Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzeta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzeta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2020

Łowiecki-curecki.

Najpierw o tym, skad powstaly te curecki. Kiedy nasza najstarsza corka byla jeszcze jedynaczka, czesto chodzilysmy w Lodzi do ZOO. Ktoregos razu zatrzymalysmy sie obok wybiegu sarenek czy tam innych antylop, juz nie pomne. A moje dziecko nagle odzywa sie w te slowa:
- Mama, zobacz, cala rodzina! Tata-sarenka, mama-sarenka, babcia Zosia-sarenka i curecki-sarenki.
Stojacy obok ludzie zwijali sie ze smiechu, szczegolnie z tej babci Zosi (to imie mojej mamy). Dlugo pozniej, juz kiedy osiedlismy w Niemczech i mieszkalismy w miejscu prawie nad brzegiem Leine, gdzie obecnie zbudowano wielgachny gmach dla policji, czesto chodzilismy na spacery nad Kiessee. Wtedy jeszcze nie bylam swiadoma, ze ptakom nie wolno dawac chleba, siekalam wiec drobno wszystkie resztki pieczywa i dzieciaki mialy radoche w karmieniu kaczek i labedzi.
Czesto po drodze spotykalismy stadko owiec wypasanych na terenach zalewowych Leine (Leineaue), łączce miedzy rzeka a walem powodziowym, niespecjalnie szerokiej, za to dlugasnej, wiec te ekologiczne kosiarki mialy co robic. Towarzyszyl im zawsze pasterz. Bywalo na wiosne, ze owce kocily sie na tej trawie, pasterz bral jagnie, zarzucal sobie na szyje i szli dalej. Oczywiscie moje curecki zgodnym chorem krzyczaly zachwycone:
- Mama, pacz, ile curecek!
I nie pytajcie mnie, dlaczego moje pociechy nie braly pod uwage, ze to mogly byc synki, pewnie wychodzily z zalozenia, ze skoro u nas w rodzinie same krolewny, to i u owiec curecki.
Kilka lat trwalo to wypasanie, a pozniej stado zniklo i przez nastepnych kilkanascie, a moze nawet ponad dwadziescia lat miasto wysylalo nad Leine traktorki koszace. Nielatwo chodzilo sie z Toya po wybujalej trawie, a i kleszczy mozna bylo nalapac. Dopiero gdzies tak pod koniec lipca albo w sierpniu trawy byly koszone. Zdazylam dawno zapomniec o lowieckach, kiedy nagle, bedac z corka na spacerze, spotkalysmy stadko, tym razem jednak ogrodzone pastuchem elektrycznym, bez opieki pasterza. Na szyldzie byl napis Pomocnicy obroncow przyrody przy pracy. Prosze trzymac psy na smyczy. Owczarz dostepny pod telefonem ...
Owce wywolaly prawdziwa sensacje, szczegolnie wsrod dzieci, bo okazja byla zaiste rzadka, takie niemale stadko w miescie. Lowiecki tez sie zaciekawily ludzmi, podchodzily do plota, oczywiscie na bezpieczna odleglosc. Toya tez bardzo byla zainteresowana, ale ona i tak na smyczy, bo mamy ten okres ochronny, jak wiecie.
Nie interesowalabym sie glebiej tym tematem, gdyby nie artykul w internetowym wydaniu lokalnej gazety (KLIK), ot, widocznie po dlugiej przerwie doszli do wniosku, ze  owce sa jednak lepsze od kosiarek, nie tylko tna trawe, ale od razu z drugiej strony ja nawoza, no i nie wydalaja spalin, a tylko naturalny metan czy cus. Ciekawostka jest, ze sa to owieczki wymierajacej rasy Leine (Leineschaf - nazwa pochodzi wlasnie od naszej rzeki Leine), hodowanej w poludniowej Dolnej Saksonii, zachodniej Turyngii i polnocnej Hesji i uznanej za rase zagrozona wyginieciem. Podobno pozostalo tylko 600 egzemplarzy tego gatunku. Barany waza 80 - 100 kg, a samice 60 - 75 kg.
No to bedziemy obserwowac rozwoj stada, moze znow uda sie czasem sfocic nowo narodzone jagniaki. Gorzej, ze trzeba bedzie Toye bardzo pilnowac, nawet kiedy minie okres smyczowy.








