pozniej stado zniklo i przez nastepnych kilkanascie, a moze nawet ponad dwadziescia lat miasto wysylalo nad Leine traktorki koszace. Nielatwo chodzilo sie z Toya po wybujalej trawie, a i kleszczy mozna bylo nalapac. Dopiero gdzies tak pod koniec lipca albo w sierpniu trawy byly koszone. Zdazylam dawno zapomniec o lowieckach, kiedy nagle, bedac z corka na spacerze, spotkalysmy stadko, tym razem jednak ogrodzone pastuchem elektrycznym, bez opieki pasterza. Na szyldzie byl napis Pomocnicy obroncow przyrody przy pracy. Prosze trzymac psy na smyczy. Owczarz dostepny pod telefonem ...
Owce wywolaly prawdziwa sensacje, szczegolnie wsrod dzieci, bo okazja byla zaiste rzadka, takie niemale stadko w miescie. Lowiecki tez sie zaciekawily ludzmi, podchodzily do plota, oczywiscie na bezpieczna odleglosc. Toya tez bardzo byla zainteresowana, ale ona i tak na smyczy, bo mamy ten okres ochronny, jak wiecie.
Nie interesowalabym sie glebiej tym tematem, gdyby nie artykul w internetowym wydaniu lokalnej gazety (KLIK), ot, widocznie po dlugiej przerwie doszli do wniosku, ze owce sa jednak lepsze od kosiarek, nie tylko tna trawe, ale od razu z drugiej strony ja nawoza, no i nie wydalaja spalin, a tylko naturalny metan czy cus. Ciekawostka jest, ze sa to owieczki wymierajacej rasy Leine (Leineschaf - nazwa pochodzi wlasnie od naszej rzeki Leine), hodowanej w poludniowej Dolnej Saksonii, zachodniej Turyngii i polnocnej Hesji i uznanej za rase zagrozona wyginieciem. Podobno pozostalo tylko 600 egzemplarzy tego gatunku. Barany waza 80 - 100 kg, a samice 60 - 75 kg.
No to bedziemy obserwowac rozwoj stada, moze znow uda sie czasem sfocic nowo narodzone jagniaki. Gorzej, ze trzeba bedzie Toye bardzo pilnowac, nawet kiedy minie okres smyczowy.
Urzad miasta Getynga pozyskal do pielegnacji łąk nadrzecznych hodowle owiec z Gleichen o nazwie GUTINGA (to prastara nazwa Getyngi uzywana w sredniowieczu). Owieczki beda musialy ciezko pracowac, bo do obrobienia jest obszar ponad 23 hektarow, w sklad ktorych wchodza obustronne łąki rzeki Flüte i Leine, od tamy, przy ktorej znajduje sie psie kapielisko, po obszar w okolicy schroniska dla zwierzat i ich cmentarza.
No i prosze, obopolna korzysc. Miasto bedzie mialo darmowe ekologiczne kosiarki z nawozeniem inclusive, a łowiecki-curecki pyszne trawy z nadrzecznych łąk do jedzenia. Mieszkancy zas owcze zoo do ogladania.
Tradycyjnie pozostancie w zdrowiu.
Zagladaliscie juz na bazarek? Dzisiaj koniec licytacji, wiec czasu zostalo niewiele. Kliknijcie w banerek po prawej stronie.








