Urzad miasta Getynga pozyskal do pielegnacji łąk nadrzecznych hodowle owiec z Gleichen o nazwie GUTINGA (to prastara nazwa Getyngi uzywana w sredniowieczu). Owieczki beda musialy ciezko pracowac, bo do obrobienia jest obszar ponad 23 hektarow, w sklad ktorych wchodza obustronne łąki rzeki Flüte i Leine, od tamy, przy ktorej znajduje sie psie kapielisko, po obszar w okolicy schroniska dla zwierzat i ich cmentarza.
No i prosze, obopolna korzysc. Miasto bedzie mialo darmowe ekologiczne kosiarki z nawozeniem inclusive, a łowiecki-curecki pyszne trawy z nadrzecznych łąk do jedzenia. Mieszkancy zas owcze zoo do ogladania.


Tradycyjnie pozostancie w zdrowiu.

Zagladaliscie juz na bazarek? Dzisiaj koniec licytacji, wiec czasu zostalo niewiele. Kliknijcie w banerek po prawej stronie.






piątek, 27 grudnia 2019

Fajerwerki.

Rokrocznie wraca temat fajerwerkow, zwierzat, zasmiecania srodowiska nie tylko pozostalosciami po zabawie, ale i emisji trujacych wyziewow podczas wybuchow. Co roku umieraja zwierzeta, zarowno domowe, jak i dzikie. Umieraja albo ze strachu, kiedy zatrzymuje sie ich serce, albo w panicznym pedzie rozbijajac sie o przeszkody lub padajac ofiara samochodow. Ja pamietam sylwestry, kiedy jedynym sygnalem o nastaniu nowego roku bylo wycie syren fabrycznych. Wyjechalam do Niemiec i zachwycilam sie na poczatku tlumem ludzi na ulicy, puszczaniem fajerwerkow, piciem szampana z butelki i skladaniem sobie wzajemnie zyczen, bez wzgledu, czy sie kogos znalo czy nie. Sami kupowalismy i puszczalismy o polnocy rakiety, ku uciesze dzieciakow.
A pozniej nastal u nas pies i zaczelo sie pieklo. Jego pieklo, trwajace od 28 grudnia (to dzien, w ktorym zaczyna sie sprzedaz) do wyczerpania zapasow, czesto do trzech kroli albo lepiej. Co roku musielismy ratowac kolejne nasze psy, ktore trzesly sie jak galaretka przy kazdym nastepnym huku.
*)
Kupowalismy dla nich leki uspokajajace i otumaniajace, zeby jak najmniej odczuwaly ten armagedon. Koty jakos mniej sie przejmuja albo mniej pokazuja, ze sie boja. Co roku mam problem, bo pies powinien sie wybiegac, a z drugiej strony strach spuscic ze smyczy, bo przestraszy sie, pobiegnie i zginie, jakby malo bylo stresu z samym halasem.
Na szczescie coraz wiecej sie o tym mowi i coraz wiecej politykow, handlowcow decyduje o zakazie uzywania lub sprzedazy fajerwerkow. I byloby fajnie, gdyby nie bezsens takich dzialan. Bo co z tego, ze Trzaskowski, a za nim prezydenci innych miast, rezygnuja z pokazu sztucznych ogni, zorganizowanego w bezpiecznym i oddalonym miejscu i trwajacego kilkanascie minut, skoro kilka dni wczesniej i pozniej trwa w najlepsze kanonada, bo szczeniateria kupuje tanie petardy hukowe i wali tym w najlepsze. To wlasnie te ustrojstwa czynia najwieksze szkody, a nie zorganizowane przez wlodarzy miasta pokazy ogni sztucznych. Co z tego, ze jedna siec sklepow (u nas konkretnie chodzi o EDEKA i OBI) rezygnuje z krociowych zyskow i nie sprzedaje tych szkodliwych towarow, skoro o tyle wiecej zarobia inne sklepy. Gest, owszem, piekny, ale totalnie pozbawiony sensu.
Jedynie odgorny zakaz i konsekwentne sciganie tych, ktorzy ten zakaz zlamia, moglby cos wniesc i zmniejszyc gehenne zwierzat. Z calym szacunkiem, panie Trzaskowski i reszta zakazujacych, ale to jedynie tani piar, kompletnie nic nie wnoszacy i nie zapobiegajacy meczarni zwierzat.
A zakazac produkcji i sprzedazy nie mozna, ostatecznie mamy demokracje i wolny rynek oraz bande debili, ktorzy maja w dupach krzywde zwierzat, a obchodzi ich jedynie wlasna przyjemnosc w jak najglosniejszym waleniu petardami. Oby wam lapy pourywalo!

*) FAJERWERKI  Szanowni klienci, dla dobra srodowiska i zwierzat zadecydowalismy, ze w tym roku zaniechamy sprzedazy fajerwerkow. Wasz zespol OBI Rheinbach





poniedziałek, 2 września 2019

Skad?

Skad w ludziach bierze sie takie okrucienstwo?
Jakas malolata na filmiku wrzuca po kolei szczenieta do wody.
Ojciec rodziny, ktora nagle stac na wyjazd na wakacje, bo dostali pincetplusy na dzieci, jedzie do lasu z rodzinnym pupilem i przywiazuje go do drzewa, zostawia na pewna smierc.
Inny ojciec nie fatyguje sie tak daleko, wyrzuca psa z jadacego auta, prosto pod nadjezdzajace z przeciwka inne auto.
Nie lubie gorali, bo to szczegolny gatunek czlowieka. Nie lubie ich od czasu, kiedy napadli w nocy na nasz oboz harcerski, na dzieci ze szkol podstawowych z gromadka doroslych opiekunow. Nie lubie ich, odkad padaja konie wozace turystow na Gubalowke. Licza sie dutki, nie zwierzeta.
Ktos wpada na pomysl zalozenia pseudohodowli, pokrywa spokrewnione ze soba psy, produkuje na masowa skale genetycznie chore zwierzeta.
Ktos inny decyduje o odstrzale zwierzat dotychczas scisle chronionych, jak bobry, wilki czy zubry.
Ogolnie nie dba sie o zwierzeta, nie kastruje, nie zapobiega rozrodowi, nie leczy, nie karmi. Kot ma byc lowny, pies w nocy znajdzie czy upoluje sobie jakies pozywienie.
Nie zapewnia sie godnych warunkow zwierzetom ubojnym, i tak przeciez ida na mieso, po co wiec je poic w drodze, po co znieczulac przed smiercia, to i tak tylko mieso.
Jakis przechodzien kopie malego pieska, ze ten frunie kilka metrow. Sqrwysynie, kopnij tak rottweilera! Co, boisz sie, bo moglby ci jaja odgryzc?
Wszyscy zachwycaja sie japonska kultura i narodem, takim zdyscyplinowanym, karnym, uprzejmym, a tu prosze:

I tak co roku, bo maja taka tradycje, barbarzyncy! W Europie nie lepiej, na Wyspach Owczych kazdego roku traca zycie tysiace grindwali podczas swieta Grindadrap.
A corrida? Niech taki jeden z drugim stanie naprzeciwko byka bez tych wszystkich pomagierow, bez broni z golymi rekami i niech walczy, wtedy mozna to nazwac walka z bykami, a nie ich mordowaniem. Za kazdym razem mam ogromna satysfakcje, kiedy ktoremus bykowi uda sie zabic albo ciezko okaleczyc jednego z oprawcow. I tak potem sam zginie, ale o jednego okrutnika bedzie mniej.
A walki psow, kogutow czy innych zwierzat? Ku uciesze prostackiej tluszczy, dla zarobku wlasciciela.
Wlasnie, WLASCICIELA, PANA - to najczestsze okreslenia, jakich sie uzywa. Bylam zdumiona i zniesmaczona, kiedy przeczytalam o bodaj POSIADACZU, ktory kojarzy mi sie z niewolnictwem, z uprzedmiotowieniem zywych stworzen, na jednej ze stron zajmujacych sie podobno ratowaniem i pomaganiem zwierzetom. To POSIADANIE siedzi tak mocno, ze nawet tacy ludzie nie zastanowia sie, jak to brzmi, obrzydliwie i uwlaczajaco dla zwierzat. Cala dobra robota zaczyna byc niewazna, kiedy czytam o WLASCICIELACH i POSIADACZACH. A przeciez mamy jedynie zaszczyt byc opiekunami powierzonych nam czworonogow czy pierzastych. Odpowiadamy za nie, pielegnujemy, zywimy i leczymy, ale to wolne istoty, a nie nasi niewolnicy czy wlasnosc.
To takie typowe dla nadetych i przekonanych o wlasnej wyzszosci bezdusznych tchorzy. Powiedzialam bezdusznych? No wlasnie, a tu jeszcze kosciol wmawia takim bydlakom, ze sa lepsi od psa czy kota, ze moga z nim zrobic, co chca, bo to ich wlasnosc i, jak kazde zwierze, nie ma przeciez duszy. Utwierdza ich tylko w przekonaniu, ze zwierze zwane czlowiekiem jest czyms lepszym. Ja osobiscie wole psa niz ksiedza i uwazam, ze pies jest lepszym stworzeniem od klechy.
Jakie to szczescie, ze jest na tym okrutnym swiecie niewielka grupa ofiarnych ludzi, a wlasciwiej  Ludzi, ktorzy poswiecaja swoje zycie na pomoc braciom mniejszym. I choc to kropla w oceanie potrzeb, od czegos w koncu trzeba zaczac, zeby choc sprobowac ten swiat troche naprawic.




piątek, 21 czerwca 2019

Mikro Matuzalemy.

Trafilam niedawno na interesujacy artykul dotyczacy wieku psow i probujacy odpowiedziec na pytanie, dlaczego te malenkie psie imitacje jak Gucio, pasujace w sam raz do kieszeni, moga dozyc slusznego wieku 20 lat, a rzadko ktoremu psiemu olbrzymowi udaje sie przekroczyc granice 10 lat. Takie wyjatki, jak Panda Orkowa, ktora przezyla ponad 14 lat przy ciezarze ok. 40 kilogramow, mozna policzyc na palcach jednej reki.
Artykul jest po niemiecku, wiec doloze wszelkich staran, zeby go dla Was roztlomaczyc. Po lewej macie tabelke dla zorientowania sie, ale tylko mniej wiecej, jak przeklada sie rok zycia ludzkiego na zycie psie, ktore zalezne jest od wielkosci i ciezaru zwierzaka. Zwroccie uwage, ze do skonczenia 3 lat psy duze sa mlodsze od malych. W wieku wlasnie 3 lat wiek wszystkich sie mniej wiecej zrownuje, pozniej duze psy starzeja sie znacznie szybciej od malych. W wieku 10 lat male Gucie sa w sile wieku, podczas gdy Pandy tkwia w zaawansowanej starosci, w koncu tez nie kazdy czlowiek dozywa 80-tki. Kazdy nastepny rok jest dla psow duzych rokiem podarowanym przez los.
Naukowcy zajeli sie dociekaniem, dlaczego w obrebie tego samego gatunku dlugosc zycia zalezna jest od ciezaru ciala. Jedna z teorii jest znacznie szybsze rosniecie w wieku szczeniecym duzych psow i wolniejsze malych. Wiadomo, ze nagly skok wzrostu wiaze sie z ogromnym wysilkiem calego organizmu, serca przede wszystkim i uszkodzeniem roznych komorek. Metabolizm dziala na najwyzszych obrotach, by podolac wysilkowi i zapotrzebowaniu na budulec.
Na dlugosc zycia psa maja wplyw jeszcze inne czynniki. Psy (i suki oczywiscie tez) zyja znacznie dluzej, jesli sa wykastrowane, nie musza bowiem zyc w stresie prokreacyjnym, samce nie walcza, nie szukaja samic gotowych do kopulacji, samice nie zapadaja na ropomacicze i nowotwory listew mlecznych (Kira!), samce zas na przerost prostaty. Psy sa ogolnie spokojniejsze, zyja bardziej bezstresowo.
Kolejny czynnik, od ktorego zalezy dlugosc zycia psa, to rasa. Wiadomo, ze psy rasowe zapadaja na typowe dla rasy choroby, jamniki maja problemy z za dlugim kregoslupem, mopsy sie dusza i wypadaja im oczy z oczodolow, owczarki niemieckie, zeby uzyskac ten charakterystyczny przykuc, maja zrujnowane stawy biodrowe, itd. Kundle zyja na pewno dluzej od przehodowanych psow rasowych, nawet tych z uznanych hodowli, nie mowiac o chowie wsobnym w pseudohodowlach.
Kolejnym czynnikiem jest dobre odzywianie. Powtarzam: DOBRE ODZYWIANIE, a nie przekarmianie psa i doprowadzanie do jego otylosci. Psy nie powinny jesc "ludzkich" potraw, czy tam resztek ze stolu, bo przyprawy im szkodza, a cebula czy czekolada moze byc dla nich smiertelna. Podobnie nie daje im nic jedzenie kartofli, bowiem psy nie trawia skrobii. Owszem, pies bedzie syty, zapcha sie, ale nic z tego nie ma, bo pies jest zwierzeciem miesozernym i ludzki debilizm w probach zrobienia z niego wegetarianina to czyste znecanie sie i powinno byc karalne.
No i najwazniejsze, psy pochodza od wilkow, a te sa zwierzetami wedrownymi. Trzymanie wiec psa w domu i wyprowadzanie go na najblizszy trawnik, zeby sie zalatwil dwa razy dziennie, bez mozliwosci wybiegania sie na co najmniej godzinnym spacerze - to rowniez tortura dla zwierzaka. Nie masz czasu albo checi wychodzic z psem codziennie na dluzszy spacer, spraw sobie lepiej kota. Poza tym trzeba o futrzaka dbac, zapobiegac pasozytom, regularnie odrobaczac i szczepic oraz zapewnic mu  kontakty spoleczne. Pies jest zwierzeciem stadnym i potrzebuje spotkan z innymi psami, zeby nie wyrosl na neurotycznego psychopate.
Nie musze chyba wspominac, ze pies to stworzenie zywe, nalezy wiec go szanowac, nie zmuszac np. do zabawy, kiedy chce spac. No i trzeba go bezwarunkowo kochac, to tez z pewnoscia przedluzy mu zycie.
A teraz na zyczenie fanklubu troche moich futerek:






















poniedziałek, 17 czerwca 2019

Czy to nie poszlo za daleko?

W ostatnim czasie do wypychaczy zwierzat coraz czesciej zglaszaja sie opiekunowie zwierzat domowych, ktore albo zmarly same, albo musialy zostac uspione, z prosba o spreparowanie pupila, zeby po smierci nadal mogl byc z nimi. Dla mnie to troche makabryczne, ale pograzeni w zalobie opiekunowie psa czy kota miewaja rozne dziwne pomysly. Wszystko zalezy od stanu posiadania.
Mam w ogole mieszane uczucia jesli chodzi o wypychanie zwierzat. Najczesciej u wypychacza klientami sa mysliwi, bo chca moc chwalic sie trofeami powieszonymi na scianie, tym bardziej kiedy biora udzial w egzotycznych polowaniach i moga poszczycic sie spreparowanym lbem slonia czy lwa, ale i rodzimi mordercy fauny chetnie wieszaja na honorowym miejscu jakies jelenie, dziki czy lisy.


Rozne bywaja zboczenia. Zwierzeta preparuje sie takze w celach naukowych, muzea sa pelne wypchanych eksponatow. W kazdym razie ten zawod wypychacza czy tez preparatora zwierzat nadal cieszy sie sporym wzieciem. Ostatnio jakby bardziej, bo do klienteli dolaczyli nieutuleni w zalu opiekunowie zwierzakow domowych.
Przeczytawszy ten artykul i obejrzawszy film, zaczelam sie zastanawiac, czy ja chcialabym miec wypchane po smierci ktorekolwiek z moich zwierzakow i doszlam do wniosku, ze nie. Nawet gdybym miala dosc pieniedzy na tego rodzaju kaprysy.

7-miesieczny boxer Oscar

Chocby bowiem najlepiej zrobiony preparat, nijak sie bedzie mial do zwierzecia za jego zycia. Dla mnie to jakis rodzaj nekrofilii czycus. Ja nawet nie zrobilam zdjecia zadnemu z moich zmarlych psow po ich smierci, ostatnia sesja zdjeciowa Kiry miala miejsce dzien przed jej uspieniem, nie moglabym bezczescic jej ani Fusla po tym jak odeszli. Ale niektorzy nie maja takich skrupulow.
Bedac kiedys w Polsce spotkalam sie z daleka kuzynka, ktorej siostra niedawno zmarla na raka. Nie uwierzycie, ona miala w telefonie jej zdjecia ze szpitala, kiedy lezala juz bez swiadomosci i umierala. Nie chcialam ogladac tych zdjec, wydawalo mi sie, ze to ogromne naduzycie. Skoro jej wlasne siostra nie zawahala sie przed robieniem tych zdjec, co ewentualnie moglabym probowac zrozumiec, ze chciala miec pamiatke, o tyle pokazywanie tych zdjec innym uwazam za niedopuszczalne.
Ale wracajac do wypychania zwierzat domowych, moze i jest to nieglupi pomysl, ale ja osobiscie nigdy nie skorzystalabym z tej opcji. Jak rowniez nie odwazylabym sie sklonowac zwierzaka, bo to nie bylby on. Co z tego, ze wygladalby identycznie, ale nie bylby nim, bo jak dotad charakteru nie potrafia jeszcze sklonowac. Abstrahujac juz od kosztow, ktore sa gigantyczne i (chyba) koniecznosci udania sie w podroz do Korei, bo nie wiem, czy gdzies indziej zajmuja sie klonowaniem zwierzakow.
A jakie jesz Wasze zdanie?

Na podstawie: artykulu i filmiku w Göttinger Tageblatt, stamtad tez pochodza zdjecia.





czwartek, 13 czerwca 2019

Powroty z adopcji.

Czytam co jakis czas, ze jakis adoptowany wczesniej pies czy kot, zostaly oddane z powrotem, bo... i tu nastepuja durne wyjasnienia: bo alergia, bo nie pasuje do rodziny, bo niszczy, bo nie mamy czasu i tysiac innych, rownie glupich wymowek. Nikt nie przejmuje sie tym, ze te skrzywdzone przez zycie i ludzi istoty maja swoje uczucia, przywiazuja sie do nowej rodziny i sa po raz kolejny odrzucane i jeszcze bardziej krzywdzone, jasniepanstwo ma to w dupie, bo pod wplywem chwili zachcialo mu sie zwierzaka, a rzeczywistosc go przerosla, widac oczekiwali pluszowej zabawki, poslusznej, czysciutkiej, cichej, bez fizjologii, no i zdrowej, bo wet kosztuje. A dostali zywe stworzenie, ciekawskie, sikajace, rzygajace, nudzace sie i z tych nudow znajdujace sobie zajecie np. przy gryzieniu butow jasniepanstwa. No, bydle niechrzczone!
Znacie historie Bulki i nasze desperackie proby ujarzmienia jej pedu do oszczywania calego swiata, a naszego mieszkania w szczegolnosci. Nawet Gosianka zaproponowala mi ktoregos dnia, ze wezmie
ja z powrotem i wyadoptuje gdzie indziej, gdzie kot nie bedzie mial tyle stresu, co przy Miecce, ktora nie chciala i dotad Bulki nie zaakceptowala. Dla mnie nie bylo takiej opcji, adopcja to nie kupno za malej bluzki, ktora mozna zwrocic do sklepu i wziac sobie inna, ktora bardziej pasuje. Ja traktuje pewne zagadnienia niezwykle powaznie i predzej bede doszukiwac sie wlasnej winy w niepowodzeniach, niz obarczac nia zwierze, ktorego przeszlosci nie znam, ale moge sie domyslac, ze nie byla rozowa. Ja nie adoptuje zwierzakow pod wplywem chwili, bo wiem, ze u mnie to juz na cale zycie, jego albo moje. Z Bulka dlugo trwalo, a my desperacko pralismy, co sie wyprac dalo albo wyrzucalismy oszczane rzeczy, kiedy juz za bardzo smierdzialo. W koncu jakos sie to wszystko uspokoilo, teraz jeszcze czasem Bulka zaznaczy dywanik w lazience. Jakos przez te 5 lat wypracowaly sobie z Miecka
wspolzycie, czasem sie zaczepiaja, robia zasadzki, pacna jedna druga lapecka przez plecy, Miecka splunie jadem od czasu do czasu i jakos to sie kreci.
Z Toya tez nie bylo latwo, nawet sam nasz guru Christian powiedzial w dniu, kiedy skonczylismy u niego kursy po roku nauki w psiej szkole, ze nie wierzyl, ze wytrzymamy z tym upartym i nielatwym w obsludze psem. Pamietacie, ze przez dlugi czas Toya nie chciala na nas w ogole spojrzec, a nielatwo ukladac psa, kiedy nie ma z nim kontaktu wzrokowego. Nie moglismy jej w zaden sposob przekonac, uciekala wzrokiem gdzies w bok albo przestrzen miedzyplanetarna, bala sie spojrzec w oczy. U psow patrzenie w oczy to rodzaj prowokacji, jasny przekaz nie boje sie ciebie, a ona sie bala. Bala sie, bo byla bita i zle traktowana, o czym juz swiadczyla obroza-kolczatka, z jaka ja znaleziono. Bo ciagnela smycz, to trzeba bylo probowac ograniczac zle nawyki bolem wbijajacej sie w szyje kolczatki, zamiast okazac cierpliwosc i psa uczyc chodzic na luznej smyczy. Nielatwo bylo, nieraz mialam juz tak dosyc, ze chcialam ja zabic, bo nic nie trafialo do tego tepego lba, ciagnela jak perszeron, a sily  jej przeciez nie zbywa. Robilam z siebie debila, krecac na ulicy piruety, za kazdym razem, kiedy napiela smycz, zawracalam kilka krokow i tak sto razy na odcunku 100 metrow. Teraz nie tylko nie ciagnie, ale na komende am fuß idzie bez smyczy. Kilka rzeczy w domu pogryzla, w tym oprawki od moich okularow, kiedy
musielismy zostawic ja sama w mieszkaniu. Ale to byla MOJA wina, ze nie zabezpieczylam, nie schowalam, a nie jej. Ona bala sie, ze mozemy nie wrocic, szukala mojego zapachu, chciala mnie miec przy sobie. Teraz wszystko jest pochowane, a Toya dostaje taka pileczke nafaszerowana smaczkami i ma zajecie przy wydlubywaniu. Nawet sie nie obejrzy, kiedy jestesmy z powrotem. Nadal nie jest latwa w obsludze, miewa odpaly, skacze na ludzi, wprawdzie bez zlych zamiarow, ale nie kazdy to lubi, ma spory instynkt lowiecki, wiec trzeba pilnowac, bo gania ptaki albo gryzonie. Obce koty tez.
Jednak nigdy, choc czesto rece i cycki zbieralam z podlogi, a Toye mialam ochote zamordowac golymi rekami, nigdy nie pomyslalam, ze moja decyzja adopcyjna byla niewlasciwa. Bo to ja jestem czlowiekiem (podobno myslacym), to ja wzielam za nia odpowiedzialnosc, za przyjemnosci
wynikajace z adoptowania przyjaciela, ale i za wszystkie koszty i niedogodnosci, ograniczenia, straty. Wzamian dostaje bezwarunkowa milosc, wiec i tak stoje na wygranej pozycji.
I tak caly czas sie zastanawiam, jak w ogole mozna oddac z adopcji istote, ktora daje cala siebie, ze swoja bezgraniczna miloscia, oddaniem, gotowoscia do poswiecen, nawet oddania zycia w obronie. Zaden czlowiek nie da drugiemu tak bezwarunkowej milosci, jaka daja dobrze traktowane i kochane zwierzeta, one odplacaja sie w stunasub (jest takie slowo?). Tylko zanim to nastapi, czasem trzeba okazac nieco cierpliwosci i wysilku, poswiecic czas i... po prostu kochac, tak samo bezwarunkowo, bo one na to zasluguja.





piątek, 3 maja 2019

Gutek-Ziutek-Balamutek.

Tytulowa postac (postac... hmmm... raczej mikro-namiastka postaci) to psiaczek Bogusi, z ktora spotkania staly sie integralna czescia moich wizyt w Lodzi. No mowie Wam, trzeba ostroznie stawiac stopy, zeby nie zadeptac tego malenstwa, a ja niezwyczajna takich mikroorganizmow pod nogami, wiec nielatwo nam bylo z Ziutkiem, ale powoli oswajalismy sie ze soba. Ta imitacja psa o naprawde niewielkim cialku, za to wielka duchem i do schrupania slodka, miota iskry (zwane czasem qrwikami) ze slepkow i wciaz kombinuje, co by tu spsocic i zezrec. Zjada tyle co Toya, a nie schodzi ze swojej wagi 1,5 kg, tylko pozazdroscic, tez bym tak chciala. On nie je, tylko wciaga jedzenie nosem, wiec Bogusia serwuje je na spowalniaczach, zeby maly zarloczek nie mial za latwo i musial sie natrudzic, zanim wydlubie swoj groszek. Juz wchodzi w wiek psiego dojrzewania, ale jeszcze duzo w nim ze szczeniaczka, wiec naprawde nielatwo sie powstrzymac, zeby go wciaz nie calowac i sciskac do granicy uduszenia. Ale mimo nikczemnych rozmiarow to pelnoprawny pies i trza szanowac jego psie jestestwo. Sami zobaczcie:

Aaa, to nie Gutek, ale co tam!


Slynne qrwiki doskonale widoczne

Zaprzyjazniamy sie



To wlasnie ten spowalniacz, Gucio musi sie napracowac przy wydlubywaniu psich groszkow



Z mamusiom

Poszlysmy robic sesje w plenerze. Dobrze, ze pies byl na smyczy, bo prawie go wiatr porwal


Kazdy pies dobrze wyglada w mniszkach


Dbamy o dobrosasiedzkie relacje

I tu tez

Oczka juz troche zmeczone

Mama, wezmiesz mnie na rece?


Ledwie wchodze po tych schodach (ja tez, bo to 3 pietro bez windy)

Padlem jak Andzia w kwiatkach

Ale szybko sie zregenerowalem i...  nie zgadniecie!... zglodnialem
A swiat na zewnatrz taki piekny! Wszystko kwitnie wkolo, i ja i Ty!






Byly jeszcze kozy i pociagi dla Lidki (ten moj odruch bezwarunkowy).




W ogole to mialysmy pojsc razem na cmentarz do mojego taty, a potem do "Makulatury" na obiad, ale tak bestialsko pizdzilo piachem znad Sahary, ze nam sie odechcialo i pojechalysmy bezposrednio do Bogusi, ktora z czelusci zamrazalnika wydobyla pyszna kapuste z grochem i tez byl obiad. Pycha!
Za to plan wykonalam dzien pozniej, kiedy spotkalam sie z wieloletnim internetowym znajomym, poznanym na forum tygodnika NIE. Pochodzimy z tych samych stron (on ze Zgierza), a spotkac sie do tej pory nie moglismy, bo Wlodek zyje w Norwegii. I jak ta Manka z Kaska, kiedy ja bylam u mamy, on grasowal za kolem podbiegunowym, a kiedy on odwiedzal swojego tate, mnie bylo nie po drodze do Polski. W koncu jednak sie skoordynowalismy, bylismy na obiedzie, na cmentarzu i na lodach. Pogadalismy o starych Polakach, i w tym przypadku zadzialala magia znajomosci internetowej, bo widzielismy sie na zywo po raz pierwszy w zyciu, a gadalismy jak wieloletni dobrzy znajomi.


Mam nadzieje, ze jeszcze nieraz uda nam sie pogadac osobiscie.
Bylysmy tez z mama na imieninach kuzyna Wojtka. Za kazdym razem, kiedy osieroci ich kolejny piesek, przysiegaja, ze juz nigdy wiecej zadnego, a potem los stawia na ich drodze jakas psia bide, ktorej daja kochajacy dom. Po smierci 19-letniego Kapsla znalezli obok samochodu szczeniaka, Szelma jest juz z nimi 11 lat i znow slysze zapewnienia, ze nigdy wiecej zadnego. No, moze teraz... obydwoje sa po 70-tce. Szelmunia to taki sam zarloczek jak Ziutek. Mama krzyczy i nie pozwala, bo psie dupsko sie rozrasta, a tatus "gubi" kawalki jedzenia. To moment, kiedy mama poszla na chwile do kuchni, a sunia zajela jej miejsce i czarowala wzrokiem tatusia. Chcac, zeby spojrzala mi w obiektyw, wzielam ze stolu kawalek kielbaski. Spojrzala!



Kiedy czekalysmy z mama na tramwaj, oczarowala mnie zmierzchowa godzina i cyknelam telefonem.